Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Bez niego nie byłoby transferu Maradony. W Neapolu jest znienawidzonym oszustem

Nie ma piłkarza, który kojarzyłby się bardziej z meczem Napoli - Barcelona niż Diego Maradona. I dziwi, jak nieznana jest w tym wszystkim historia człowieka, który w lipcu 1984 roku sprowadził Maradonę z Katalonii do Włoch. Czyli znienawidzonego przez Neapol prezesa Corrado Ferlaino.

To pierwsze pucharowe spotkanie Napoli z Barceloną. Bardzo spóźnione. Pasowałoby do połowy lat 80., gdy Diego Armando Maradona trafił na południe Włoch z Katalonii. W Neapolu dostał szansę na nowe życie, zbudował je. A potem zburzył. Miał złe pomysły i jeszcze gorszych doradców. Ale i tak napisał tu najlepszy rozdział kariery. I to by się nie zdarzyło bez Corrado Ferlaino. 

Zobacz wideo Trener Barcelony nie ma planu B?

Z mafią wpisaną w życie

W życiu Corrado Ferlaino mafia była zawsze. Jego dziadek Francesco padł ofiarą ‘Ndranghety – organizacji mafijnej działającej w Kalabrii. Był sędzią i adwokatem generalnym sądu apelacyjnego w Catanzaro i zajmował się sprawą sycylijskiej mafii. 3 lipca 1975 roku został zastrzelony niedaleko domu w Lamezia Terme. Ujęto podejrzanych, Pino Scrivię i Antonio Giacobbego, ale jak opisywał portal lacnews24.it, sprawę zabójstwa powiązano z mafijnymi porachunkami dopiero w latach 80., gdy w domu Ferlaino odkryto dowody na winę szefa ‘Ndranghety w jednej ze spraw, którą sędzia badał. Do tamtego momentu obaj podejrzewani o dokonanie zabójstwa zginęli w więzieniu.

Corrado wychowywał się w Neapolu, choć ma korzenie kalabryjsko-mediolańskie. Prezydentem SSC Napoli został z przypadku. Był inżynierem, skąd później wziął się jego przydomek w klubie. Studia kończył w Szwajcarii, a swoje miliony zarabiał w przemyśle neapolitańskich konstrukcji. W tej dziedzinie stał się mistrzem, był rozpoznawalny. Jego jedynym łącznikiem ze światem sportu była pasja do motoryzacji. Czterokrotnie wziął udział w jednym z najstarszych rajdów samochodowych – Targa Florio, odbywającego się na sycylijskich drogach wiodących do Palermo. Raz zajął w nim nawet piąte miejsce, wygrywając w swojej klasie za kierownicą Ferrari 250 GTO. Zostając prezesem klubu piłkarskiego pokonał bardziej doświadczonych i bogatszych przeciwników. Przekonał wcześniejszego prezesa Antonio Corcione, żeby sprzedał mu udziały za 70 milionów lirów. Dostał ich dokładnie 51% i zaczął rządzić Napoli, które nie miało długiej historii, tradycji ani sukcesów. Od 18 stycznia 1969 roku z tifosi klubu z Neapolu łączyło go jedno: pragnienie stworzenia tam czegoś wielkiego.

To wiązało się jednak z kontaktami z camorrą, tamtejszą mafią. Ten klub interesował wówczas niemalże wszystkich szukających rozrywki Neapolitańczyków, mafia nie mogła zrezygnować z kontroli nad takim skarbem. Ferlaino nie był jednak od początku marionetką zbrodniarzy. Najpierw sprawił, że za nim nie przepadali.

Nie wiedział o niczym

Ferlaino obejmował Napoli tuż po największym sukcesie w historii klubu – wicemistrzostwie Włoch w sezonie 1967/1968, gdy wyprzedził ich tylko Milan. Po pierwszych trzech sezonach, gdy było blisko nawet walki o scudetto, a rozgrywki udawało się kończyć na 3. pozycji, zaczął dokonywać bardzo radykalnych i trudnych do wytłumaczenia kibicom ruchów. Sprzedał gwiazdy klubu – Dino Zoffa, który stał się później legendą Juventusu i reprezentacji Włoch, a także Antonio Juliano, znakomitego pomocnika, który wychował się w klubie.

„Zamiast budować zespół w oparciu o zawodników i trenerów, którzy przynosili mu sukces, zwalniał ich i sprzedawał” - opisywali działania Ferlaino dziennikarze planetazurro.it. Nie wiedział nic o zarządzaniu drużyną, łatwo popadał w konflikty i to nimi kierował się przy decyzjach personalnych. Wyczerpywały się jego dobre kontakty z najlepszymi zawodnikami, których w ten sposób łatwo tracił. Fani nie widzieli, że zatruwa środowisko wokół drużyny, bo bronił się wynikami. Niedługo później i tego już zabrakło.

Kryzys, bomby i powrót

Pomimo wyprzedaży, która podburzyła nastroje wśród tifosi, dyspozycja drużyny nie pogorszyła się tak szybko, jak przewidywano. Sezon 1974/1975 przyniósł kolejne wicemistrzostwo, tym razem 2 punkty za Juventusem. Rok później udało się zdobyć pierwsze trofeum – Puchar Włoch, a kolejne lata przyniosły grę w europejskich pucharach – Pucharze UEFA, czy Pucharze Zdobywców Pucharów. Na początku lat 80. to wciąż był klub na miarę czołówki tabeli Serie A. Jednak to wciąż nie były ani upragnione wielkie sukcesy, ani zapowiedź tego, co miało się stać za chwilę.

W niedzielę 8 października 1983 roku nad stadionem San Paolo w czasie przegranego meczu z Romą unosił się ogromny sterowiec z hasłem nakłaniającym Ferlaino do odejścia z Napoli. Klub w trakcie sezonu 1983/1984 błąkał się po strefie spadkowej, a kibice byli więcej niż wściekli. Autorem powietrznego transparentu był Alfonso „Nino” Galeota – członek camorry. Jak pisał John Ludden w książce „Once Upon A Time In Naples”, był to dzień, w którym Corrado Ferlaino mógł się czuć, jakby uczestniczył we własnym pogrzebie. Jednak próbował to wszystko ignorować.

Nie dało się wytrwać w ten sposób długo, bo tifosi zaczęli wojnę ze swoim prezesem. Wybuchy dwóch bomb domowej roboty – jednej w jego wilii, drugiej na stadionie San Paolo – miały być ostrzeżeniem. Prezydent oddał wówczas stanowisko na 8 dni Marino Brancaccio. Na tak krótki okres rozstawał się z Napoli już wcześniej, gdy w 1972 roku klub przejmował Ettore Sacchi. Ferlaino w obu przypadkach jednak wrócił. Od kibiców dostał czas na naprawienie szkód i wdrożenie planu naprawczego. Plan był prosty: idziemy na zakupy.

Niedoceniony

Najpierw przywrócił do klubu trenera, który dał mu największe sukcesy – Rino Marchesiego. Następnie zaczął myśleć o zawodnikach, których mógłby pozyskać do drużyny. Zasada doboru była prosta: piłkarz musiał potrzebować Neapolu, a Neapol jego. W ten sposób myśli Ferlaino skręciły w stronę Barcelony, gdzie grał, a w zasadzie kończył grać pewien niesamowity Argentyńczyk. 

Argentyńczyk był wykończony kontuzjami i niepowodzeniami w Barcelonie. Napoli brakowało zawodnika, który mógłby odmienić ich grę. Włosi wiedzieli, jak przywrócić Maradonę do formy. John Foot, autor książki „Calcio. Historia włoskiego futbolu”, tak to relacjonował: "Był ktoś, kto dobrze wiedział jak obejść się z tym transferem - Luciano Moggi. To on później tworzył choćby potęgę Juventusu, ale był też zamieszany w aferę Calciopoli. To nie zmienia jednak faktu, że wraz z trenerem przygotowania fizycznego Fernando Signorinim i Ferlaino byli odpowiednimi ludźmi, żeby sprowadzić Maradonę do Neapolu. Oczywiście musieli mieć pieniądze, choć chyba każdy wie skąd" – śmiał się dziennikarz. Maradona w swojej autobiografii „El Diego” zdradził, że na początku nie wiedział, kto chce go pozyskać. Gdy dowiedział się, że to Napoli, na początku pytał, dlaczego nie ktoś inny, większy. Ale powiedział: tak. „Nie chciałem już grać dobrze w piłkę. Chciałem w ogóle grać” - pisał.

Od początku wiadomo było, że Maradona przechodząc do Napoli po raz drugi pobije transferowy rekord świata. Prezydent Barcelony Josep Lluiz Nunez zapłacił za niego krocie i chciał zarobić na Argentyńczyku przy odsprzedaży, a znał determinację Napoli. Traktował więc Ferlaino bez respektu, odrzucając kolejne oferty. Włochów gonił czas, bo doniesienia z Turynu podpowiadały, że do walki o piłkarza Barcelony może się włączyć Juventus. Ferlaino zużył już środki swoje i klubu, więc żeby uniknąć wielkiego rozczarowania pozostała mu tylko jedna możliwość. Camorra. Po paru spotkaniach i ustaleniu warunków – choćby pełnej zależności prezydenta od mafii i jej przedstawicieli – mafia zgodziła się sfinansować transfer. Za równowartość dzisiejszych niespełna siedmiu milionów euro.

Powitanie

5 lipca 1984 roku. Diego Maradona jedzie na miejsce, które odmieni jego życie. San Paolo. Wtedy nie mógł skupić się na drodze ani mieście, bo kierowca mijał tylko hordy fanów krzyczące jego imię i zmierzające za samochodem na stadion. 80 tysięcy ludzi szło zobaczyć, jak Argentyńczyk kilka razy podbije piłkę. Wcześniej czekała na niego jednak sala konferencyjna wypełniona dziennikarzami.

„Czy Maradona wie, czym jest camorra i, że jej pieniądze są tu wszędzie, łącznie z futbolem?” - padło pierwsze pytanie. Nie odpowiadał na nie zawodnik. Głos zabrał Corrado Ferlaino. „To pytanie jest obraźliwe. Jestem oburzony, że ktoś mógł je zadać” - odpowiedział. Chwilę później wyprosił z sali dziennikarza, który zadał pytanie – Alaina Chalilou z francuskiej telewizji TF1. Zakazał mu wstępu na stadion. „W Napoli kierujemy się etyką, a pytania o camorrę w nią uderzają. Nie pozwolę na to” - mówił ze wzrokiem wbitym wprost w pytającego. Nadrabial miną. Sala jednak klaskała. Maradona tylko patrzył.

To scena z nominowanego do Oscara filmu „Diego” Asifa Kapadii. Tego samego, który rzeczony Ferlaino nazywa kłamliwym i fałszywym, mimo że sam wypowiada się w paru jego scenach. Tamtego dnia podczas prezentacji Maradona podbijał piłkę na rozłożonym na murawie stadionu San Paolo banerze „Grazie Diego! Grazie Ferlaino!”, witając się z nowym domem.Wkrótce ulice Neapolu miały pustoszeć podczas meczów z jego udziałem. I zapełniać się jak w chwili wyjścia piłkarza na balkon przy jednej z ulic. U boku ubranego w elegancki garnitur prezesa. Kibice śpiewali słynną później przyśpiewkę:

„Oh mama mama mama,
Oh mama mama mama,
Sai perchè mi batte il Corazon,
Ho visto Maradona,
Ho visto Maradona,
Oh mama inamorato sono...”

 

Marionetka camorry i Maradony

Maradona pracował, grał, zdobywał trofea i dawał radość. Ale ten sam Maradona również pił, brał narkotyki, tańczył na dyskotekach, zamykał się z prostytutkami i powoli odbierał sobie radość życia. Współpracował i zadawał się z ludźmi, którzy nie wpływali na niego dobrze – choćby byłym agentem Jorge Cyterszpilerem, który pozostał jego przyjacielem. Ich toksyczne stosunki w biografii „Ręka Boga. Życie Diego Armando Maradony” świetnie opisywał Jimmy Burns.

Wraz z prezydentem dobrze wychodzili na zdjęciach. Śpiewali razem w szatni po zdobyciu scudetto w sezonie 1986/1987, mówili sobie komplementy przy mediach. I jak w przypadku niemal każdej relacji ich obu z innymi osobami – powoli zaczynali się nienawidzić. Maradona w Neapolu doceniał jedynie wspomnianego trenera od przygotowania fizycznego, Signoriniego, który pomagał mu wrócić do formy. Główni trenerzy Napoli byli dla niego tylko ludźmi podstawianymi przez Ferlaino. Zawsze starał się przekonać szatnię do tego, że tak naprawdę rządzi tu tylko Diego.

Ferlaino był dla Argentyńczyka pachołkiem. Diego podsuwał mu do kupienia wszystkich graczy, jakich chciał mieć wokół siebie w zespole. Gdy skończył mu się kontrakt, jak opisywał w „El Diego”, miał ubaw, gdy jeden z dziennikarzy opublikował plotkę o dogadanym kontrakcie Maradony z Milanem. W jednej chwili wszystkiego jego zachcianki zostały spełnione i tak pozyskał także legendarne czarne ferrari F40 – wówczas jedyne tego typu na świecie. To prezent od Ferlaino, a prezentów prezes musiał załatwiać coraz więcej. Uśmiechał się do mafiosów z camorry, a oni sięgali do kieszeni.

Nienawiść

Konflikt na linii Ferlaino-Maradona tylko się wzmagał. Trenerem, z którym Maradona osiągał w Napoli największe sukcesy, był Ottavio Bianchi, którego Argentyńczyk podobnie jak wcześniej Marchesiego uważał za bezużytecznego i niepotrzebnego. Twierdził, że Bianchi uważa się za ważniejszego od niego, a klub przedłużając z nim kontrakt chce Maradonie utrzeć nosa. Wojna rozpoczęła się w momencie, gdy prezydent złamał obietnicę, którą dał Maradonie przed wygranym finałem Pucharu UEFA. W przypadku zwycięstwa miał dać mu odejść do Marsylii, ale chwilę po finale chciał siadać do rozmów o nowym kontrakcie. Nie był przygotowany na wypuszczenie go. Też znienawidził Diego, ale wiedział, jak ważny jest dla klubu. Maradona został zatem zmuszony, żeby zostać i odszedł dopiero w 1991 roku, zdobywając w międzyczasie jeszcze jeden tytuł mistrzowski. Wypalał się coraz bardziej.

Rozstanie było przykre. Przydarzyło się coś, czego można się było spodziewać. U Maradony podczas kontroli antydopingowej wykryto niedozwolone środki. Ferlaino w wywiadzie z 2003 roku udzielonym dla gazety „Il Matino” przyznał, że wielokrotnie chronił przed tym Maradonę. Zamiast próbek moczu Argentyńczyka podstawiane były te pobierane od czystych zawodników. Ale Ferlaino nie mógł ratować Maradony w nieskończoność. Diego czuł się bezkarny, był nieodpowiedzialny i naiwny. Camorra wycisnęła z Diego tyle zysku, ile tylko mógł im dać. Skłóciła go z Ferlaino. A on przyłożył rękę nie tylko do zbudowania legendy Diego w Neapolu, ale także do upadku Maradony. 

Maradona z Napoli odszedł, ale pozostał we wspomnieniach, na muralach, w kapliczkach tego miasta. Ferlaino został w Neapolu, ale popadł w niełaskę. Prezesem był aż do 2000 roku. Odchodził po 30 latach zarządzania klubem, który stał się jego przekleństwem. Corrado Ferlaino - cudotwórczy kłamca i oszust. W 1993 roku przy okazji akcji „Czyste ręce” wyszły na jaw jego przekręty z użyciem państwowych pieniędzy, które w latach 80. pozyskiwał dla klubu przy pomocy Camorry. Kolejne lata przynosiły inne doniesienia na temat jego nielegalnych działań – miał odprowadzić 30 milionów euro z podatków poprzez firmy w Luksemburgu, Anglii, Szwajcarii, czy Ameryce Południowej. Tifosi Napoli nie mogą mu darować odpuszczenia sprawy Maradony. Chcieli, żeby Diego pozostał tu na zawsze. Ferlaino pozostaje czarnym charakterem. Znienawidzonym ojcem miłości neapolitańczyków do boskiego Diego.

Liga Mistrzów ożywi wspomnienia

Dzięki wtorkowemu spotkaniu Napoli i Barcelony w 1/8 finału odżyły wspomnienia chwil, które spędził tu Maradona. Pojawiły się flagi z wizerunkiem piłkarza, dyskusje i wspomnienia o jego meczach, a także porównania z Leo Messim, który po raz pierwszy przyjechał na oficjalny mecz do Neapolu. Głos zabrał nawet sam Ferlaino, który wciąż obserwuje klub.

„Chciałbym kiedyś zobaczyć Messiego w naszej błękitnej koszulce. Mógłby się sprawdzić poza Hiszpanią, a poza tym, to chyba jedyny piłkarz godny noszenia „10” po Diego. To pewnie niemożliwe, ale czemu o tym nie marzyć?” - pytał sam siebie w wypowiedzi dla dziennika „AS”. Takie marzenia mogą mieć i tysiące innych fanów Napoli. Ale we wtorek znów zaśpiewają o tym, że to Maradonę zobaczyli i się zakochali.