Liga Mistrzów. Arsenal potrzebuje zmian. Arsene Wenger powinien odejść

Trudno o lepszy symbol dzisiejszego Arsenalu niż piękny gol Elneny'ego na Camp Nou. Fantastyczny popis indywidualnych możliwości, mogący dawać nadzieję na przyszłość - cóż z tego, że bez znaczenia dla teraźniejszości. Żeby przyszłość była lepsza, Arsene Wenger powinien odejść - pisze Michał Okoński, dziennikarz ?Tygodnika Powszechnego? i komentator Sport.pl.

"Ready or not" zespołu The Fugees i "Wannabe" Spice Girls w Wielkiej Brytanii, "Macarena" Los del Rios i "You're Makin' Me High" Toni Braxton w USA, "Niebo dla ciebie" Urszuli i "Makumba" Big Cyca na Liście Przebojów Trójki - takich hitów słuchało się 22 września 1996 roku, kiedy Arsene Wenger zostawał trenerem Arsenalu. W kinach "Ostatni sprawiedliwy" z Brucem Willisem i "Tin Cup" z Kevinem Costnerem, a u nas także "Pułkownik Kwiatkowski", "Młode wilki" i "Gry uliczne". Rozwodzą się księżna Diana i książę Karol, a papież Jan Paweł II wyrusza z pielgrzymką do Francji. Do Warszawy, gdzie premierem jest Włodzimierz Cimoszewicz, za chwilę przyjedzie Michael Jackson; Wisława Szymborska wkrótce dostanie literacką Nagrodę Nobla.

Pamiętacie którekolwiek z tych zdarzeń? A pamiętacie jakiegoś innego trenera Arsenalu? Jeśli nie Stewarta Houstona i Bruce'a Riocha, to przynajmniej George'a Grahama, za którego czasów drużyna po kilkunastu chudych latach sięgnęła znowu po mistrzostwo kraju, akurat wtedy, kiedy w Polsce upadał komunizm?

Dwadzieścia lat, które upłynęły od czasu, gdy Arsene Wenger przybywał do północnego Londynu, uświadamia ogrom problemów, przed którymi stoi od jakiegoś czasu zarząd Arsenalu, rozważając kwestię zmiany na stanowisku trenera. Kłopoty, jakie przeżywa Manchester United po przejściu na emeryturę sir Aleksa Fergusona, stanowią dodatkowy kontekst tych trudności. Ale dziś już widać wyraźnie, że zmiana jest konieczna.

Arsenal, czyli znów to samo

Mecz z Barceloną można przecież opisywać w kategoriach deja vu. PIłkarze Wengera walczący ambitnie, ale bez szans powodzenia, bo losy dwumeczu zostały już przesądzone. Wspaniały gol Elneny'ego, który dopiero wprowadza się do drużyny, dobry mecz Iwobiego - teoretycznie można by więc z optymizmem myśleć o przyszłości, gdyby podobnych przypadków nie było tu aż za wiele. W 2011 r. fantastyczny mecz przeciwko Katalończykom rozegrał Jack Wilshere - gdzież on teraz? Z Bayernem w 2013 r. też pięknie walczyli na otarcie łez - ale kolejny sezon nie był dużo lepszy. Tak czy inaczej, szósty rok z rzędu odpadają z Ligi Mistrzów na poziomie jednej ósmej.

Warto podkreślić: zmiana jest konieczna nie dlatego, że Arsenal przegrał z Barceloną - w obecnej formie piłkarze Louisa Enrique ograliby każdą drużynę z Premier League, a być może każdą drużynę z Europy. I jest konieczna nie dlatego, że w minioną sobotę Kanonierzy przegrali u siebie z Watfordem, tracąc szansę na zdobycie trzeci raz z rzędu Pucharu Anglii - ostatecznie takie wpadki również zdarzają się najlepszym drużynom. Jest konieczna dlatego, że zespół z fenomenalnym potencjałem (na który składają się siódme na świecie i czwarte w Anglii przychody, wybudowany wreszcie i zarabiający na siebie ponad sześćdziesięciotysięczny stadion, sprowadzone za niemałe pieniądze gwiazdy i mocna akademia), od lat nie potrafi odzyskać mistrzostwa kraju - a w tym roku, mimo kryzysu Chelsea oraz kłopotów obu klubów z Manchesteru, daje się wyprzedzić nie tylko Tottenhamowi (który zapewne jeszcze prześcignie), ale przede wszystkim Leicester.

Jasne: do końca rozgrywek dwa miesiące. Teoretycznie nic nie jest jeszcze przesądzone, ale ostatnie wyniki nie nastrajają optymistycznie: między porażkami z Barceloną, Kanonierzy przegrali z Manchesterem United, Swansea i Watfordem, a także zremisowali z Tottenhamem - jedyne zwycięstwo w tym czasie odnieśli nad drugoligowym Hull w powtórce Pucharu Anglii; w lidze wygrali tylko dwa z ostatnich dziewięciu meczów.

Arsenal, czyli ludzie ze szkła

Optymistycznie nie nastrajają również te same od dawna problemy, z jakimi boryka się drużyna: taki np. mecz z Tottenhamem był, po tym jak udało się wyjść na prowadzenie, do wygrania - powrót rywali do gry stał się możliwy dzięki kompletnie nieodpowiedzialnemu zachowaniu Francisa Coquelina, który (choć w pierwszej połowie dostał żółtą kartkę i choć był uprzedzany w przerwie, że ma trzymać nerwy na wodzy) w kompletnie niegroźnej sytuacji sfaulował Harry'ego Kane'a i wyleciał z boiska, a kilka minut później Arsenal stracił dwa gole. Podobne dyscyplinarne wybryki zdarzają się tej drużynie praktycznie przez cały czas ery Wengera; Kanonierzy należą do piłkarzy wyrzucanych z boisk Premier League najczęściej, a komentatorzy widzą w tym także słabość przygotowującego ich psychicznie menedżera. Rzucanie butelkami, heroiczne boje z suwakiem kurtki, twarz zasłonięta dłonią - nie tylko dziennikarze, ale również podopieczni widzą przecież tę mowę ciała. I wyciągają wnioski. Psychicznie ta drużyna należy do najbardziej kruchych wśród europejskiej elity.

Żeby tylko psychicznie Kolejny problem to przecież kontuzje, trapiące podopiecznych Wengera częściej niż kiedykolwiek. I jeszcze jeden: transfery, które - choć Francuz wydaje pieniądze swobodniej niż w czasach budowy stadionu i choć w drużynie oprócz młodych zdolnych pojawiają się uznane gwiazdy typu Ozila, Sancheza czy Cecha - jakże często okazują się niewypałem. Od miesięcy problemem jest np. znalezienie zmiennika dla pary stoperów Mertesacker-Koscielny (inna sprawa, że do szybkości i zwrotności Niemca też trudno nie mieć zastrzeżeń, zwłaszcza gdy Wenger próbuje ustawić linię obrony wyżej), ale ani Chambers, ani Gabriel dotąd nie przekonali, ba: ten drugi wciąż nie zdołał się nauczyć angielskiego na tyle, by mógł swobodnie porozumiewać się z kolegami. Podczas meczu z Tottenhamem zastępujący Koscielnego Brazylijczyk o mało nie strzelił samobójczej bramki

Idźmy dalej: dlaczego tak znakomici piłkarze nagle zaczynają seryjnie pudłować - choć wciąż dochodzą do pozycji, w ostatnich tygodniach o wiele trudniej strzelać im bramki? Dlaczego w tylu meczach z łatwiejszymi przeciwnikami, mimo absolutnej dominacji, nieoczekiwanie się dekoncentrują? Co roku w fazie grupowej Ligi Mistrzów można by wskazać spotkania, podczas których Arsenal ma niespodziewane kłopoty z rywalami, których teoretycznie powinien odprawić bez kłopotu (w tym roku były to porażki z Dynamem Zagrzeb i Olympiakosem), czego skutkiem zwykle są późniejsze przedwczesne starcia z gigantami; zwykle, bo przed rokiem Londyńczycy odpadli z Monaco. W ostatnich tygodniach walczyli dzielnie z Barceloną i Tottenhamem, ale obok meczu ze Swansea udało im się przejść. Za dobór piłkarzy o takiej konstrukcji emocjonalnej, za ich umotywowanie przed każdym kolejnym spotkaniem, odpowiada trener.

Arsenal, czyli wyjść z cienia pomnika

Owszem: nie sposób zarzucić Wengerowi dogmatyzmu. Kiedy krytykowano go, że (nadmiernie wierząc w siły swoich podopiecznych?) przyjmował w spotkaniach z bezpośrednimi rywalami zbyt otwartą postawę - co kończyło się np. pamiętną masakrą 6:0 z rąk Chelsea w tysięcznym meczu Arsenalu pod jego wodzą - potrafił zmienić taktykę: z Borussią czy Manchesterem City wygrywał dlatego, że jego drużyna broniła się głęboko pod własną bramką, a potem skutecznie kontrowała. Kiedy mówiono, że na rynku transferowym jest zbyt pasywny - zaczął ściągać gwiazdy. Co roku jednak okazywało się, że nie jest w stanie przebić szklanego muru: a to Chelsea, a to Manchester City okazywały się lepsze, jemu zaś pozostawała satysfakcja, że kolejny raz wywalczył awans do Ligi Mistrzów, ewentualnie dorzucając jeszcze triumf w Pucharze Anglii.

Owszem: trudno go nie podziwiać za wszystko, co zrobił - nie tylko dla Arsenalu, także dla angielskiej czy wręcz europejskiej piłki. Trudno nie wspominać "niezwyciężonej" drużyny z sezonu 2003/04 (ale też trudno nie zauważyć, że najpiękniej, z największą płynnością, potrafili grać kilka lat później). Wszyscy wiemy: żelazna, odziedziczona jeszcze po George'u Grahamie obrona, fantastyczny Vieira, cudowny Bergkamp, niesamowity Henry

Owszem: Arsene Wenger ma rację, kiedy mówi (na konferencji przed meczem z Barceloną), że to on własną krwawicą zbudował potęgę tego klubu. Że w porównaniu z tym, jak go zastał, Arsenal jest w o wiele lepszej kondycji. Tylko że przywoływanie własnych historycznych zasług nigdy nie brzmi dobrze. Podobnie jak zapewnienia, że dziś jest jeszcze bardziej zmotywowany niż przed dwudziestoma laty.

Co roku kibice cierpliwie czekali na przełom, w tym jednak mają już chyba serdecznie dość. W odrobienie straty do Leicester już nie wierzą. Na Camp Nou pojechali z banerem "Arsene, dziękujemy za piękne wspomnienia, ale czas się pożegnać", na Emirates wybuczeli drużynę po porażce z Watfordem. Oni wiedzą, że drugiego tak kiepskiego sezonu Chelsea mieć już nie będzie, że do City przychodzi Pep Guardiola, że pod Jurgenem Kloppem Liverpool już zaczął grać lepiej - czas więc na dostosowanie się do nowych wyzwań także ze strony Arsenalu. Dla Wengera nieustające uznanie, pomnik przed Emirates, nazwa trybuny, być może także posada dyrektora sportowego czy ambasadora klubu - ale klubu prowadzonego już przez młodszego, bardziej progresywnego szkoleniowca. Nie sposób zresztą uciec od myśli, że jakieś okazje już przeszły Kanonierom koło nosa - że być może to oni mogli zatrudnić Jurgena Kloppa, o ile nie Pepa Guardiolę.

Zobacz wideo

Co za noc! co za Bayern! Co za Lewy! [MEMY]

Czy Arsenal powinien zwolnić Arsene'a Wengera?
Więcej o: