Tottenham kompletnie się rozsypał. "Mourinho zawstydził i upokorzył swojego piłkarza"

Kontuzja Heung-min Sona sprawiła, że Tottenham, który bez Harry'ego Kane'a ledwo dyszał, kompletnie się rozsypał. Londyńczycy nie wygrali od pięciu meczów, a atmosfera wokół zespołu gęstnieje. We wtorek drużyna Jose Mourinho gra mecz sezonu przeciwko RB Lipsk.

5 - od tylu meczów Tottenham nie może odnieść zwycięstwa. Po raz ostatni drużynie Jose Mourinho udało się to 16 lutego, kiedy pokonała na wyjeździe Aston Villę (3:2) w Premier League. Od tamtej pory londyńczycy w trzech meczach ligowych zdobyli raptem punkt, po rzutach karnych odpadli z Pucharu Anglii oraz przegrali z RB Lipsk (0:1) w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów.

We wtorek zespół Mourinho zagra rewanż na stadionie trzeciej drużyny niemieckiej Bundesligi. W obliczu obecnej formy Tottenhamu jego awans jawi się jako cud. Ale "Koguty" muszą go dokonać, jeśli chcą uratować obecny sezon.

Kontuzje gwiazd i załamanie formy

Problemy Tottenhamu zaczęły się 1 stycznia, gdy poważnej kontuzji mięśnia uda doznał Harry Kane. Bez swojej gwiazdy i kapitana zespół Mourinho męczył się z kolejnymi przeciwnikami. Londyńczycy nie zachwycali, ale m.in. udało im się wygrać z Manchesterem City (2:0). Portugalski trener kombinował ze składem i ustawieniem, a pod nieobecność Kane'a jego najważniejszym piłkarzem stał się Heung-min Son.

Koreańczyk błyszczał, w pięciu kolejnych meczach strzelił aż sześć goli. To on zapewnił Tottenhamowi wyjazdowe zwycięstwo nad Aston Villą, jednak w tym meczu złamał też rękę, co najprawdopodobniej wyklucza go z gry do końca sezonu. Bez Kane'a i Sona gra i wyniki Tottenhamu załamały się.

Zaczęło się od porażki z RB Lipsk w Lidze Mistrzów i trzeba przyznać, że strata jednej bramki przed rewanżem to najniższy wymiar kary. Drużyna Juliana Nagelsmanna zdeklasowała Tottenham na jego stadionie i w Londynie mogła, a nawet powinna wygrać dużo wyżej. Kilka dni później zespół Mourinho przegrał na wyjeździe z Chelsea (1:2) w Premier League.

W kolejnych meczach ligowych Tottenham przegrał u siebie z Wolves (2:3) oraz zremisował na wyjeździe z Burnley (1:1). W międzyczasie londyńczycy niespodziewanie odpadli z Pucharu Anglii, gdzie po rzutach karnych lepsze okazało się Norwich. Norwich, które zajmuje ostatnie miejsce w Premier League i niemal na pewno spadnie do Championship.

Ostatnie dwa mecze nie tylko okazały się kontynuacją fatalnej serii Tottenhamu. Po obu z nich doszło też do sytuacji, które dodatkowo napięły sytuację wokół drużyny, jak i w niej samej.

Problemy poza boiskiem

Po porażce z Norwich doszło do spięcia między Erikiem Dierem i jednym z kibiców Tottenhamu. Ten miał obrażać Gedsona Fernandesa oraz wdać się w sprzeczkę z młodszym bratem Diera. Zawodnik "Kogutów" wszedł na trybuny, gdzie sprawę wyjaśniał osobiście.

- Sądzę, że Eric zrobił coś, czego profesjonalista nie powinien zrobić. Ale w tych okolicznościach można go zrozumieć. Uważam, że nie stało się nic wielkiego. Eric nie ma się czego wstydzić, nie powinien się też niczego obawiać. Jestem pewien, że świat futbolu go rozumie i stoi po jego stronie - powiedział Mourinho.

Portugalczyk bronił swojego piłkarza, jednak już tak spokojny nie był w niedzielę po remisie z Burnley. Na konferencji prasowej trener Tottenhamu mocno skrytykował Tanguy'a Ndombele.

- Tanguy miał już wystarczająco dużo czasu, aby wejść na wyższy poziom. Nie mogę wciąż dawać mu szans. Zdaję sobie sprawę, że Premier League jest trudną ligą i niektórzy piłkarze mogą potrzebować znacznie więcej czasu na adaptację do niej. Sądzę jednak, że mając taki potencjał jak on, musi dawać więcej naszej drużynie - powiedział Mourinho.

"To nie pierwszy raz, gdy Portugalczyk wystawia na publiczną krytykę własnego zawodnika. Przecież to samo zrobił z Henrikhiem Mkhitaryanem w Manchesterze United. Nie znam menedżera, który zdecydowałby się na podobny krok. Jeżeli chcesz krytykować piłkarza, to zrób to w cztery oczy, albo w szatni. Nie wiem, w jaki sposób zawodnikowi miałoby pomóc zawstydzenie i upokorzenie go przed kamerami" - napisał szef sportu w "Daily Telegraph" Paul Hayward.

W międzyczasie Tottenham musiał gasić jeszcze inny pożar. Tym razem za sprawą Dele Allego, który w mediach społecznościowych naśmiewał się z koronawirusa.

Awans znaczy cud?

W tak gęstej atmosferze Tottenham podejdzie do rewanżu z RB Lipsk. Rewanżu, który będzie dla londyńczyków meczem o uratowanie sezonu. Zespół Mourinho nie gra już w Pucharze Anglii, do czwartego miejsca w Premier League traci obecnie aż siedem punktów. Szanse na awans do kolejnej edycji Ligi Mistrzów maleją, zwłaszcza że do końca sezonu Tottenham zagra jeszcze trudne mecze przeciwko m.in. Manchesterowi United, Sheffield United, Evertonowi, Arsenalowi czy Leicester City.

Chociaż trudno wyobrazić sobie, by zespół Mourinho powtórzył zeszłoroczny sukces i awansował do finału rozgrywek, to awans do ćwierćfinału utrzymałby jeszcze Tottenham w jakichkolwiek rozgrywkach.

- Nie możemy już rozpamiętywać tego, co wydarzyło się w poprzednim sezonie. Nie możemy też rozpamiętywać ostatnich niepowodzeń. W Lipsku musimy napisać zupełnie nową historię. Musimy zagrać perfekcyjny mecz, jeśli chcemy awansować dalej - powiedział bramkarz Tottenham Hugo Lloris.

- Wiemy, jak trudne zadanie nas czeka. Ale musimy wierzyć, bo Liga Mistrzów to specyficzne rozgrywki. Jedna bramka może zmienić wszystko. Jeśli uda nam się strzelić gola, to rywale mogą zgubić pewność siebie i wszystko zacznie się od nowa. Musimy wyjść na boisko z pozytywnym nastawieniem. Druga połowa meczu z Burnley pokazała, że stać nas na dobrą grę - dodał.

Biorąc pod uwagę wynik pierwszego meczu oraz aktualną formę Tottenhamu, jego awans wydaje się mało prawdopodobny. Zwłaszcza że RB Lipsk w obecnym sezonie przed własną publicznością przegrał tylko dwa razy: w lidze z Schalke (1:3) oraz w Lidze Mistrzów z Lyonem (0:2). Nadzieją londyńczyków może być jednak to, że z ostatnich sześciu meczów ligowych zespół Nagelsmanna wygrał tylko dwa. 

Początek meczu RB Lipsk - Tottenham we wtorek o godzinie 21:00. Relacja na żywo na Sport.pl.

Więcej o: