Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Tak Artur Boruc wrócił na stadion Legii. Czego nie było słychać w telewizji? "Najgłośniejszy transfer"

To miał być najgłośniejszy letni transfer Legii. I na razie taki jest. Dosłownie, bo okrzyki Artura Boruca w trakcie wtorkowego meczu z Linfield FC (1:0) niosły się po całym stadionie.

Kiedy Artur Boruc po przeciwnej stronie boiska rozgrzewał się, broniąc strzały, bramkarz Linfield Chris Johns ćwiczył dalekie wykopy. Nie wychodziło mu to najlepiej - kopał piłkę głównie po autach. A na pewno wychodziło mu to dużo gorzej niż Borucowi bronienie. Ten robił to niby trochę od niechcenia, bez zbędnych ruchów, wolno podnosząc się z murawy, ale bronił bardzo pewnie - piłka rzadko wpadała do bramki. Później bronić już zbyt wiele nie musiał, ale w 88. minucie to on dotknął lekko piłki, która poleciała na słupek po strzale Christy Manzingi. Legia prowadziła już wtedy 1:0, od 75. minuty grała z przewagą jednego piłkarza (drugą żółtą kartkę zobaczył Kirk Millar), ale choć wygrała zasłużenie, po meczu odetchnęła z ulgą.

Zobacz wideo Bartosz Kapustka w Legii. "Vuković potrafi odbudować piłkarzy"

"Od początku, od razu żyjemy, ej!"

- Tak! - krzyknął głośno Boruc, kiedy sędzia kończył spotkanie. Po raz ostatni, ale nie po raz pierwszy, bo krzyczał też wcześniej. Najwięcej i najgłośniej ze wszystkich. - Od początku, od razu żyjemy, ej! - to był jego pierwszy okrzyk, jeszcze przed meczem. Chwilę wcześniej usłyszał z głośników "Sen o Warszawie". Normalnie śpiewany przez kibiców Legii przed każdym meczem, ale nie tym razem. Tym razem było inaczej. Boruc wziął się tylko pod boki i rozejrzał po pustych trybunach. Na pewno nie tak wyobrażał sobie powrót na Łazienkowską. Bez kibiców, a na dodatek w meczu, którego wcale nie oglądało się przyjemnie (też dzięki Legii, a przede wszystkim dzięki jej rywalom, ale o tym za chwilę), bo UEFA, w przeciwieństwie do Ekstraklasy, nie pozwala rozgrywać spotkań pucharowych z udziałem kibiców.

I to był właśnie taki mecz. Bez kibiców, na pustym stadionie, którego otoczka przygnębiała, ale przy okazji też potęgowała okrzyki Boruca. - Graj piłę, plecy, czas, ruszamy, łapiemy ich blisko, odważniej - bramkarz Legii co chwila wykrzykiwał kolejne komendy, a jego głos niósł się po pustym stadionie. Słychać go było bardzo wyraźnie nawet pod samym dachem, czyli tam, gdzie we wtorek mogła zasiąść garstka dziennikarzy (16). A na boisku jego koledzy słyszeli go jeszcze lepiej. Też dlatego, że Boruc krzyczał, ale i podchodził wyżej. Jak Legia rozgrywała piłkę na połowie Linfield, wychodził poza pole karne i wciąż głośno podpowiadał innym.

W końcu miał dość

Legia we wtorek z połowy Linfield może i czasem schodziła, ale mistrz Irlandii Północnej - najbardziej utytułowany klub na świecie, jeśli chodzi o rozgrywki krajowe (54 mistrzostwa) - nie miał wielkiej ochoty, a szczególnie w pierwszej połowie, atakować bramki Legii. Od początku nastawiony był na bronienie. A momentami wręcz na desperackie wybijanie piłki, bo nie sposób sobie przypomnieć drużynę, która w poprzednim sezonie przyjechała na Łazienkowską i broniła się aż tak głęboko: całą drużyną, często we własnym polu karnym.

A nawet kiedy się nie broniła, odzyskiwała piłkę, to i tak szybko ją traciła, bo do ataku ruszał tylko Shayne Lavery. 21-letni napastnik Linfield, którego od reszty zespołu dzieliło 20, a czasem nawet więcej metrów. Ale Lavery też w końcu miał dość. Nie tylko bliskich kontaktów z Arturem Jędrzejczykiem i Mateuszem Wieteską, ale i swoich kolegów. W 30. minucie, kiedy nikt z zespołu nie ruszył za akcją, Lavery już tylko machnął ręką.

"Gramy dalej swoje. Wyżej, wyżej, wyżej!"

Ręce rozkładał też Aleksandar Vuković. Trener Legii jeszcze w pierwszej połowie był spokojny, a na pewno dużo mniej gadatliwy niż Boruc. Ale w drugiej, kiedy widział, że Legia dalej nie radzi sobie z atakiem pozycyjnym, zbyt wolno rozgrywa piłkę, już reagował. Też zmianami, bo zaraz po przerwie w miejsce Bartosza Slisza wpuścił na boisko Macieja Rosołka, strzelca trzech goli w piątkowym meczu z GKS Bełchatów (6:1). No i zaczął się też denerwować. Jak w 54. minucie, kiedy Wieteska - po niedokładnym wycofaniu przez Walariana Gwilię - o mało nie stracił piłki w środkowej strefie boiska. Gdyby stracił, napastnik Linfield miałby przed sobą tylko Boruca.

Wtedy wściekł się Jędrzejczyk, który krzyknął na kolegów z zespołu. Boruc nie krzyczał, ale wciąż podpowiadał i motywował kolegów z pola. - Gramy dalej swoje. Wyżej, wyżej, wyżej! - wydzierał się w 83. minucie po golu Jose Kante. Drugiego z rezerwowych Legii, który chwilę wcześniej zapewnił drużynie Vukovicia skromne zwycięstwo (1:0) i awans do kolejnej rundy. Tam rywalem Legii będzie Ararat-Armenia albo prowadzona przez Henninga Berga Omonia Nikozja. Obie drużyny zmierzą się ze sobą w środę w Erewaniu (godz. 17). Tydzień później zwycięzca tego meczu przyjedzie na stadion przy Łazienkowskiej.

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .