Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

W Lidze Mistrzów zostały cztery drużyny i trzech niemieckich trenerów. Łączy ich znacznie więcej niż narodowość

W półfinałach Ligi Mistrzów zmierzy się trzech niemieckich trenerów: Julian Nagelsmann z RB Lipsk, Thomas Tuchel z PSG i Hansi Flick z Bayernu Monachium. Rok temu wygrał ją Jurgen Klopp. Ich wszystkich łączy znacznie więcej niż narodowość.

Szlaki trenerskie w Niemczech przecinają się bardzo często: pierwszy wiedzie przez Moguncję i Schwarzwald - przechodzili przez niego Juergen Klopp, Thomas Tuchel i Joachim Loew. Drugi przebiega przez Red Bull i Hoffenheim - byli tam Hansi Flick, Julian Nagelsmann, Marco Rose i Oliver Glasner. Jeden uczył się od drugiego, podglądali się na stażach, spotykali na kursach trenerskich, kończyli tę samą akademię trenerską w Kolonii, wzajemnie inspirowali, aż wreszcie stali się rywalami w najważniejszych rozgrywkach w Europie. W półfinałach Ligi Mistrzów spotka się trzech niemieckich trenerów. Tuchel wprowadzał do zawodu Nagelsmanna, a Nagelsmann jeszcze kilka lat temu w Hoffenheim miał nad sobą dyrektora Hansiego Flicka.  

Zobacz wideo

Niemcy udoskonalili futbol wymyślony przez Hiszpanów

Oni wszyscy inspirowali się Pepem Guardiolą. Szybko wyczuli, że wiatr zmian nadciąga z Barcelony. Później powiewał lokalnie z Monachium, gdy Katalończyk przejął Bayern. Oglądali go co tydzień i jeździli na audiencje - chłonęli jego myśl i zaczęli ją udoskonalać. W zeszłym tygodniu Jorge Valdano napisał w felietonie w "El Pais", że Hiszpanie wciąż szczycą się wymyśleniem futbolu na nowo za czasów Guardioli w Barcelonie i wielkich zwycięstw reprezentacji. I w tym zaszczycie się pogrążyli, hołdując wciąż tym samym wartościom od lat, podczas gdy reszta - z niemieckimi trenerami na czele - poszła do przodu. Udoskonalili ich wynalazek. 

Sekretem nie jest jednak Guardiola - jego mógł podglądać każdy. Najważniejsze było to, co stało się w 2000 roku, po fatalnym dla Niemców Euro. Federacja uderzyła się wtedy w pierś, że ze swoimi metodami treningowymi i wiernością systemom taktycznym została za innymi krajami. Myśl była prosta: żeby wychować dobrych piłkarzy, najpierw musimy mieć dobrych trenerów. Niemcy zainwestowali wielkie pieniądze w szkolenie trenerów. Znalaźli ludzi ze świeżym spojrzeniem, którzy chcieli się dzielić wiedzą z innymi. Adeptom kazali spoglądać na inne kultury piłkarskie, inspirować się różnymi dyscyplinami sportu (później Tuchel odwiedzał w USA trenerów NBA), korzystać z osiągnięć nauki, która z pozoru ze sportem ma niewiele wspólnego. Tuchel i Nagelsmann są owocami tej zmiany myślenia. - Oni nie chcą w piłce poprawności. Według nich wszystko jest dozwolone, o ile wiesz, jak to uargumentować i wprowadzić. Od lat uczymy trenerów sztuki retoryki, żeby potrafili wyjaśnić, o co chodzi w ich futbolu. To jest fundamentalne. Dzisiaj nie można już mówić piłkarzom, że mają gryźć trawę. Świat się zmienił, oczekiwania są inne, piłkarze chcą, żeby kierował nimi profesjonalista - wyjaśniał "The Guardian" Frank Wormuth, nauczyciel Nagelsmanna w szkole trenerów w Kolonii.

Myślenie zmieniły też kluby: wcześniej z reguły trenerem zostawał piłkarz, który sporo osiągnął. Im więcej, tym na początku mógł liczyć na poprowadzenie lepszego zespołu. Dopiero z czasem prezesi przyznali rację Arrigo Sacchiemu, który już wiele lat wcześniej barwnie porównywał, że nie trzeba być koniem, by później zostać dżokejem. Przestali patrzeć, ile ktoś rozegrał meczów, a zwrócili uwagę, jak rozumie na futbol. Szansę zaczęli więc dostawać najzdolniejsi uczniowie z akademii trenerów w Kolonii. Tuchel przejął Mainz w 2009 roku, gdy miał 36 lat i sprawdził się znakomicie. Później mówiło się o "efekcie Tuchela", bo zatrudniano jeszcze młodszych trenerów od niego. Jego sukces utorował im drogę.

Niemcy szkolili na potęgę: do 2013 roku wydali 21 731 licencji B, 5 633 licencji A i 1305 licencji pro. Dla porównania Anglicy wyszkolili odpowiednio: 9548, 1190 i 205 trenerów. Co roku akademia w Kolonii szkoli 25 trenerów, by na koniec przyznać im licencję pro. Kurs UEFA przewiduje 240 godzin praktyk. Kurs niemiecki wymaga 800 godzin. Hansi Flick w tej akademii trenerów był najlepszy w klasie w 2003 roku. Tuchel kończył akademię w 2006 roku i też był najlepszy w klasie, Nagelsmann w roczniku 2016 był gorszy tylko od Domenico Tedesco. Ale to on dwa tygodnie po skończeniu kursu, mając 28 lat, wchodził do szatni Hoffenheim jako pierwszy trener, mimo że kilku zawodników było starszych od niego. 

Thomas Tuchel pomógł Julianowi Nagelsmannowi 

Co zabawne - Nagelsmann nie planował być trenerem. Ale nie planował też kontuzji, która przerwała mu karierę piłkarską, gdy miał 21 lat. Grał wtedy w rezerwach Augsburga, czasami jako środkowy pomocnik, czasami jako stoper, bo jego trener - Thomas Tuchel lubił mieszać. Po tej kontuzji zobaczył w Nagelsmannie swoje odbicie: sam miał 24 lata, gdy usłyszał, że jego kolana wyglądają, jakby miał 40. Obraził się wtedy na piłkę i zaczął dorabiać w barze i w piekarni. Nawet lepiej pracowało mu się przy bułkach, bo miał głównie nocne zmiany i nikt go nie widział. W barze miał wrażenie, że wszyscy widzą w nim byłego piłkarza i śmieją się, gdy tylko odwraca głowę. Nagelsmannowi chciał tego oszczędzić. Dostrzegł jego bystre oko, a skoro i tak miał jeszcze ważny kontrakt z Augsburgiem, wziął go do swojego sztabu i zlecił analizę TSV Gerostofen, najbliższego rywala w Landeslidze. Nie przypuszczał, że po dwunastu latach zmierzą się w półfinale Ligi Mistrzów.

- Nie pamiętam, jaki był wynik - przyznaje Nagelsmann, ale pamięta ten niewielki stadionik w liczącym 22 tysiące mieszkańców powiecie augsburskim. Zanim pojechali tam z całą drużyną na mecz, odwiedził go kilkukrotnie, by przygotować pierwszą analizę rywala. Tuchelowi się spodobała - była konkretna, szczegółowa. Obaj wyciągnęli z niej podobne wnioski. -Zabierałem na te mecze swoją dziewczynę, dzisiaj już żonę. Nagrywała cały mecz ręczną kamerą, a ja w tym czasie robiłem notatki. Karteczki, długopis i kamera - nic więcej wtedy nie było. Nie miało to nic wspólnego z dzisiejszą analizą - mówi Naglesmann w "Der Spiegel". 

- Po kilku analizach Thomas powiedział mi, że powinienem zostać trenerem. Mówił, że mam do tego talent. Ja tego nie czułem, studiowałem zarządzanie w biznesie i z tym wiązałem plany. Tak, można powiedzieć, że to Thomas sprawił, że jestem trenerem - stwierdza Nagelsamann. Gdy Julianowi skończył się kontrakt w Augsburgu, Tuchel podpowiedział mu, że w 1860 Monachium szukają asystenta trenera w drużynie U17 i dał numer do odpowiedniej osoby. Tuchel został w Augsburgu, gdzie był trenerem młodzieży i koordynatorem w akademii. - Już wtedy było u niego widać ogromną chęć zwyciężania. Miał też wielką pewność siebie. Zawsze miałem wrażenie, że wie, co potrafi i wie, czego chce. Nie sprawiał wrażenia nowicjusza. Zachowywał się jak doświadczony trener. Był przekonany co do swoich metod. Był niesamowitym perfekcjonistą, na treningach poprawił niemal każde podanie. I dużo krzyczał, nigdy nie był spokojny podczas meczu, zawsze stał blisko linii i nie zostawiał zawodników samych - opisuje Nagelsmann w "Der Spiegel".

- Treningi były bardzo męczące, wracając później do domu, zasypiałem w pociągu. Siedząc w szatni przed treningiem nigdy nie mogłeś założyć, że skoro jest wtorek, to na pewno będziemy robić to i to. Skoro środa, to na pewno skupi się na tym. Nigdy nie dało się przewidzieć, co przygotuje. Dla mnie już wtedy było to ekscytujące i dzisiaj jako trener stosuję podobne podejście - mówi. Po kilku latach Nagelsmann już jako trener U19 w Hoffenheim pojechał na staż do Tuchela. Nie wiedział, jak zostanie przyjęty, bo od dłuższego czasu nie utrzymywali kontaktu. - Już nie wyglądał jak student, postarzał się. Było bardzo miło, porozmawialiśmy dłuższą chwilę. I jedno się nie zmieniło: wciąż krzyczał na treningach, może tylko nieco mniej niż w Augsburgu - wspomina. We wtorek spotkają się raz jeszcze. 

Pionierzy

Tuchel od początku kariery trenerskiej wspomagał się opracowaniami pionierów analityki danych z Brentford i Midtjylland, podczas gdy mało kto jeszcze o nich słyszał. Wpadał do księgarni uniwersyteckich i wychodził z torbą pełną książek poświęconych pracy mózgu. Chciał na ich podstawie ulepszać swoje treningi. Wyczytał, że powtarzanie pewnych schematów ma sens tylko wtedy, gdy co jakiś czas schemat ten zostanie przełamany. Przełożył to na futbol i kazał wyrysować na boiskach treningowych linie w innych miejscach, by zawodnicy wykonywali ćwiczenia na dużych i małych obszarach. Gdy zauważył, że wszystkie drużyny w Bundeslidze, w tym jego Mainz, rozpoczynają akcję według schematu, w którym piłka ze środka trafia do boku i dopiero stamtąd rozprowadzana jest akcja, kazał zlikwidować linie boczne, by zawodnicy mieli nieograniczoną przestrzeń. Wariant z podaniem do boku był bezpieczny, powielany od lat, bo lepiej stracić piłkę z boku boiska niż w środku. Ale on nie chciał bezpiecznej gry. Kolejna obserwacja: jego obrońcy zbyt często "miękko" faulowali rywali w okolicach pola karnego. Trenowali więc z piłkami tenisowymi w dłoniach, by nie dało się złapać napastnika za koszulkę. Innym razem Tuchelowi zależało, żeby obrońcy ustawiali się bokiem do akcji. Pozbawił więc boisko narożników, by przypominało diament. Dzięki temu obrońcy naturalnie ustawiali się w ten sposób. 

Czytał też o innowacjach w odżywianiu. Jak tylko objął Borussię Dortmund, zakazał spożywania cukru i produktów zbożowych. W Paryżu poprosił o jak najszybsze zorganizowanie spotkania z kucharzami, żeby skonsultować z nimi nowe menu. Zajął się dietą dla Daniego Alvesa, który dochodził do siebie po kontuzji i zmusił Marco Verrattiego do schudnięcia. Później zajął się reorganizacją centrum treningowego - fizjoterapeuci i lekarze mieli mieć więcej miejsca, pracować w pomieszczeniach położonych obok siebie, drzwi w drzwi. Sam dostarczył rysunki architektoniczne, jak powinno to wyglądać po remoncie. 

Nagelsmann był podobny. Mając 28 lat został trenerem Hoffenheim, a lokalne gazety pisały, że to zabieg marketingowy. Szybko udowodnił, że jest doskonale przygotowany do zawodu. Zyskał reputację taktycznego maniaka, który podobniej jak wcześniej Tuchel, może zmieniać ustawienie drużyny trzy razy w ciągu meczu. Na boisku chce chaosu, w którym przeciwnik się gubi, a jego piłkarze widzą wypracowane schematy i pole do własnej inwencji. W Lipsku ze skrzydłowego Marcela Sabitzera zrobił rozgrywającego, ze bocznego obrońcy Marcela Halstenberga środkowego obrońcę. Już w Hoffenheim poprosił klub o zainstalowanie wielkich ekranów przy boisku treningowym. Wokół poustawiał kamery, wypuścił drony i z tabletem w ręce czuł się panem sytuacji. Mógł w każdym momencie przerwać trening i na bieżąco analizować błędy. Pokazał też dystans, gdy po treningu piłkarze chcieli na ekranie szerokim na 6 metrów i wysokim na 3 metry pograć w Fifę.

"Nie jesteśmy przyjaciółmi" 

Jedyne czego bali się profesorowie z kolońskiej akademii - zarówno w przypadku Tuchela, jak i Flicka - to, że będą zbyt maszynowi, a za mało ludzcy. W przypadku Tuchela obawy te się potwierdziły, bo z Dortmundu odchodził pokłócony z władzami i piłkarzami. Z jego biografii wynika, że najwięcej uczył się, gdy nie miał pracy. Wtedy patrzył na futbol z dystansu, surowo oceniał siebie, na chłodno oceniał podjęte decyzje i wyciągał wnioski. Już idąc do Paryża wiedział, że Neymara i Kyliana Mbappe nie zagoni do pressingu tak, jak Ousmane Dembele czy Pierre’a-Emericka Aubameyanga. Ale oczekiwania to jedno, a rzeczywistość drugie.

Kilka miesięcy po pojawieniu się we Francji, udzielił pierwszego wywiadu po francusku. Chwalił w nim obie gwiazdy, nie powiedział nic kontrowersyjnego. Posługiwał się raczej prostymi zdaniami. Jakież było jego zdziwienie, gdy następnego ranka pod jego gabinetem ustawiła się kolejka ludzi, którzy w jakiś sposób byli związani z Mbappe. Członkowie rodziny, przyjaciele i sponsorzy nalegali, żeby sprostował parę zdań z wywiadu. Ich zdaniem bardzo chwalił Mbappe. Ale Neymara chwalił bardzo, bardzo. Tego dnia ostatecznie zrozumiał, w jakim klubie pracuje i jak bardzo musi uważać na wszelkie gesty i geściki. Wiedział, że nie będzie łatwo.

I nie miał, ale jednak, w kluczowym momencie wciąż ma dwie wielkie gwiazdy po swojej stronie. To one wepchnęły PSG do półfinału. Dogadał się z nimi, bo potrafił przymknąć oko na ich wyskoki: imprezy Neymara, fochy Mbappe po zejściu z boiska. Ludzie z jego otoczenia zauważają, że przez lata złapał większy dystans do takich spraw. Kiedyś chciał rządzić wszystkimi i mieć absolutną kontrolę nad tym, co dzieje się w klubie. W Paryżu nie wchodzi w drogę dyrektorowi sportowemu Leonardo. Jest trenerem bardziej niż kiedykolwiek. Ale już bez tej potrzeby udowadniania wszystkim, jak znakomity jest w swoim fachu. Nie zmienia systemu gry po trzy razy podczas meczu. Z Atalantą trzymał się od początku obranej drogi. "Kluczem było pozostanie sobą w trudnym momencie" - mówił później. Kiedyś każde spotkanie traktował jak obronę swojej pracy doktorskiej.

Paryż go zmienił. Teraz woli ciszę. Przed półfinałem też dystansował się od porównań z Nagelsmannem. Opowiedział o ich wspólnych początkach, ale nie chciał narracji o spotkaniu dwóch przyjaciół. - Znamy się, ale nie mamy ze sobą częstego kontaktu. W futbolu na najwyższym poziomie to niemożliwe - tłumaczył. Ich wspólni znajomi to potwierdzają. Kontrakt się urwał. Stopniowo, bez gwałtownego konfliktu. Po prostu - najbardziej podobni do siebie byli przy trenerskich ławkach. W życiu różnili się: Nagelsmann jest bardziej otwarty, serdeczny. Tuchel sprawia wrażenie wycofanego maniaka. Bardziej przypomina Guardiolę. Nie chce też ścigać się z Nagelsmannem kto, kogo bardziej zaskoczy. Chce tylko awansować do finału. Choćby po golu Choupo-Motinga w doliczonym czasie gry.