Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Barcelona zadbała o emocje do samego końca. Mimo trzech strzelonych goli, drżała o wynik. Milik strzelił ze spalonego

Barcelona gra dalej, ale wątpliwości nie rozwiała: zamiast spokojnego awansu była nerwówka na życzenie. Solidności wciąż brakuje, a w Lizbonie czekają zespoły, które wykorzystają to znacznie lepiej niż Napoli. Od ćwierćfinału sam Lionel Messi może nie wystarczyć. Nawet jeśli dalej będzie kiwał leżąc.

Barcelona zrobiła sporo, żeby rewanż z Napoli emocjonował do samego końca. Miała pozorną kontrolę, operowała piłką, strzeliła trzy gole, a jednak piłkarze Napoli wciąż mogli wierzyć, że zdołają wszystko odwrócić. Może to kwestia nieufności do Barcelony po dwóch ostatnich sezonach, gdy boleśnie uczyła swoich kibiców, że nie ma przewagi nie do roztrwonienia, a może po prostu brak kropki nad i postawionej tego wieczoru. Fakty są takie, że w ostatnich dziesięciu minutach Arkadiusz Milik strzelił gola ze spalonego, a Hirving Lozano trafił w słupek. Kilka centymetrów zdecydowało o tym, że Barcelona wygrała 3:1 i awansowała do ćwierćfinału. 

Zobacz wideo

Barcelona sama podała rękę Napoli

Już wcześniej, przynajmniej dwa razy, wydawało się, że w tym dwumeczu wszystko jest już rozstrzygnięte. Najpierw w 30. minucie, gdy Messi strzelił gola na 3:0. Z Napoli nie było co zbierać: obrońcy popełniali kuriozalne błędy, atakujący - z wyjątkiem jednej sytuacji na początku meczu - nie stwarzali zagrożenia. Słowem? Po wszystkim - Barcelona do Lizbony dokończyć Ligę Mistrzów, Napoli do domu. VAR nie uznał jednak tego gola twierdząc, że Messi dotknął piłkę ręką. Powtórki wprawdzie tego nie pokazały, ale nie była to pierwsza tego wieczoru kontrowersyjna decyzja sędziów zza monitora - wcześniej bramka Clementa Lengleta została uznana, mimo że środkowy obrońca Barcelony przed strzałem wyraźnie odepchnął Diego Demme. Teraz VAR był po stronie piłkarzy Gennaro Gattuso. Dał im jeszcze jedną szansę. Ale już kwadrans później Kalidou Koulibaly popełnił błąd, sfaulował Messiego w polu karnym, a Luis Suarez wykorzystał jedenastkę. Trzybramkowa przewaga stała się faktem. I tutaj po raz drugi kibice mogli stwierdzić, że wszystko jest już jasne. 

Ale co zrobiła Barcelona, mając wszystko pod kontrolą? Przy pierwszej lepszej okazji podała rękę rywalowi - Ivan Rakitić spowodował rzut karny, z którego gola strzelił Lorenzo Insignie. Tuż przed zejściem na przerwę Napoli zyskało wiarę. Odważnie ruszyło do ataku i niewiele brakowało, by jeszcze przed przerwą strzeliło na 3:2. Barcelona sama skomplikowała sobie życie.

Lionel Messi - więcej niż klub

Dzień wcześniej Manchester City pokazał jak wygrywa poukładany i dojrzały zespół. Pep Guardiola przeciwko Realowi Madryt napisał podręcznik z utrzymywania prowadzenia i nienarażania przy tym kibiców na dodatkowy stres. Najwyraźniej Barcelona nie miała jeszcze okazji go przeczytać, bo wyszła na drugą połowę, grała tylko przez kwadrans, a ostatnie pół godziny już tylko czekała na ostatni gwizdek. Po zmianie stron oddała tylko jeden - niecelny - strzał. Napoli stworzyło w tym czasie aż jedenaście sytuacji. Częściej miało piłkę, operowało nią na połowie Barcelony, z biegiem minut wpychając ją coraz głębiej w pole karne. Pojedynczy piłkarze - jak Messi i Suarez - grali pod faul, próbowali dłużej utrzymać się przy piłce i na chwilę odciążyć obrońców. Ale Napoli szybko wracało z piłką pod pole karne gospodarzy. Brakowało jednak konkretu - strzału z dystansu, dokładniejszego dośrodkowania, odważniejszego wejścia w szesnastkę.

Do 70. minuty na boisku był Piotr Zieliński. I był jak całe Napoli - mało konkretny. Wszystko robił poprawnie, ale brakowało czegoś specjalnego. W 80. minucie z ławki rezerwowych wszedł Arkadiusz Milik. Wystarczyło, że raz dotknął piłkę i już trafił do siatki. Był jednak na spalonym. Barcelonie się upiekło. Gattuso w drugiej połowie wymienił pół składu - na ostatnie dziesięć minut miał pięciu świeżych zawodników, podczas gdy Barca wciąż grała tą samą jedenastką. Różnicę było widać gołym okiem. Setiena da się jednak zrozumieć: nie zmieniał, bo nie bardzo miał kogo wpuścić. Na ławce siedziało tylko trzech piłkarzy, którzy kiedykolwiek grali w Lidze Mistrzów. Wśród nich najbardziej doświadczony - z siedmioma występami na koncie - był rezerwowy bramkarz Neto. Dopiero w 84. minucie trener Barcy dokonał pierwszej zmiany - za Antoine’a Griezmanna (kolejny raz kompletnie niewidocznego) wpuścił debiutanta - Monchu Ramona. W doliczonym czasie gry za poobijanego Luisa Suareza wszedł boczny obrońca Junior Firpo. W ostatnich minutach Napoli nie schodziło z połowy Barcelony, utrzymywało piłkę pod polem karnym, często dośrodkowywało, w słupek uderzył Lozano, ale żaden gol nie padł. Mimo nerwów, do ćwierćfinału awansowała Barcelona.

Dla Setiena mógł to być ostatni mecz. Nie będzie, bo jego zespół leci do Lizbony walczyć o uratowanie sezonu. Uciekł więc spod topora, ale nie tyle na swoich nogach, co ciągnięty przez Messiego. Argentyńczyk znów nauczył nas czegoś nowego: otóż można okiwać dwóch obrońców nawet leżąc, a później jeszcze strzelić gola. Trzeba mieć przy tym nieziemską koordynację i orientację, co dzieje się wokół. Przyda się też nutka zuchwałości. Tylko Messi - leżąc - mógł wpaść na pomysł, że zagarnie jeszcze piłkę w stronę bramki i spróbuje uderzyć. Ten napis na trybunach - "więcej niż klub", jeszcze lepiej widoczny w wersji angielskiej na dolnym pierścieniu Camp Nou - oddaje dziś jego status. Bez niego nie byłoby Barcelony w ćwierćfinale, Setiena w Barcelonie, ani nadziei, że w następnej rundzie uda się pokonać rozpędzony Bayern Monachium.