"Toni, przyjacielu!". Toni Kroos się uśmiecha, ale nie zatrzymuje. "Morata, przyjacielu!". Alvaro Morata też idzie prosto do wejścia. Jak wszyscy piłkarze Realu. "Cristianoooo!". "Gaareth! (z nienagannym "th"). "Navas!" - przechodzili szybko, odprowadzani okrzykami. Zatrzymał się tylko trener Zinedine Zidane, rozdając autografy na początku i końcu szpaleru. Ale przynajmniej tutaj, przy wejściu do hotelu Bristol, można było na piłkarzy Realu popatrzeć. Na Okęciu Real przeszedł przez salon VIP prosto do autobusu i grupa czekających tam dzieci nie miała żadnych szans by zrobić piłkarzom zdjęcia. O poproszeniu o autograf nie wspominając. To zresztą ostatnio raczej reguła niż wyjątek. Borussia Dortmund już na płycie lotniska wsiadała do autobusu, podobnie robi wracająca z meczów wyjazdowych reprezentacja Polski.
Musiała więc wystarczyć kibicom defilada pod Bristolem. Trzy autobusy - wynajęte, nie klubowe - zajechały pod hotel, przez szpaler wytyczony barierkami. A kibiców, jak na Wszystkich Świętych i pustą Warszawę, i jak na wyjątkowo podłą pogodę, było sporo, kilkaset osób. - A kto tu ma przyjechać? - pytała pani wchodząca z rodziną do Cafe Bristol. - Real Madryt. - A, to ok. Też bym czekała.
Real przyjechał do Warszawy bez Marcelo i Jamesa Rodrigueza, którym Zinedine Zidane tym razem da odpocząć (obaj grali w pierwszym meczu z Legią), bez kontuzjowanego w ostatnim meczu ligowym Pepe i bez całej grupy piłkarzy którzy pauzowali już wcześniej: Casemiro, Luki Modricia, Sergio Ramosa. Piłkarze pierwszej drużyny nocują w Bristolu, drużyna młodzieżowa w Mercure. O 18.30 konferencja Zinedine'a Zidana i jednego z piłkarzy, po niej trening na stadionie Legii. W warunkach meczowych, czyli przy pustych trybunach.
Mecz, który miał być największym świętem podczas startu Legii w Lidze Mistrzów, zamienił się w dziwadło. Przy pustych trybunach, z takimi zapowiedziami w hiszpańskiej prasie, jakby po Warszawie każdego wieczoru biegały takie hordy osiłków jak po Madrycie niedługo przed meczem Real-Legia czy po trybunach w meczu z Borussią. Nie ma specjalnego powodu by pisać o piłkarzach rywali Realu, więc wątek chuligański szybko się nie skończy. Gdyby nie chuligani, pewnie tematem byłoby zimno, jak z okazji wylotu Atletico do Rostowa, gdy w "Marce" była infografika z walizką i wyliczeniem, co piłkarz Atletico zabrał na taki ziąb. A w Rostowie nawet nie było mrozu.
Jeśli chodzi o specjalne życzenia przed meczem, to Real miał ich mniej niż Borussia. Nie potrzebował, w przeciwieństwie do klubu z Dortmundu, specjalnego miejsca dla ekipy nagrywającej mecz na potrzeby analityków ze sztabu trenerskiego. Wystarczyło zwykłe stanowisko na trybunie. Kilka telewizji z całego świata, które wcześniej rezerwowały stanowiska na ten mecz, po decyzji UEFA o grze przy pustych trybunach zrezygnowało z potwierdzenia rezerwacji. Za to wyjątkowo dużo było rezerwacji stanowisk radiowych. Wyjątkowo z punktu widzenia Legii oczywiście, czyli zwyczajnie jak na standardy hiszpańskie. Mecz pokażą dwie hiszpańskie telewizje, beIN Sport i Antena 3, ale tylko jedna z nich będzie mieć swój wóz transmisyjny (za Borussią przyjechały dwa). Łącznie będzie sześciu nadawców ze swoimi ekipami, więcej niż na Borussii, ale niewielu jak na Real. Gdy grał wiosną w Wolfsburgu, było 15 takich ekip (nie mówimy o tych, którzy transmitują, bo tych jest znacznie więcej, tylko tych którzy wysyłają swoje delegacje), a samych pracowników klubowych mediów Realu zebrał się cały bus.
Tamten mecz w Wolfsburgu, 6 kwietnia 2016, był też jednocześnie ostatnim meczem przegranym przez Real. Obrońca Pucharu Europy przyjechał do Warszawy przedłużyć serię bez porażki do 27 spotkań.