Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Jose Mourinho ma wiele usprawiedliwień, ale problem jest w nim. Przestał trenować swoich piłkarzy

Jose Mourinho po raz trzeci z rzędu nie przebił się przez 1/8 Ligi Mistrzów. Po porażce Tottenhamu z RB Lipsk może podać wiele usprawiedliwień: kontuzje, szkolne błędy obrońców i słabe przygotowanie do sezonu. Ale powinien też zreflektować się nad sobą: otóż przestał trenować swoich piłkarzy.

We wtorek na jednej stronie boiska spotkali się Serge Aurier i Angelino. Jest między nimi pięć lat różnicy, dzieli ich osiemnaście meczów w Lidze Mistrzów. Pierwszy od lat gra w Premier League. Drugi się od niej odbił i po kilku meczach został odesłany na wypożyczenie. A gdy już trafił do RB Lipsk, nikt euforycznie go nie witał - miał uzupełnić skład, może z czasem dać coś więcej. Tymczasem ten młodszy, mniej doświadczony i niespecjalnie ceniony Angelino, na tle swojego rywala wyglądał jak obrońca warty sto milionów euro: zawsze szybszy, zawsze lepiej ustawiony, mądrzej reagujący, zmuszający do błędów dobrym dryblingiem i wykorzystujący błędy zupełnie niewymuszone. Asystował przy drugim golu Marcela Sabitzera zaraz po tym, jak Aurier nie potrafił przewidzieć, gdzie spadnie piłka lecąca w jego stronę przez kilkadziesiąt metrów. To błąd, za który burę zbiera się nawet w okręgówce.

Ale jest między nimi jeszcze jedna różnica: Angelino ma trenera, który miał jasny pomysł jak go wykorzystać z przodu i jak pomóc mu w defensywie. Asekurowali go środkowi obrońcy, czasem defensywny pomocnik. Aurier zostawał sam. Mourinho, z łatką trenera defensywnego, ani odrobinę nie poprawił jego gry w obronie. Nie zapewnił mu wsparcia, nie wyeliminował błędów, które Iworyjczyk popełnia od lat.

Zobacz wideo

Tottenham nie odpadł przez kontuzje i pecha. Mourinho nie zrobił nic, żeby pomóc swojej drużynie

To jak ustawiał się grający na środku obrony Eric Dier, jak nie nadążał w defensywie Ryan Sessegnon, jak niewiele musiał zrobić Lipsk, by minąć środek pola Tottenhamu, jak mylił się Aurier, wołało o pomstę do nieba. Mourinho albo bezradnie rozkładał ręce, albo zaciskał pięści ze złości. A to przecież tylko pozornie nie jego wina. Po spotkaniu z Lipskiem niemal wszystkich swoich piłkarzy mógłby skrytykować jak Tanguya Ndombele w ostatni weekend. Mourinho narzekał, że Francuz wciąż nie przystosował się do wysokich wymagań angielskiej ligi. I rozumiałbym te pretensje, choć akurat nie wyrażane publicznie, gdyby był jedynym zawodnikiem, który się nie rozwija. Można by wtedy przypuszczać, że to jego wina, bo jest leniwy albo oporny. Ale u Mourinho żaden piłkarz nie robi postępów. I to większy problem niż kontuzje gwiazd.

Doceniam trenerów, którzy z zawodników słabych robią przeciętnych, z przeciętnych dobrych, a dobrym pozwalają stać się doskonałymi. U Portugalczyka idzie to w drugą stronę. Nie ma w Tottenhamie piłkarza, który rozwinąłby się, odkąd zaczął z nim współpracować. Sięgam pamięcią dalej - w Manchesterze United też nikt nie przychodzi mi do głowy. Widzę natomiast, co w tym czasie Juergen Klopp zrobił z Robertsonem, Milnerem, Hendersonem czy Alexanderem-Arnoldem. Przecieram oczy ze zdumienia, patrząc na to, jak Pep Guardiola rozwinął Raheema Sterlinga. Carlo Ancelotti przejął Everton i kilkoma radami pomógł Dominicowi Calvertowi-Lewinowi. A żeby nie szukać wśród absolutnie najlepszych: wspomniany Angelino trafił do Juliana Nagelsmanna i rośnie w oczach. Frank Lampard szlifuje swoje młode diamenty w Chelsea. Brendan Rodgers w kilka miesięcy zrobił z Harveya Barnesa piłkarza o poziom lepszego, odbudował Jamiego Vardy’ego i udoskonalił Jamesa Maddisona.

Mourinho ma oczywiście ogromnego pecha, że kontuzje zabrały mu dwóch najlepszych strzelców: Harry’ego Kane’a i Heung-min Sona, czy że kupiony zimą Steven Bergwijn też nie zagra do końca sezonu. Ale to, że nie przygotował żadnej alternatywy, to już tylko jego wina. Bo chociaż nie da się tych piłkarzy zastąpić równie jakościowymi zmiennikami, to już sprytnym pomysłem przygotowanym pod konkretnego rywala jest to możliwe. Tottenham od kilku tygodni jest jednak kompletnie bezradny. Nastawiony tak, jakby bez swoich gwiazd nie miał szans nawet z Burnley. Reaktywny, przewidywalny, groźny tylko momentami i przez cały czas łatwy do skontrowania.

Jose Mourinho coraz dalej od ćwierćfinałów

Po raz trzeci zespół prowadzony przez Mourinho odpada w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Chelsea nie dała rady z PSG, Manchester United przegrał z Sevillą, a Tottenham w dwumeczu nie miał szans z RB Lipsk. I za każdym kolejnym razem do awansu było jeszcze dalej. Dyskusja czy Mourinho jest jeszcze wyjątkowy, trwa od dawna i coraz mniej ma sensu. Mało kto chce się jeszcze o to kłócić. Zaczynam się więc zastanawiać czy Portugalczyka powinno się jeszcze w ogóle nazywać trenerem. Efektów pracy z poszczególnymi piłkarzami przecież nie widać. O ile kiedyś potrafił jeszcze tak ustawić swoje drużyny, że ograniczał atuty rywala, o tyle dzisiaj niweluje własne. Może więc nazwijmy go "transfermakerem"? Przecież transfery już od kilku lat są jego jedynym pomysłem na rozwój zespołu. Pomysł na rewanż z RB Lipsk wyczerpał się po dziesięciu minutach: nie udało się kilka ataków pressingiem, poszła jedna kontra i skończyła się bramką na 0:1.

Kiedyś Mourinho potrafił wykrzesać ze swoich zawodników ostatnie pokłady determinacji, które działały w tak trudnych momentach. Teraz jego piłkarze zupełnie odpuścili. Zaczęli popełniać jeszcze więcej błędów: najpierw Dier nie dogadał się z Tangangą, z czego prawie skorzystał Timo Werner, później błąd podobny do Auriera popełnił Harry Winks. Cały zespół sypał się element po elemencie. Nie miał prawa awansować do ćwierćfinału tak samo, jak Mourinho nie ma prawa zrzucać wszystkiego na kontuzje i pecha. Porażka 0:4 w dwumeczu powinna skłonić go do autorefleksji.