Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Perfekcyjny mecz piłkarza Atletico Madryt! Jakby grał na kodach

This is Anfield. Jeśli tutaj przegrywasz 0:2, musisz być gigantem, by na koniec cieszyć się pod sektorem gości. I takim gigantem okazało się być Atletico Madryt: uśpione w lidze, niezwykłe w Champions League. Wyeliminowało obrońcę trofeum na swoich zasadach - zostawiając Liverpool wycieńczony i z poczuciem niesprawiedliwości.

Zamiast tradycyjnego uścisku dłoni między kapitanami była tylko wymiana uśmiechów i wyciągnięte w górę kciuki. Klopp przywitał się z Simeone ni to żółwikiem, ni to trąceniem łokciem. Ale później na Anfield można już było o koronawirusie zapomnieć. Raz, że trybuny były pełne, atmosfera fantastyczna, to jeszcze samo tempo tego meczu nie pozwalało oderwać myśli od tego co na ekranie. 

Zobacz wideo Balotelli zaimponował wypowiedzią o koronawirusie! "Nie kojarzy mi się z rozsądkiem"

90 minut, które nie wskazywało na awans Atletico Madryt

Ale tego się przecież spodziewaliśmy. W ogóle dużo o tym meczu było wiadomo zanim jeszcze się rozpoczął: że Liverpool ruszy z kopyta, że Atletico przez większość minut będzie próbowało bronić jednobramkowej zaliczki z pierwszego spotkania, i że sięgnie po każdą broń byle awansować do ćwierćfinału. Dlatego brytyjskie portale pisały, że zespół Juergena Kloppa będzie musiał zmierzyć się z czarną magią stosowaną przez Atletico. To te wszystkie taktyczne faule, to te symulacje, przedłużanie gry z piłką przy chorągiewce, wywieranie presji na arbitrze, pobudzanie swoich kibiców i prowokowanie miejscowych. Sprawdziło się: Diego Costa odrzucał piłkę, gdy gra była wstrzymana, Jan Oblak długo zbierał się do wybić piłki, a pozostali piłkarze nieśpiesznie wstawali po faulach. Obie drużyny dopadały do sędziego, otaczając go zanim podjął jakąkolwiek ważną decyzję. Tym bardziej należy docenić, że Danny Makkelie nad tym meczem zapanował. 

Klopp miał na taki mecz przygotowywać wszystkich w klubie. Osoby opiekujące się murawą zadbały, by była przycięta co do milimetra. Sprzyjał też padający deszcz, dzięki czemu piłka toczyła się znacznie szybciej niż w Madrycie. Armia chłopców otoczyła całe boisko, byle wybita piłka jak najszybciej na nie wracała. Właśnie szaloną intensywnością Klopp chciał wykończyć Atletico. - Będziemy musieli atakować, tworzyć szanse i bronić jak nigdy wcześniej. Musimy oddawać więcej celnych strzałów! Przecież jak ktoś zobaczy, że w pierwszym meczu nie mieliśmy ani jednego, pomyśli, że nie stwarzaliśmy żadnych okazji. A przecież tak nie było. Mieliśmy dobre okazje, chociaż graliśmy przeciwko zespołowi, który prawdopodobnie jest najlepszy na świecie w głębokim bronieniu się. Są jednak sposoby, żeby ich oszukać - zapowiadał Niemiec.

W środę pierwszy celny strzał oddali już w 4. minucie i w uderzeniu pozostali już do końca meczu. Atletico odgryzało się pojedynczymi kontrami, świetnie wykorzystywało rzuty rożne i bite nawet z daleka rzuty wolne. Rządził jednak Liverpool. Dłużej utrzymywał się przy piłce, a w porównaniu z pierwszym meczem, rozgrywał ją o wiele szybciej. Był konkretniejszy, odważniejszy, uderzał celniej. Konsekwentnie realizował swój plan. Piłkarze Kloppa nie dali się wciągnąć w gierki Atletico. Intensywność i szybkość tego meczu porażały. Obie drużyny w szalony sposób rzucały się do pressingu po stracie piłki. Liverpool odżył po chwili zadyszki w ostatnich kilkunastu dniach. Kluczowy był powrót do zdrowia Jordana Hendersona. Ale najważniejszą akcję w doliczonym czasie do pierwszej połowy przeprowadził Alex Oxlade-Chamberlain, który wskoczył do składu za Fabinho. Najpierw rozegrał na skrzydle z Mohamedem Salahem, a po chwili dośrodkował prosto na głowę wbiegającego w pole karne Georginio Wijnalduma. Holender uderzył tak, że nawet doskonały tego wieczora Oblak, nie dał rady odbić piłki. 

Nic nie wskazywało na to, żeby Atletico po przerwie miało wytrzymać tak wielki napór Liverpoolu. Ale z drugiej strony zespół Simeone potrzebował tylko jednego gola, by postawić rywala pod ścianą i zmusić do strzelenia kolejnych dwóch goli. Wynik 2:1 dawał awans Atletico ze względu na bramkę zdobytą na wyjeździe. Tyle tylko, że przy tak znakomicie grającym Liverpoolu, Hiszpanie nie byli w stanie atakować. Za to piłkarze Kloppa marnowali kolejne okazje: była poprzeczka po strzale Andy’ego Robertsona, świetny strzał Wijnalduma, przewrotka Mane, co najmniej trzy bardzo dobre sytuacje Salaha, kilka dośrodkowań Alexandra-Arnolda, które podrywały kibiców z miejsc. Oblak dokonywał cudów. Zawodników Atletico opuszczały siły, ale wciąż trzymało ich szczęście. I tak dotrwali aż do dogrywki. A tylko kilkanaście centymetrów zdecydowało, że nie ukradli jej Liverpoolowi w ostatniej akcji. Był rzut wolny, dośrodkował Renan Lodi, głową uderzył Saul Niguez, Simeone i wszyscy rezerwowi w ekstazie wbiegli na murawę, ale wtedy liniowy uniósł chorągiewkę. Spalony. I jeszcze trzydzieści minut dodatkowego grania.

Szalona dogrywka

Nikt już nie trzymał gardy. Pierwszy cios wyprowadził Liverpool: spod linii bocznej dośrodkował Wijnaldum, głową uderzył wcześniej niespecjalnie widoczny Roberto Firmino, ale trafił w słupek. Dopiero dobitka dała Liverpoolowi prowadzenie. Minęły trzy minuty. Piłkę miał zastępujący Alissona Adrian, wobec którego przed meczem było najwięcej obaw: bo to jednak bramkarz przynajmniej o dwie klasy od Brazylijczyka słabszy. Potwierdzał to tego wieczoru parę razy: odbijając przed siebie nawet kiepskie strzały czy niedokładnie wznawiając. I właśnie jego niecelne podanie w dogrywce kosztowało Liverpool awans. Był nieatakowany, a podał wprost pod nogi stojącego 30 metrów od bramki Joao Felixa. On też się w tym meczu nie wyróżniał, ale w tej sytuacji zachował się perfekcyjnie. Zamiast od razu strzelać, podał do lepiej ustawionego Marcosa Llorente, a ten przymierzył idealnie przy słupku. Znów wynik dawał awans Atletico Madryt. I znów Liverpool ruszył do ataku. Ale kilka minut później Llorente uderzył raz jeszcze. Tak samo precyzyjnie. Równie skutecznie. Tym razem zabójczo. Gospodarzom pozostawał raptem kwadrans na strzelenie dwóch goli. Nie dali rady. Po drodze stracili jeszcze jedną bramkę po strzale Alvaro Moraty. Przegrali 2:3. Odpadli. 

Atletico awansowało, bo miało lepszego bramkarza 

Nie ma w tym stwierdzeniu grama przesady. Jan Oblak rozegrał mecz kapitalny. Perfekcyjny, mimo dwóch straconych bramek. Nie miał żadnych szans, żeby te strzały obronić. Zatrzymał za to dziewięć innych. Jak łapał, to pewnie. Jak odbijał, to tam, gdzie akurat nie było żadnego piłkarza Liverpoolu. A po drugiej stronie boiska stał Adrian, który na Anfield trafił ostatniego dnia okna transferowego, bo akurat był bez klubu, a Alisson złapał kontuzję i potrzeba było kogoś doświadczonego na parę meczów. Wielki pech Liverpoolu wziął się z jego "małego urazu" Brazylijczyka - jak opisywał Klopp. Do niecelnego podania Adriana, Liverpool grał bardzo dobrze. Brakowało mu tylko lepszej skuteczności i odrobiny szczęścia. Ale to niecelne podanie zmieniło wszystko. Odebrało nadzieje. Piłkarze już nie potrafili odpowiedzieć, a kibice przestali krzyczeć. W milczeniu liczyli na kolejny cud w historii klubu. Ten się nie ziścił. 

To Atletico zagra w ćwierćfinale, a "Cholismo" cieszy się drugim życiem. Piłkarze Simeone mogą zawodzić w lidze, usypiać w sobotnie i niedzielne wieczory, ale w środku tygodnia wciąż są tym cynicznym, trudnym do przejrzenia, niewygodnym, silnym i zdyscyplinowanym zespołem, który w ostatnich latach tą właśnie drogą dwa razy dochodził do finału Champions League. No i ma bramkarza grającego na kodach. 

Więcej o: