Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

PSG wreszcie ma lidera i psychikę ze stali! Ale awans dał niespodziewany bohater

Niech niecelne strzały nie przysłonią występu Neymara, który na kluczową część sezonu zbudował znakomitą formę. W środę żałowaliśmy Atalanty, ale w czwartek warto pochwalić PSG: wreszcie ma lidera, psychikę wytrzymującą oczekiwania i niespodziewanego bohatera, który nie wiadomo po co przychodził do klubu, a zapewnił awans do półfinału.

Żal Atalanty, bo przecież wszyscy lubią baśń o Kopciuszku - że oto książę wybiera tę niedocenianą z sióstr. W doliczonym czasie gry, gdy PSG strzeliło Atalancie dwa gole, wielu czuło, że dobrze znane zakończenie zostało zmienione. Kto będąc dzieckiem kibicował Kopciuszkowi, w środę trzymał kciuki za Atalantę.

Zobacz wideo

Na bal najlepszych zespołów w Lizbonie też weszła zupełnie niespodziewanie. Skromna, znacznie biedniejsza od PSG, przedstawicielka miasta, z którym koronawirus - jak zła macocha - obszedł się najbrutalniej. Ale na tym balu była urzekająca, Gian Piero Gasperini skroił jej suknię na miarę. I wszystko było jak w bajce: udany początek, gol Mario Pasalicia, pudła Neymara, trwanie z jednobramkowym prowadzeniem aż do 90. minuty. I zakończenie - wybitnie niebaśniowe, jakby ktoś pomylił scenariusze - bo oto książę w ostatniej chwili odwrócił się od Kopciuszka i wybrał jej przyrodnią siostrę. Tak inną - bogatą i dopieszczoną. To ona wsiadła do karety i zmierza do pałacu, o którym od dawna marzyła, ale do którego dotychczas nie chcieli jej wpuścić. A Kopciuszek? Czar prysł, musi wrócić do swojej rzeczywistości. Za rok też będzie bal. Zaproszenie już ma.

Los PSG wisiał na włosku

O awansie PSG przesądziła jakość piłkarzy sprowadzanych za największe pieniądze - kosztującego 222 miliony euro Neymara, który asystował przy pierwszym golu i znakomitym podaniem do Mbappe (180 milionów euro) dał początek drugiemu. To oni rozegrali akcję, którą wykończył Eric Choupo-Moting - ten nijak pasujący do plejady paryskich gwiazd napastnik, sprowadzany trochę nie wiadomo po co, dał klubowi awans do półfinału.

Ale zanim zdobył tę bramkę, wiele rzeczy zdążyło zawisnąć na włosku: w Madrycie już powstawały teksty tłumaczące, że Real i Mbappe są sobie przeznaczeni, w Barcelonie knuto, jak ściągnąć Neymara z powrotem, świat znów zaśmiewał się z PSG, że kolejny rok do niczego, a posada Thomasa Tuchela pewnie chwiała się bardziej niż on sam w ortopedycznym bucie, wspierany kulami. Cierpliwość szejków była wystawiana na poważną próbę. Kto wie, co by się stało z tym projektem, gdyby piłkarzom nie udało się odwrócić wyniku. Może szejkowie mieliby już dość? A może przeciwnie - poszliby jeszcze dalej i wzmocnili skład kolejną wielką gwiazdą? To wszystko jest już nieaktualne, bo Choupo-Moting trafił, brutalnie rozprawiając się z Atalantą. Ale - odrzucając już wszelki romantyzm - ta sama jest sobie winna. Jak zazwyczaj nie czeka, tak w ćwierćfinale przez całą drugą połowę czekała. Marzyła o ostatnim gwizdku. Nic nie zostało z tego odwoływania się Gasperiniego do Suna Zi, myśliciela z Dalekiego Wschodu, że najlepszą obroną jest atak.  

Atalanta nie szukała kolejnego trafienia. Liczyła, że nie popełni błędu i zwycięży 1:0. Tymczasem Neymar co chwilę prowokował ją do popełniania kolejnych: obrońców mijał szesnaście razy, przepuszczał im piłkę między nogami, mijał jak tyczki, ale był nieskuteczny - jego strzały były niecelne albo za słabe, a kluczowe podania długo nie docierały do kolegów. Gdy odchodził z Barcelony, by zostać Messim Paryża, myślał o blaskach takiej pozycji w zespole. Przeciwko Atalancie przez ponad godzinę poznawał cienie bycia Messim i wyrastania ponad drużynę. Był sam. Mógł liczyć tylko siebie: w środku i na skrzydle, rozgrywał, uciekał obrońcom sprzed nosa, dogrywał Icardiemu, dośrodkowywał z rzutów wolnych - wszystko na nic, PSG wciąż przegrywało 0:1. Aż po godzinie na boisko wszedł Mbappe i odmienił mecz, który znalazł się wtedy w martwym punkcie - PSG z rozmachem atakowało, ale nie potrafiło zdobyć bramki. Po jego wejściu Francuzi przestali być tylko efektowni. Sprawił, że stali się konkretniejsi, groźni. Obrońcy Atalanty nie mogli skupiać się już tylko na Neymarze, co obaj wykorzystywali wzajemnie szukając się na boisku. W kluczowej akcji wreszcie dało to efekt.

Neymar liderem PSG

Thomas Tuchel, który poza Neymarem, miał w tym meczu najwięcej do udowodnienia, siedział przy linii na przenośnej lodówce, bo złamana noga nie pozwalała mu na zwyczajowe drygowanie zespołem. Siedział i obserwował. Serwowane przez realizatora zbliżenia kipiały emocjami - a to rękami obejmował głowę, a to chował twarz w dłoniach, a to uderzał pięścią w kolano. Przeważało rozczarowanie, pojawiała się złość i frustracja. W drugiej połowie poszedł na całość: dokonał ofensywnych zmian, wcześnie wprowadził ledwie wyleczonego Mbappe. Długo czekał na efekt. Widząc go siedzącego na lodówce, ograniczonego wielkim ortopedycznym butem, koniec końców jeszcze lepiej rozumiało się, jak niewielki ma wpływ na kluczowe boiskowe sprawy. Po przerwie, gdy Atalanta już jego zespołowi nie zagrażała, więc chodziło tylko o tego jednego gola dającego wyrównanie, on nie mógł już nic zrobić. Bo że Neymar mylił się nawet w łatwych sytuacjach? Że Mbappe pierwszy strzał oddał prosto w bramkarza? Że Icardi zawsze był krok za obrońcami? Mógł tylko rozkładać ręce. 

Ulga po dwóch golach strzelonych w 90. i 93. minucie była więc zrozumiała. Był blisko skończenia jak Carlo Ancelotti, Laurent Blanc czy Unai Emery - z mistrzostwem, które nie osładzało goryczy rozczarowania w Lidze Mistrzów. Władze PSG od lat nie ukrywają, co w tym biznesie rajcuje najbardziej. Wieczory z Champions League miały przysparzać im dumy, a dotychczas powodowały frustrację i zarumienione ze wstydu policzki. Tuchel przerabiał to już rok temu, gdy musiał wyjść na konferencję po odpadnięciu z Manchesterem United i wytłumaczyć niewytłumaczalne. Przeciwko Atalancie wszystko zmierzało w podobnym kierunku. Szejkom mógł już zamarzyć się Mauricio Pochettino, Massimiliano Allegri, czy inny wielki trener, wyglądający jak maszynka do spełniania marzeń. Padły jednak te dwa gole, a Tuchel w czwartek obudził się w zupełnie innym nastroju. 

Wspólny mianownik poprzednich sezonów PSG w Lidze Mistrzów? Paraliżujący w najważniejszych momentach stres i kontuzje podstawowych piłkarzy. Ten klub potrzebuje sukcesu jak tlenu. Powstał w tym kształcie z myślą o zasadzeniu się na najbardziej prestiżowe rozgrywki, a przegrywał w niewiarygodnych okolicznościach z FC Barceloną, nie miał szans z Realem Madryt, wypuszczał awans z rąk grając z trapionym problemami Manchesterem United. Powstawały elaboraty o słabym charakterze, o sztucznie zbudowanej drużynie bez tożsamości, o gwiazdkach myślących tylko o sobie.

Tuchelowi udało się zerwać z demonami. Zmienić mentalność tego zespołu. Tym razem wielkie oczekiwania nie sparaliżowały jego piłkarzy i chociaż zwycięstwo z Atalantą było ich obowiązkiem, to gdy nie szło, oni nie zaczęli nagle machać rękami na oślep. Dalej prowadzili grę w przemyślany sposób. A Tuchel po drodze pomagał im zmianami. Zaczęli grać lepiej, po przerwie nie musieli martwić się o defensywę, z kolei Neymar z Mbappe poprowadzili akcje z przodu. To duża sztuka dogadać się z nimi dwoma, mieć ich po swojej stronie, mimo tych wszystkich nieporozumień i w kluczowym momencie sezonu cieszyć się Brazylijczykiem w tak znakomitej formie. I pewnie, że można wracać do tych jego pudeł i zastanawiać się nad wytłumaczeniem, ale szkoda czasu. Lepiej skupić się na jego lekkości, odwadze i swobodzie. Na tym jak przewodził PSG, jak stał się jego liderem, jak wyrastał ponad resztę, jak cieszył się i bawił na tak wysokim poziomie. Bo jeśli coś się powtórzy w półfinale, to prędzej to jak grał, niż to jak strzelał.