Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Sergio Ramos to nie tylko ostoja defensywy. Mecz z Manchesterem City wyraźnie to pokazał. Realowi brakowało lidera

Liderów nie da się zastąpić ot, tak. Realowi Madryt brakowało Sergio Ramosa, a sam Karim Benzema nie wystarczył. O przebiegu meczu decydowali Francuzi: Varane popełniał błędy, Benzema próbował je tuszować. Skończyło się 2:1 dla Manchesteru City i awansem zepołu Pepa Guardioli.

Dawno, dawno temu, Manchester City pokonał Real Madryt 2:1 i wydawał się być jedną nogą w ćwierćfinale. Był na fali, szukał dodatkowej motywacji w karze od UEFA, która zdecydowała, że za przekręty finansowe i brak współpracy w śledztwie wykluczy go na dwa sezony z Ligi Mistrzów. Dawno, dawno temu, Real Madryt odpadał z Pucharu Króla, tracił prowadzenie w lidze i nadzieję na awans w Champions League. Ale ponad pięć miesięcy  - i jedną pandemię -  później już nic nie było takie samo: Real po wznowieniu ligi hiszpańskiej wygrywał mecz za meczem, nie tracił goli, wyprzedził Barcelonę i zaczął wierzyć w odrobienie strat z City. Przewaga jednego gola - plus waga dwóch bramek strzelonych na wyjeździe - nagle przestała się wydawać taka wielka. Zwłaszcza że rewanż trzeba było grać na pustym stadionie. Rywale w międzyczasie pokonali UEFA przed Trybunałem Arbitrażowym, już nie groziło im pożegnanie z LM na długo, więc można było wierzyć, że ta dodatkowa mobilizacja zniknęła. Nawet brak zawieszonego Sergio Ramosa nie wydawał się przeszkodą nie do przeskoczenia dla Realu, który we wznowionej części sezonu robił tak mało błędów. A potem zaczął się mecz na Ettihad i te wszystkie teorie przestały przystawać do rzeczywistości.

Zobacz wideo

Bez Sergio Ramosa ani rusz

Pięknie brzmiało nazywanie przez Zinedine’a Zidane’a meczów ligowych finałami - z jedenastu po wznowieniu sezonu Real wygrał dziesięć i zremisował jeden - ale dopiero, gdy wróciły prawdziwe finały, wybrzmiał hymn Ligi Mistrzów, pojawiły się niespotykane od dawna emocje. Presja, która plątała nogi takim wyjadaczom, jak Raphael Varane czy Casemiro. Bo czym innym niż zdenerwowaniem i tremą wytłumaczyć błąd Varane’a z początku spotkania, gdy stracił piłkę w polu karnym i podarował gola Manchesterowi City? To on pod nieobecność Sergio Ramosa miał przejąć przywództwo w defensywie, pokierować niesprawdzonym na tak wysokim poziomie Ederem Militao. A jednak zawiódł już na początku. Ramosa brakowało, gdy Real miał piłkę i gdy ją tracił. Przez cały mecz miał olbrzymie problemy z wyprowadzeniem piłki, bronił niepewnie, piłkarze City prostymi zagraniami tworzyli kolejne sytuacje, a Militao nieustannie sprawiał wrażenie, jakby wszystkie decyzje podejmował w ostatniej chwili. Królewskim brakowało spokoju, który normalnie samą obecnością wprowadza Ramos.

Po stracie gola piłkarze Realu zaczęli błagalnym wzrokiem szukać Karima Benzemy, jedynego przywódcy, który im został. Miał opaskę kapitańską na ramieniu i gigantyczną presję na swoich barkach. A jednak, gdy wyskoczył do piłki dośrodkowanej przez Rodrygo wydawał się lekki jak piórko. Wcześniej rozprowadził tę akcję do boku i na paluszkach wbiegł w pole karne. Tak, że nawet skupieni na nim obrońcy City na chwilę się zapomnieli. Trafił idealnie, wyrównał wynik meczu i dał Realowi nadzieję. Zabrakło pójścia za ciosem, większej wiary w możliwość strzelenia gola dającego dogrywkę - choćby ze stałego fragmentu gry. Królewscy zrezygnowali z dośrodkowań spod chorągiewki, próbowali krótko rozgrywać i finalnie nie stwarzali zagrożenia.

Nadzieję w drugiej połowie raz jeszcze odebrał Varane. Znów w trudnych do wytłumaczenia okolicznościach. W całym sezonie pewnie opanował tysiąc takich piłek, a jednak na Etihad nie trafił w nią głową. Ale zaraz po tym kiksie jeszcze wszystko dało się uratować, Gabriel Jesus dopiero się zbliżał. Znów - Varane już pewnie setki razy zgrywał piłkę do Courtoisa w podobny sposób. A jednak tym razem zrobił to za słabo. Napastnik City wybiegł zza jego pleców i łatwo wykorzystał błąd niepasujący do mistrza świata, mistrza Europy i czterokrotnego zdobywcy Ligi Mistrzów. Courtois patrzył z niedowierzaniem. On też się nie spodziewał.

Manchester City wykorzystał błędy i świetnie zarządzał wynikiem

I pewnie łatwiej byłoby kibicom Realu przeboleć to odpadnięcie, gdyby ich zespół tak bardzo nie ułatwił rywalom awansu. Prowadził w pierwszym meczu, a później tracił gole, akurat gdy gra zaczynała mu się układać. Ale bardziej niż te dwie stracone bramki, Realowi ciążyło zawieszenie Ramosa. Popełnił w lutym błąd, którego skutki było czuć w sierpniu - przez cały rewanż. Potwierdziło się, że Real jest dziś zespołem uzależnionym od swoich liderów - Ramosa i Benzemy, że z ostatniego okna transferowego korzyści są niewielkie - cieszy Ferland Mendy, ale nieustannie rozczarowują Eden Hazard i Luka Jović.

Manchester City korzystał z błędów, a w międzyczasie marnował wypracowane przez siebie okazje. Piłkarzom Guardioli trzeba oddać, że wspaniale zarządzali wynikiem. Gola na 2:1 strzelili w 68. minucie, gdy do końca teoretycznie wciąż pozostawało wystarczająco dużo czasu, by Real odwrócił wynik. Grali jednak tak, że nie było o tym mowy. Nie było szalonej pogoni gości i desperackiej obrony gospodarzy. Była spokojna, rozsądna gra z piłką przy nodze. Był spektakl Kevina De Bruyne i triumf taktycznej myśli Guardioli. Wszystko zaplanował tak, że w drugiej połowie tętno nie podskoczyło mu nawet przez sekundę. Piłkarze City najpierw wymusili błędy, zgotowali Casemiro jeden z najgorszych wieczorów w karierze, a później do samego końca mieli pełną kontrolę nad meczem. Zasłużenie awansowali do ćwierćfinału. Zidane szczerze gratulujący Guardioli miał tego świadomość. Oparli ten awans na błędach rywala i ograniczeniu własnych pomyłek. A jeśli przypomnimy sobie, czego najbardziej brakowało im w poprzednich edycjach Ligi Mistrzów, gdy odpadali nadspodziewanie szybko, to takiej właśnie dojrzałości i efektywności. W Lizbonie będą jednym z faworytów.