Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Olympique Lyon był zapyziałym klubem. Aż przyszedł "Kalkulator" i zmienił go w firmę produkcji seryjnej

30 lat temu grali w drugiej lidze, mieli finansowe kłopoty i nowego prezesa. Jean-Michel Aulas w kilka lat postawił klub na nogi, uczynił z niego maszynkę do zarabiania pieniędzy. W dekadę zdominował francuskie rozgrywki. Teraz znany w swej ojczyźnie jako krzykacz i pieniacz, twórca jednej z najlepszych w Europie akademii piłkarskich jest dwa mecze od podbicia Europy. Lyon w półfinale Ligi Mistrzów zagra z Bayernem Monachium.

Gdy w 1987 roku prezesem Olympique Lyon został 38-letni przedsiębiorca Jean-Michel Aulas, w klubowych gabinetach zastał czterech pracowników, w tym jednego zatrudnionego na pół etatu. Olympique był wtedy maleńkim zapyziałym klubem - miał budżet na poziomie dzisiejszych 2 mln euro, grał w drugiej lidze, a byłym już władzom sen z powiek spędzał deficyt na poziomie miliona euro. Aulas nie miał czarodziejskiej różdżki, raczej wiedzę, wizję, cierpliwość sporą odwagę i przekonanie, że jego plan się powiedzie. Dekadę później w biurach OL pracowało 100 osób, a o wypłaty nikt martwić się nie musiał. Po wejściu na giełdę od 2007 roku w sprawozdaniach finansowych klubu zyski widać właściwie w każdym roku. Obietnicę, że w stolicy Rodanu w ciągu trzech lat będzie pierwsza liga i europejskie puchary Aulas zrealizował z rocznym poślizgiem. Na największe krajowe sukcesy klubu też nie czekał za długo. Na początku XXI wieku OL zdominował francuskie rozgrywki na 7 lat i był liczącą się siłą w Europie, choć nie triumfował wtedy w żadnych międzynarodowych rozgrywkach. W półfinale Ligi Mistrzów znalazł się teraz po raz trzeci, a o finał zagra z Bayernem Monachium.

Hoeness schylał się po marki, Aulas po franki

Aulas zawsze działał z rozmachem. Zarówno kiedy na początku lat 80-tych tworzył firmę zajmującą się dostarczaniem oprogramowania do księgowości, jak i kiedy obiecywał kibicom Lyonu wielki klub. W swoim przedsiębiorstwie (Ceigd) postawił na najnowsze rozwiązania informatyczne i szybko poszerzał działalność. Zatrudnił najlepszych księgowych, dostarczał innym kompletnego wsparcia. Podobnie chciał robić w futbolu, bo klub był dla niego takim samym miejscem pracy jak firma. Puste klubowe gabinety zapełniały się. Pojawiali się w nich: dyrektor sportowy, dyrektor handlowy, specjaliści od marketingu, dyrektor do spraw komunikacji i mediów, szef bezpieczeństwa, a wraz z nimi zespoły ludzi. W dzisiejszych czasach to norma, na początku lat 90-tych niekoniecznie, szczególnie dla niedawnego drugoligowca. Lyon jako jeden z pierwszych poszedł drogą, którą w Niemczech kilka lat wcześniej obrał też Bayern. Uli Hoeness szybko zrozumiał, że w świecie sportu trzeba schylać się po każdą leżącą na stadionie markę. Tym bardziej że Bayern, w którym zaczynał pracę miał 3,5 mln euro długów. Aulas, przez wrogów nazywany "kalkulatorem" przez przyjaciół "wizjonerem" miał podobną filozofię. Tyle że zamiast marek schylał się po franki i dobrze wyczuwał, jak je pomnażać. Skąpcem raczej nie był.

- Spotkałem się z nim na drugi dzień po przylocie do Lyonu – opowiada nam Jacek Bąk, którego do klubu w 1995 roku ściągnął Bernard Lacombe, były napastnik OL, potem dyrektor i trener tego klubu, od początku bliski współpracownik Aulasa. - Aulasa zapamiętałem jako faceta z klasą, eleganckiego w dobrze skrojonym garniturze, dowcipnego i miłego - opowiada przecząc obecnemu, medialnemu wizerunkowi prezesa – krzykacza i człowieka skorego do kłótni. - Pieniacz? On od początku traktował mnie jak ojciec, dbał o atmosferę. Chciał bym czuł się we Francji dobrze, nie tęsknił za krajem. Powiedział, że dostanę telefon komórkowy i mogę dzwonić z niego do Polski kiedy chcę i ile chcę. Nikt mi nie będzie nic od pensji odliczał - wspomina Bąk, przypominając, że w tamtych czasach komórki w Polsce były luksusem, a minuta połączenia zagranicznego kosztowała fortunę. - Aulas spytał nawet, czy na obóz, na który szykowało się OL, nie chcę zabrać jakiegoś znajomego z Polski, albo chociaż menadżera, tak by mi się nie nudziło - uśmiecha się Bąk, wspominając swoje początki w klubie. Obrońca naszej reprezentacji podziękował za propozycję i odparł, że do Lyonu przyjechał grać w piłkę. Na obóz pojechał sam. Swoją postawą i twardą grą szybko zyskał u Francuzów szacunek, którzy przez kolejnych 6 lat byli z Polaka bardzo zadowoleni.

Zobacz wideo Pirlo zastąpił Sarriego w Juventusie. "Żyją nadzieją, że będą mieli swojego Guardiolę"

"Kalkulator” pomógł w rozwoju

Aulas wizjonerem ponoć był od zawsze. Bernard Lacombe, w jednym z wywiadów oznajmił, że młody prezes już pod koniec lat 80-tych opowiadał mu o planach klubowej telewizji OL. Coś, co wtedy było abstrakcją, ziściło się w 2005 roku. Niby nic wielkiego, ale takich pomysłów - często innowacyjnych – Aulas zawsze miała sporo i starał się je realizować przed innymi. To on od zawsze chciał rozwijać piłkę kobiecą, a kiedy żeńska drużyna Lyonu została włączona w struktury klubu zdominowała już nie tylko rozgrywki krajowe, ale zaczęła święcić triumfy w Lidze Mistrzów. Szybko okazało się, że i kobiecy futbol może być dochodowy. Zresztą nieco ironiczny pseudonim "kalkulator", jakim określany jest Aulas, w bardzo wielu aspektach można uznać za komplement. Nie raz pomagał on w rozwoju klubu.

- 100 franków to podstawowa cena biletu na mecz w Anglii, ale kibice idąc tam na stadion zostawiają w klubie 300 franków - wyliczał w rozmowie z "Le Monde" w 2000 roku. - U nas kibice pozostają na 100 frankach - obrazował sytuację sugerując, że trzeba by to zmienić. Miał w tym pomóc nowy stadion. Nie tyle dużo większy, ile bardziej sprawdzający się w biznesie, na który przychodzi się nie tylko, by oglądać swoją drużynę. Aulas wiedział, jak ważny jest ciągły rozwój, choć na początku XXI wieku, dysponował przecież najwyższym klubowym budżetem we Francji. W tych finansowych zestawieniach przewodził aż do czasu, gdy w PSG zainwestowali Katarczycy. O tym nowym stadionie Aulas wspominał jeszcze kilka lat później, choć dla wielu wówczas był to pomysł kontrowersyjny. W gabinetach urzędu miasta wzbudzał nawet pewną niechęć - Stade de Gerland dzięki wynajmowaniu go klubowi zapewniał spore wpływy do miejskiej kasy. O 20 tysięcy większy Parc Olympique Lyonnais, miał być własnością klubu i generować zyski dla holdingu OL Groupe. Budowa stadionu mocno się przeciągała, ale w końcu w 2016 roku obiekt był gotowy. Nie tylko na futbol. Oferował też komercyjną przestrzeń i dla wydarzeń kulturalnych, muzycznych czy konferencji. Zresztą klub dobrze wiedział, jak zarabiać nie tylko na wynajmie powierzchni i biletach. W mieście ma obecnie trzy sklepy z pamiątkami, do tego cztery restauracje. Ze sponsorami też nie ma większych kłopotów. Widać to zresztą po klubowych koszulkach. Jeden komplet na krajowe podwórko, jeden do gry w Europie, na każdym T-shircie inna firma. Od najbliższego sezonu OL z tego tytułu zarabiać będzie jeszcze więcej. Pięcioletnia umowa z Emirates dotyczy wszystkich rozgrywek i jest duża korzystniejsza od dotychczasowych kontraktów.

Sama strategia generowania zysków w Lyonie nie zaskakuje. Obejmuje: sprzedaż biletów, pozyskiwanie sponsorów, sprzedaż praw medialnych i marketingowych, wynajem powierzchni pod imprezy oraz uzyskiwanie przychodów ze sprzedaży graczy. To, co zwraca uwagę, to jak te wszystkie elementy dobrze współgrają. Na stadion przychodzą tłumy, logo OL jest na wielu produktach. A miejscowej fabryki talentów, czyli klubowej akademii, zazdrości Lyonowi cała Europa na czele z Paryżem.

Akademia marzeń. "Trudno było z nimi wygrać"

Szkolenie młodych od zawsze było oczkiem w głowie Aulasa, więc Lyon szybko stworzył strukturę, która pozwoliła nie tylko kształcić, ale też szukać talentów mających zadatki na przyszłych zawodowych piłkarzy. To dlatego klub współpracuje z 26 mniejszymi akademiami z całego regionu, tylko w departamencie Rodanu działa dziewięciu jego skautów. - OL rzeczywiście jeździ po lokalnych klubach, a nie tylko urządza sprawdziany dla wyróżniających się graczy. Inni rzadko ruszają się na spotkania małych klubów - przyznawał niedawno dyrektor sportowy amatorskiego Menival FC cytowany przez bleacherreport.com. To właśnie dzięki współpracy z Menival i ruszeniu w teren, OL pozyskał Samuela Umtitiego, który po niemal dekadzie w młodzieżowych drużynach Lyonu, przebił się do seniorskiej drużyny i po kilku dobrych sezonach przeszedł do Barcelony za 25 mln euro. Nie on jeden.

Zasada mówiąca, że lokalny talent nie może zostać stracony, działała do tej pory bardzo dobrze. No może z jednym wyjątkiem. Jest nim urodzony niedaleko Lyonu Antoine Griezmann, na którym w klubie się nie poznano. Akademia pomogła za to w stworzeniu takich gwiazd piłki jak: Sidney Govou, Karim Benzema, Alexandre Lacazette, Nabil Fekir, Corentin Tolisso, czy ostatnio Samuel Umtiti. Jest ich znacznie więcej, nie wszyscy są pierwszoplanowymi bohaterami w najlepszych europejskich klubach, ale duża część wychowanków akademii OL żyje potem z futbolu. Jest to średnio od 8 do 12 procent młodych graczy. To dwa razy więcej niż wynosi średnia dla całej Francji. Zresztą o funkcjonowaniu akademii najlepiej świadczy fakt, że według danych CIES Football Observatory Lyon właściwie co roku jest na podium, jeśli chodzi o europejskie akademie dostarczające najwięcej graczy do pięciu najlepszych lig starego kontynentu. Rywalizuje na tym polu głównie z Barceloną i Realem Madryt.

- Przygotowujemy tę młodzież do sportu i do życia. Personalizujemy rozwój każdego piłkarza, aby łatwiej mu było zostać zawodowcem, którym staje się w naszej drużynie seniorów. Dużo mówimy o cierpliwości i sami jesteśmy cierpliwi - wyjaśnia niedawno w RMC Sport, Jean-Francois Vulliez, dyrektor akademii.

- Najwięksi kupują w Lyonie piłkarzy w zasadzie gotowych do gry w pierwszym składzie, co też podbija ich cenę - zauważa Frederic Guerra, agent Govou czy Ben Arfy. To dlatego zyski z wychowanków sięgają setek milionów euro, a do tego dochodzą jeszcze chętnie pozyskiwani przez Lyon młodzi gracze z innych francuskich klubów. W poprzednim okienku transferowym zawodnicy do 21 lat przynieśli klubowi niemal 60 mln euro (Willem Geubbels, Del Castillo, Diakhaby, Maolida). Dzieciaki z Lyonu ("Les Gones", czyli przydomek drużyny ma właśnie takie znaczenie) wyrobiły sobie markę, ale też od lat mają spore umiejętności.

- Zawsze miałem wrażenie, że ta młodzież z akademii trenowała, więcej niż my - śmieje się Bąk, gdy pytamy go o fenomen szkolenia Lyonu. - Co tydzień w środy graliśmy z jakąś młodzieżową drużyną z akademii taki mini mecz, gdzieś po 25 minut. Pamiętam, że często trudno nam było takie spotkania wygrać. Jak się kończyło na 1:0 lub 2:0 to było już bardzo dobrze. Aż się dziwiłem, że część z tych młodzików nie grała w pierwszej drużynie - wspomina Polak, za którego czasów w Lyonie do seniorów dołączali tacy gracze jak Ludovic Giuly, Sidney Govou, a nieco wcześniej Florian Maurice.

W TOP 20 krezusów Europy

To, że klub stara się stawiać na młodych, widać było też podczas sierpniowych meczów Ligi Mistrzów z Juventusem i Manchesterem City. W pierwszym składzie francuskiej ekipy zagrał w nich m.in. 20-letni Maxence Caqueret, który raptem pół roku temu debiutował w Ligue 1. Trener Rudi Garcia na ławce posadził natomiast kupionego za 25 mln euro 28-letniego Thiago Mendesa. Szkoleniowiec miał nosa. Caqueret spisał się znakomicie.

Credo Aulasa "cierpliwość i czas" - świetnie sprawdza się teraz właśnie w klubowej akademii, która generuje dla klubu spore zyski i jest gwarantem graczy gotowych do gry w Ligue 1. Podczas gdy PSG wydaje na najlepszych graczy miliony euro, Lyon sam ich produkuje i zbiera z rynku gotówkę. W trudnych koronawirusowych czasach własna produkcja daje spore korzyści, tym bardziej że Aulas ciągle ma ambicje, by być w dwudziestce najbogatszych klubów Europy. Na razie, jeśli chodzi o budżet jest pół drogi za PSG, ale systematycznie zmniejsza dystans do rywala ze stolicy - zarówno ekonomiczny jak i sportowy. Potwierdzeniem tego jest choćby skład półfinałów "Final 8" Ligi Mistrzów. Mimo pandemii koronawirusa i szacowanego spadku wpływów o 50 mln euro w tym sezonie, a także braku zajęcia miejsca premiującego grą w europejskich (Olympique w momencie zawieszenia Ligue 1 był siódmy) Lyon w ciągu 4 lat, chce osiągnąć ambitny cel. Jego przychody do 2024 roku mają przekroczyć 400 mln euro. Znając Aulasa, pewnie mu się to uda.