Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Slavia Praga znów może zaskoczyć Barcelonę. Jej sukces bierze się z pomysłu, który powinni naśladować Polacy

Dwa tygodnie temu Slavia Praga postawiła się Barcelonie pokazując, że jest w stanie zagrozić najlepszym klubom w Europie. We wtorek zamierza zrobić to po raz kolejny, udowadniając, że jej strategia budowania klubu działa coraz lepiej. To dzięki niej piłkarze Jindricha Trpisowskiego spisują się tak dobrze. Tworzą rodzinę, w której - wbrew powszechnej opinii - nie warunki finansowe są najważniejsze. Chiński inwestor zamiast pieniędzy, daje pomysł na zbudowanie projektu, który ze Slavii może zrobić jeden z najciekawszych klubów w Lidze Mistrzów. O ile nie zrobił tego już.

Odważna czerwono-biała siła - napisał portal isport.cz po pierwszym meczu Slavii Praga z Barceloną (1:2). Mistrzowie Czech co prawda dwa tygodnie temu mistrzom Hiszpanii ulegli, ale zostali moralnymi zwycięzcami, bo postawili się piłkarskiej potędze. Piłkarze Jindricha Trpisowskiego stoczyli z Katalończykami heroiczną walkę, choć początek starcia tego nie zwiastował. Już w 3. minucie Leo Messi wpisał się na listę strzelców, wysyłając tym samym wiadomość: „Przyjechaliśmy tu po swoje”. Wiadomość, którą prażanie zignorowali.

Zobacz wideo

Slavia po stracie gola nie cofnęła się przestraszona pod własne pole karne. Przeciwnie – zaczęła stosować wysoki pressing, z którym goście chwilami kompletnie sobie nie radzili, bo w całym sezonie może kilka razy zdarzają się im mecze, w których przeciwnicy grają tak odważnie. Slaviści pressowali, walczyli i biegali. Biegali bardzo dużo, bo łącznie przebiegli aż 115 kilometrów, przy 15 km mniej Hiszpanów. To bieganie efekt przyniosło w postaci gola Jana Borila, po którego trafieniu, jak napisał sport.cz, "Trybuny w Edenie zaczęły trząść się z radości".

Eden, inaczej raj, kilkanaście dni temu rzeczywiście mógł być dla Slavii miejscem wyjątkowym, zbliżonym do jego dosłownego znaczenia. Barcelona, mimo wielu okazji gospodarzy, nie dała sobie jednak strzelić kolejnego gola, wyprowadzając przy tym cios dający jej zwycięstwo. Zwycięstwo, którego kibice gospodarzy jakby nie przyjęli do wiadomości, bo euforia po tak dobrym meczu ich drużyny była na tyle duża, że zawodnicy zostali zaproszeni pod trybunę najzagorzalszych fanów, by wykonać rytuał, który wcześniej wykonywano jedynie po wygranych meczach.

Strategia, która ma przynieść sukces

Jeszcze kilka lat temu mecze, takie jak ten z Barceloną, czy w ogóle gra w Lidze Mistrzów, była dla Slavii jednak tylko marzeniem. Klub borykał się z ogromnymi problemami finansowymi. Brakowało na pensje, brakowało na utrzymanie sztabu czy stadionu, na jakim wówczas grał klub. Nikt nie myślał o europejskich pucharach, bo drużyna była w tak fatalnej kondycji, że broniła się przed spadkiem do drugiej ligi.

Wszystko zmieniło się w 2015 roku, kiedy klub przejęła chińska grupa inwestycyjna CEFC. Grupa z Szanghaju, prowadzona wówczas przez Ye Jianminga (zatrzymany w 2018 roku pod zarzutami przestępstw podatkowych), bardzo szybko chciał w Pradze zbudować potęgę na miarę europejskiego grania. Klub zaczął masowo ściągać najlepszych zawodników z ligi czeskiej, a także obiecujących piłkarz z lig zagranicznych, co roku wydając kilka milionów euro. W ciągu trzech sezonów do Slavii przybyło 26 nowych graczy. W tym zawodnicy tacy jak Danny z Zenita Sankt Petersburg, Halil Altintop z Augsburga czy Miroslav Stoch z Fenerbahce. Władze Slavii na tym jednak nie zamierzały poprzestawać, bo ściągnąć chciały m.in. Jonathana Biabiany'ego za 4 mln euro, czy Jewhena Konoplankę za dwukrotnie wyższą kwotę. Żaden z nich do Pragi ostatecznie nie przyszedł, ale samo zainteresowanie nimi pokazuje rozmach, z jakim chińscy właściciele realizowali swój czeski projekt.

Pieniądze wyłożyli zresztą nie tylko na piłkarzy, ale także na infrastrukturę. Zatrudnili wielu specjalistów, wzmocnili sztab szkoleniowy i ściągnięli wspomnianego już Jindricha Trpisowskiego. Na tym się nie skończyło, bo grupa CEFC za 40 mln euro kupiła 21-tysięczny stadion, Eden Arenę.

W tym wszystkim szefowie chińskiej potęgi energetycznej (grupa CEFC to m.in. konglomerat CEFC China Energy i podległe jej podmioty) się jednak chyba trochę zapędzili, bo na początku 2018 roku wpadli w finansowe tarapaty. Tak duże, że klub, w który wpompowali kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset milionów euro, musieli sprzedać. W Slavii na początku wybuchła więc panika, a w oczy zajrzało widmo tego, co działo się kilka lat wcześniej - braku pieniędzy, opóźnień w wypłatach i walki o utrzymanie w lidze.

Jak się okazało, problemy CEFC ostatecznie dla Slavii, paradoksalnie, były korzystne. Klub przejęła bowiem inna, znacznie bogatsza i lepiej prosperująca grupa Citic. Konglomerat powołał specjalną spółkę joint venture, która przejęła 49 proc. aktywów czeskiego oddziału CEFC (związanego nie tylko z klubem, ale także z innymi interesami, za które odpowiadał założyciel firmy i doradca czeskiego prezydenta Milosza Zemana, podejrzany o przestępstwa finansowe). Citic zajął się więc prowadzeniem nie tylko Slavii, ale także linii lotniczych oraz browaru Pivovary Lobkowicz.

Citic, mimo zdecydowanie większych zasobów finansowych, intensywnych działań Slavii na rynku transferowym kontynuować jednak nie zamierzało. Zamiast pompować w klub pieniądze, szefowie grupy postanowili, że zrobią z niej maszynkę do ich zarabiania. W klubie postawiono na wychowywanie własnych piłkarzy, a trener dostał polecenie opierania zespołu na młodych Czechach, przywiązanych do klubu. Za wzór dla Slavii postawiono m.in. Viktorię Pilzno, od wielu lat, ale z mniejszymi zasobami finansowymi, budującą klub w podobny sposób. Chińczycy dofinansowali klub, uzupełnili braki i stworzyli nową strategię, zakładającą znacznie rozsądniejsze rozwijanie klubu od poprzedników. Ten rozsądek zadziałał u nich tak dobrze, że już po roku prowadzenia Slavii, drużyna odpłaciła się mistrzostwem i kwalifikacją do Ligi Mistrzów. Aby się więc w niej nie skompromitować, inwestorzy postanowili nieco bardziej odkręcić kurek z pieniędzmi. Za 1,6 mln euro z FK Jablonec sprowadzono Tomasa Holesa, a za 1,2 mln z tego samego klubu ściągnięto jego partnera z obrony, Davida Hovorkę (niedawno doznał poważnej kontuzji, która wyeliminuje go z gry do końca sezonu). Przede wszystkim pobito jednak klubowy rekord transferowy, płacąc 4 mln euro za Nicolae Stanciu z Al-Ahli. To właśnie 26-letni Rumun kierował grą linii pomocy w meczu z Barceloną, stworzonej przez niego i czterech zawodników z Czech. Stanciu w ogóle w starciu z mistrzami Hiszpanii był jednym z dwóch obcokrajowców w pierwszym składzie drużyny. Poza nim na boisku przebywał bowiem nigeryjski napastnik Peter Olayinka.

Skład Slavii z ostatniego spotkania Ligi Mistrzów pokazuje, że słowa o strategii budowania klubu nie sę rzucane na wiatr, a już teraz znajdują odzwierciedlenie w czynach. - Przede wszystkim założyliśmy, że Slavia ma być czeska. Determinuje to rynek, na którym działamy. Gramy w Europie, świat się otwiera, ale jesteśmy w Czechach, gdzie jest taka, a nie inna mentalność, podejście do życia itp. To musi mieć odzwierciedlenie w szatni i atmosferze, jaka w niej panuje. W zespole piłkarze są kumplami, przyjaźnią się ich rodziny, jeden dla drugiego jest gotowy zrobić więcej niż na przykład pracownik w biurze dla kolegi, który siedzi biurko obok. Znam mnóstwo trenerów, zawodników, dyrektorów z klubów zachodnich. Oni mówią: "Chodzimy do pracy". Nie można odmówić im profesjonalizmu, znają się na swojej robocie, ale chodzą tylko do pracy. Zrobią, co mają do zrobienia, najlepiej jak potrafią i wracają do domu. Ich praca stoi na bardzo wysokim poziomie, bo są na to pieniądze i w niektórych przypadkach przynosi to sukces. O atmosferę, o której mówię, łatwiej, jeśli większość piłkarzy jest stąd, z Czech - powiedział dyrektor sportowy Slavii, Jan Nezmar, w rozmowie z Grzegorze Rudynkiem z "Przeglądu Sportowego".

I ta „atmosfera”, to w tym przypadku słowo klucz. Bo o ile chińscy inwestorzy poprzez swoją strategię zamierzają stworzyć klub, który nie tylko będzie się sam utrzymywał, ale też na nich zarabiał, o tyle osoby tę strategię realizujące chcą zbudować idealnie funkcjonujący organizm. Ta „atmosfera” ma w tym przypadku głębsze znaczenie. Dotyczące przywiązania do barw, identyfikacji z klubem, która wyciska z piłkarzy 120 proc. ich możliwości, co widać w meczach z teoretycznie lepszymi rywalami. Slavia korzysta z przykładu Viktorii Pilzno i pomysłów chińskich inwestorów, a sama staje się przykładem dla innych klubów z różnych krajów. Przykładem, którym powinna być także dla zespołów z polskiej ekstraklasy, potrzebujących często mentalności prażan.

Kolejny raz działanie tej mentalności i przywiązania do Slavii będzie można zobaczyć we wtorek 5 listopada, gdy prażanie wybiegną na Camp Nou, by kolejny raz przeciwstawić się Barcelonie. - Jakość i odwaga, to dwie najważniejsze rzeczy. Aby być odważnym na wyjeździe, będziemy musieli podejść do meczu z takim samym nastawieniem, jak u siebie. Jakbyśmy grali w domu. Musimy udowodnić naszą jakość w defensywie i ofensywie – powiedział trener Czechów kilkanaście godzin przed starciem z mistrzami Hiszpanii. - Zrobimy wszystko, aby zaprezentować się tak, jak robiliśmy to ostatnio. Wiele będzie oczywiście zależeć od tego, na co pozwoli nam rywal. Musimy zadać sobie pytanie, w jaki sposób możemy sobie poradzić z jakością przeciwnika i środowiskiem, w jakim zagramy. Chcemy trzymać się gry, do jakiej przyzwyczailiśmy. Wtorkowy mecz będzie dla nas jak chrzest bojowy. Jesteśmy zdeterminowani, by zrobić wszystko, aby zagrać tak, jak zrobiliśmy to u siebie. Tylko od nas zależy, jak zaczniemy i czy zdobędziemy się na odwagę zrobienia tego, co dwa tygodnie temu - dodał.

Mecz wyjazdowy Slavii z Barceloną we wtorek o godz. 18:55. Relacja na żywo w Sport.pl.