Spartak Trnava - Legia Warszawa. Carlitos pojawił się na boisku stanowczo za późno

Najlepszy strzelec poprzedniego sezonu LOTTO Ekstraklasy i najważniejszy z kupionych piłkarzy przez Legię przesiedział pierwszą połowę na ławce rezerwowych. Na murawie pojawił się dopiero w 52. minucie. Był jej najlepszym zawodnikiem, asystował przy golu Astiza, ale Legii nie zbawił. Mistrz Polski w Lidze Mistrzów nie zagra.

Carlos Lopez nie zagrał z Trnavą od początku meczu chociaż przed jego rozpoczęciem zewsząd słychać było głosy, że Legia do awansu potrzebuje szybko strzelonego gola. Obrońcy Spartaka w teorii mieli z każdą minutą bez straconej bramki stawać się mocniejsi.

Legia musiała zdobyć przynajmniej dwie bramki, by móc wywalczyć awans do kolejnej rundy eliminacji do Ligi Mistrzów. Najprostsza logika wskazywała, że do osiągnięcia celu przydatny będzie napastnik. Jeśli w poprzednim sezonie był on najlepszym piłkarzem Ekstraklasy, imponował kreatywnością i łatwością w strzelaniu goli – tym lepiej. Dla Carlitosa mecz z Trnavą był idealną okazją, by słowa, którymi starał się przypodobać kibicom Legii zamienić w czyny i zbawić zespół, któremu nie idzie.

Pierwszą połowę przesiedział

Dean Klafurić mając świadomość w jakiej sytuacji znajduje się jego zespół posadził swojego najlepszego napastnika na ławce i postawił na Jose Kante. Za jego plecami znalazł też miejsce dla Miroslava Radovicia, który w ostatnich tygodniach jest bez formy i w pierwszej połowie ze Spartakiem Trnavą zagrał słabo. Po przerwie na boisku już się nie pojawił.

Kante zmarnował za to dwie dobre sytuacje. Najpierw niecelnie strzelił głową, mimo że pozostał w polu karnym bez krycia. W kolejnej akcji zawiodła go równowaga i koordynacja. Gwinejczyk został dobrze wprowadzony w pole karne, nienagannie przyjął piłkę, a później wykazał się gracją nastolatki, która po raz pierwszy wkłada na nogi wysokie szpilki. Niezdarnie plątał się stawiając kolejne kroki i ostatecznie padł na murawę. Co gorsza za swoją nieudolność oczekiwał nagrody – podyktowania rzutu karnego.

Klafurić za obu tych piłkarzy od początku mógł postawić na Carlitosa. Jego wejście w 52. minucie pokazało, że na pewno nie byłby to gorszy pomysł.

Odmienił grę Legii

Lopez zmienił Michała Pazdana, mimo że Legia w pierwszej połowie straciła Marco Vesovicia, który po dwóch nierozważnych faulach obejrzał dwie żółte karki. Klafurić poszedł więc na całość. Podjęte ryzyko, choć niewielkie - biorąc pod uwagę okoliczności – szybko się opłaciło. Carlitos rozruszał grę Legii. Często miał piłkę przy nodze, potrafił minąć dwóch przeciwników i oddać strzał na bramkę. Wreszcie asystował przy pierwszym golu dla Legii. Po nieudanym dośrodkowaniu z rzutu rożnego przejął piłkę z boku boiska, podprowadził o kilka metrów i świetnie dośrodkował między obrońców, a bramkarza Trnavy. Astizowi pozostał dostawić nogę i dać Legii nadzieję.

Złudną jak się później okazało. Hiszpański napastnik doprowadził do dogodnej sytuacji Cafu, który był blisko zdobycia kolejnej bramki, ale jego strzał został wybity tuż sprzed linii. Lopez przeprowadził też ostatnią akcję haniebnego dla polskiej piłki dwumeczu. Skończył go niecelnym strzałem z 25 metrów.

Nie zbawił Legii

Po pojawieniu się na boisku, Carlitos był najaktywniejszym z „Legionistów”. Nie zbawił drużyny, ale swoją grą sprawił, że kibice długo będą zastanawiać się jak wyglądałby rewanż z Trnavą, gdyby Hiszpan grał od początku. Po jego występie pojawia się w głowie myśl, że zwyczajnie zabrakło mu czasu na przeprowadzenie jeszcze jednej, być może bramkowej, akcji. Carlitosowi przy dwóch niecelnych strzałach, do których sam przygotował sobie pozycję, brakowało na tyle niewiele, że przy trzeciej próbie mogłoby się udać. Żaden inny piłkarz Legii takiego wrażenia nie sprawiał. 

Tylko Dean Klafurić naprawdę wie, dlaczego posadził Lopeza na ławce. Może oszczędzał go na mecze w eliminacjach do Ligi Europy?

Więcej o: