Liga Mistrzów 2015. Juventus - Barcelona. Tak, tak, tam w lustrze to niestety Pogba

Finał Ligi Mistrzów jako prezent na urodziny? Toast za trzech najlepszych napastników i za trzy trofea Barcelony? O najlepszym czasie w historii futbolu pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i komentator Sport.pl.

W końcu powiem ci, co myślę, tak prosto w twarz. Skończyłeś czterdzieści cztery lata, a liczba czterdzieści cztery w twoim kraju jest wyjątkowo silnie obciążona, w dodatku ostatni twój rówieśnik zakończył właśnie karierę w Premier League i w ogóle w ciągu minionych paru dni byłeś świadkiem kolejnych pożegnań - a to Stevena Gerrarda, a to Franka Lamparda (by pozostać przez chwilę na Wyspach), przede wszystkim jednak wyciskającego łzy z oczu piłkarza i obserwujących uroczystość fanów - rozstania Xaviego z Barceloną. Masz poza tym graniczące z pewnością podejrzenie, że także dla Andrei Pirlo dzisiejszy mecz w Berlinie był ostatnim na europejskich boiskach i że kolejnej szansy na zwycięstwo w Lidze Mistrzów Gianluigi Buffon mieć już nie będzie. Xavi, Pirlo, Buffon, ale też Jürgen Klopp żegnający się z Borussią czy Carlo Ancelotti wyrzucany z Realu - każdy z nich to dobry powód, byś docisnął do dechy pedał melancholii, przemijania i tego wszystkiego, o czym tak lubisz pisać: że w świecie fanów futbolu liczą się wyłącznie czas przeszły i przyszły, że żyjemy jedynie wspomnieniami i fantazjami o przyszłości, że np. widząc Xaviego dziś w Lidze Mistrzów po raz 151. przywołujemy na pamięć, jak zaczynał swoją przygodę z klubem jako jedenastolatek, stając się w ciągu następnego ćwierćwiecza najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii Barcelony, albo dyskutujemy o tym, czy naprawdę Rakitić może stać się jego następcą lub co by było, gdyby Thiago Alcantara został tych kilkanaście miesięcy dłużej w Katalonii.

Obywatel LM

Poczekaj, zaraz zbiję lustro i nie będziesz już dłużej marudził. Melancholia? Przemijanie? Smutek po takim sezonie i po takim wieczorze? W ciągu minionego roku dane ci było obejrzeć tyle wielkich meczów - począwszy od tych mundialowych, z Niemcy - Brazylia na czele, przez wygraną Polaków z Niemcami w Warszawie, po sensacyjne zmagania w Lidze Mistrzów (dzisiejszy finał nie był przecież jedyny, półfinałowe zmagania mu dorównywały, zwłaszcza te między Barceloną i Bayernem, z popisem Messiego w pierwszym meczu, w ćwierćfinałach wydarzyło się równie wiele, a w fazie grupowej, podczas wyjazdowego spotkania Bayernu z Romą, widzieliśmy jeden z najbardziej fascynujących taktycznie eksperymentów Pepa Guardioli - przynajmniej do czasu, gdy w pierwszym kwadransie na Camp Nou nie spróbował grać trójką obrońców na tercet Messi-Suarez-Neymar); doprawdy trudno po czymś takim nie zachwycać się czasem teraźniejszym.

Zresztą imię Guardioli to również czterdzieści cztery, jak na trenera jest żółtodziobem, nic więc nie powinno ciekawić cię bardziej, jak pytanie o ewolucję myśli trenerskiej po drugim z rzędu niepowodzeniu Bayernu w półfinale Champions League. Żadna z teorii politologicznych nie sklasyfikowała się równie szybko jak ta Fukuyamy o końcu historii - a równie szybko zdezaktualizowało się zdanie Roberto Manciniego, że przyszłe zmiany w historii piłki będą się opierać wyłącznie na przygotowaniu fizycznym piłkarzy, nie zaś na taktyce (wypowiedział je na dobrych kilka lat przed narodzinami i śmiercią tiki-taki). Tyle że żadne ze wspomnień o wielkim trenerze nie wyparowywało z pamięci kibiców tak szybko jak to fanów Barcelony o Pepie w trakcie pierwszych dwunastu miesięcy pracy Luisa "trzy trofea" Enrique.

Niebo nad Berlinem

Przyznaj zresztą: żaden z wieczorów urodzinowych nie minął ci tak szybko. Ledwo zdążyłeś zauważyć dwa błędy Mascherano w ciągu pierwszych stu sekund meczu, biłeś z całym stadionem brawo po przerzucie Messiego do Alby, natychmiastowym zgraniu Hiszpana do Neymara, podaniu do wbiegającego w pole karne Iniesty i nonszalanckim przedłużeniu tego ostatniego do Rakiticia - była to w sumie szesnastopodaniowa akcja z udziałem wszystkich graczy Barcelony z pola; akcja, co tu gadać, godna najpowszechniej oglądanego meczu sezonu. Podobnie jak rajd Moraty prawym skrzydłem, kilka minut później, ogranie Alby i wyłożenie pod nogi pudłującego Vidala. Podanie Messiego do Neymara z dwunastej minuty. Kolejne odegranie Argentyńczyka, do Suareza tym razem, wykładającego Daniemu Alvesowi i kapitalna obrona Buffona. Uspokajająca pogawędka Pirlo z Vidalem po dwóch faulach Chilijczyka. Poprawiający się Mascherano, przecinający w 19. minucie podanie Pogby do Teveza. Wślizg Alby na Pogbie w 35. minucie, tuż przed linią pola karnego. Momenty wyciszenia, wyczekiwania przez Barcelonę na kolejną okazję, aż Juventus rozluźni nieco szyki i Messi będzie mógł wykonać jeden ze swoich przerzutów do Neymara lub Alby. Jeszcze jedno wejście Iniesty w pole karne, w 38. minucie. Minimalnie niecelny strzał Suareza kilkadziesiąt sekund później i obrona uderzenia Urugwajczyka w kolejnej akcji. Pressing Barcelony, zmuszający Buffona do błędu przy wyprowadzaniu piłki. Pierwsza interwencja ter Stegena, po strzale Marchisio, dopiero w 44. minucie. I zaraz potem drybling Messiego, w którym Argentyńczyk jednakowoż wyjechał za linię końcową. Na początku drugiej połowy zaś kontratak Barcelony po rzucie rożnym - wyjście pięciu na trzech i następną interwencję Buffona po strzale Suareza, potem zaś jeszcze jedno pudło Urugwajczyka. Akcję Neymar-Messi-Suarez i strzał Messiego z 51. minuty. Prostopadłe podanie Iniesty do wchodzącego między obrońców Argentyńczyka - wszystko na kilka minut zakwestionowane po pamiętnym odegraniu piętą jednego z nieoczekiwanych bohaterów tego meczu Marchisio, strzale Teveza i dobitce Moraty.

A przecież Iniesta próbował dalej, choćby do minimalnie spóźnionego Suareza. Wtedy jednak nie wyglądało już tak jednostronnie: strzelali Tevez i imponujący siłą Pogba, dośrodkowywał Evra, bronił ter Stegen, w którego polu karnym zakotłowało się po starciu Alves-Pogba. Do kolejnego wyjścia Barcelony, a właściwie Messiego - odbicia przez Buffona piłki do boku po strzale Argentyńczyka i dobitki Suareza. I do modlitwy Neymara, żeby sędzia uznał jednak jego gola, bo po główce piłka trafiła go w rękę przypadkowo. A potem kolejnej kontry Barcelony i potknięcia Jordi Alby w polu karnym Juventusu. Wejścia Xaviego. Potknięcia Messiego. Fantastycznego podania Rakiticia i strzału Pique, który podłączył się tu w stanowczo zbyt wiele ataków. Jeszcze jednego rajdu Messiego, a potem, już w 96. minucie, uznanego tym razem gola Neymara. W końcu refleksji, że kiedy grasz z Barceloną i wydaje ci się, że osiągasz przewagę, znaczy to tyle, że odsłaniasz się za bardzo i natychmiast tracisz gola. Ile kontrataków Katalończycy rozpoczynali tuż przed własnym polem karnym?

Najlepszy czas

Czterdzieści cztery lata więc? Kryzys wieku średniego? Smuga cienia? Kiedy cię widzę, to się wstydzę, że ciągle nosi ciebie świat? Otóż nie ma lepszej okazji niż dzień finału Ligi Mistrzów, byś uświadomił sobie, że nigdy nie miałeś się tak dobrze jak teraz i że dokładnie tak samo jest z piłką nożną. Że wbrew temu, co mogliby mówić twój ojciec i dziadek o Pelem czy Cruyffie, nie było w historii tylu piłkarskich geniuszy, co dziś. Przez cały miniony rok wszyscy mówili "Messironaldo" i "Ronaldo", a przecież i fenomen towarzyszących Messiemu dzisiejszych strzelców Neymara i Suareza (niech się schowają przy tej trójce di Stefano, Puskas i Gento), i Neuer, i Ibrahimović, i Tevez, i Pogba, i nawet Lewandowski również domagają się wzmianki w tej litanii wdzięczności do losu, że wciąż pozwala ci cieszyć się życiem.

O samym Messim powinieneś w tym momencie dać pean, w którym będą gole i kluczowe podania z Bayernem, i bramka strzeloną Atletico w lidze, i gol wbity Athleticowi w finale Pucharu Króla, i wreszcie wszystkie te dzisiejsze dojrzałe zagrania z głębi pola. A potem wspomnieć jeszcze, nawet jeśli po raz ostatni, dwóch starych mistrzów-metronomów, Pirlo i Xaviego. Dwóch starych adwersarzy, Evrę i Suareza (a to by było dopiero, gdyby naprzeciwko Urugwajczyka pojawił się jeszcze Chiellini ). Dwóch jakże różnych bramkarzy: oldskulowego Buffona i nowoczesnego (proaktywnego, jak mówią w żargonie) ter Stegena. Dwóch jakże różnych pomocników, Vidala i Busquetsa, z których ten drugi zrewanżował się dziś za mundialowe upokorzenie. Alvaro Moratę wreszcie, czyli człowieka, który miał tu - w starciu z Katalończykami - ratować honor Kastylii, a który stał się tej wiosny jednym z najgorętszych nazwisk europejskiej piłki.

Najciekawsze przy takich okazjach są oczywiście wytropione przez lepszych od ciebie paradoksy. Np. ten, że z trzech najbardziej utytułowanych graczy Barcelony każdy w pewnym momencie był w swoim klubie niechciany: Messiego u progu kariery skreślała większość działaczy i trenerów, podobnie było z Xavim, którego na rok przed debiutem w pierwszym zespole od odejścia powstrzymał jedynie upór matki, i Iniestą, którego Frank Rijkaard próbował wypożyczyć do Glasgow Rangers. Moraty też nie chcieli w Realu

Pisząc o tym wszystkim, nie próbuj jednak snuć historii alternatywnej. I nie wybiegaj myślą zanadto naprzód, nie zastanawiaj się np., ile czasu upłynie, zanim to Paul Pogba stanie się najdroższym piłkarzem w historii futbolu. Broń Boże nie wspominaj o Blatterach i Gazpromach. Otwórz butelkę wina, jeśli już nie chilijskiego na cześć Vidala, to argentyńskiego na cześć Messiego (włoskie byłoby jednak zbyt banalne), policz wślizgi pierwszego i dryblingi drugiego - pomoże ci to wyznaczyć limit kieliszków na resztę wieczoru. A potem, już na spokojnie, obejrzyj to wszystko jeszcze raz.

Najsłynniejsze finały Ligi Mistrzów na zdjęciach [ZOBACZ]

źródło: Okazje.info

Więcej o: