Aplikacja
Aplikacja Sport.pl LIVE
  POBIERZ

Finał Ligi Mistrzów. Juventus - Barcelona. Co różni trenerów na Camp Nou, czyli Barcelona Guardioli i Barcelona Enrique

Poznałem obu w latach 1998-99. To były czasy, gdy nawet duże wywiady ze znanymi piłkarzami nie były kontrolowane przez specjalistów od public relations. W 1998 r. zaczepiłem Pepa leczącego ciężką kontuzję, przez którą stracił pół sezonu, łącznie z mundialem we Francji. Na rozmowę ochoty nie miał, wynagrodził mi to Luis Enrique uważany wtedy za największą gwiazdę reprezentacji Hiszpanii - pisze Dariusz Wołowski. Relacja z finału Ligi Mistrzów Juventus - Barcelona w sobotę od 20:45 na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl Live.

Umówił się na czwartek, za cztery dni, i sztywno się tego trzymał. Kiedy przychodził na trening na Camp Nou w poniedziałek, wtorek i środę, natykając się na mnie, mówił: "My w czwartek" i w czwartek załatwił salę, gdzie mogliśmy rozmawiać. Już wtedy żalił się trochę, że kariera i sława pozbawiają go prywatności. "Znany piłkarz czuje się jak ślimak, któremu ktoś bez przerwy puka w muszlę" - żartował. Mówił, że za jego oazę spokoju odpowiada żona, której jest wdzięczny, bo znosi faceta o nerwach napiętych jak postronki i jego obcy świat zawalający się czasem dwa razy w tygodniu.

Luis: Wygrać lub umrzeć

Zapytałem go o historię z Mauro Tassottim - obrońca Milanu celowym uderzeniem łokciem złamał mu nos podczas meczu Włochy - Hiszpania na mundialu w USA. Enrique rozgrzeszał rywala, twierdził, że wychodząc na boisko na mundialu, piłkarz chce wygrać lub umrzeć, co prowadzi do ciosów łokciem, głową, kopniaków. "Dzisiaj ty mnie, jutro ja ciebie. A potem trzeba grać nowy mecz i nie pozostaje nic innego, niż zapomnieć. Futbol daje chwile dobre i złe. Pragnąc tych pierwszych, trzeba się godzić na te drugie".

Na koniec wyznał, że po zakończeniu kariery chciałby podróżować, szczególnie po USA. Trenerka? "Tylko z młodzieżą, nie wyobrażam sobie pracy z seniorami, przynajmniej na razie".

Jak wiemy, mundial we Francji zakończył na tarczy - już w grupie. Po rozbracie z piłką biegał maratony, wśród nich nowojorski i Marathon des Sables - 250-kilometrowy po piaskach Sahary. Właśnie w tym czasie, patrząc na Guardiolę pracującego z rezerwami Barcelony, postanowił iść jego śladem. I tak idzie, aż do dziś. Dzieli go 90 lub 120 minut finału w Berlinie, by po Guardioli jako drugi trener w historii klubu z Katalonii sięgnąć po potrójną koronę.

Z egocentrycznym gwiazdorem Messim ma nawet większe problemy, Pepowi udawało się sprawić, by fochy Argentyńczyka zostawały w szatni. Enrique popadł z nim w otwarty konflikt w styczniu i omal nie stracił posady. Warto było ustąpić, na boisku tak dla Pepa, jak i Luisa Messi jest największym orężem.

Pep: Real - Barcelona to nie wojna

Co nie udało mu się w 1998 r., okazało się realne rok później. Pep wrócił do gry, prowadząc Barcelonę jako kapitan do mistrzostwa. Gdy wracał, drużyna była na 10. miejscu. Wtedy stał się cud, w którym miał swój udział.

Trwała akurat wojna w Kosowie, dlatego Pep mówił, że słowo "wojna" nie pasuje do rywalizacji Realu z Barceloną. "Jest zaciekła, wznieca gigantyczne emocje, ale nie przestaje być po prostu meczem" - przekonywał. Nie zmieniało to faktu, że z dumą zakładał koszulkę reprezentacji Katalonii, choć nie miała i nie ma ona prawa grać meczów oficjalnych. Gdy spytałem o przyczyny porażek Hiszpanów w wielkich turniejach, uznał to za problem filozoficzny. "Ilu to już mądrzejszych ode mnie się nad tym głowiło. W sporcie nie wystarczy umieć, trzeba chcieć. A czy my rzeczywiście chcemy? Niby każdy powie, że tak. Na boisku biegamy, walczymy, ale to chcenie jest niepewne, niedostateczne. Dziś, żeby osiągać sukcesy w piłce, trzeba mieć każdą komórkę w mózgu przesiąkniętą wolą zwycięstwa. Inaczej nic z tego nie będzie" - tłumaczył.

Po spotkaniach z końca ubiegłego wieku różnica między Guardiolą i Enrique była dla mnie oczywista. Choć nie miałem pojęcia, że będą kiedyś trenerami, że zaprowadzą Barçę wysoko, czułem, iż choćby mieli iść tą samą drogą, to w innych butach.

Pep był jak poeta lub filozof, który mówi barwnie, nie unikał przenośni, dostrzegał i zachwycał się związkiem między grą w piłkę i życiem toczącym się dookoła. Jego Barça musiała więc grać tak romantycznie, tak totalnie, tak bezczelnie i dominująco. Być jak primabalerina chętnie odrywająca się od ziemi, redukująca swoich rywali do roli widzów.

Enrique wydał mi się człowiekiem bardziej konkretnym, niechętnie bujającym w obłokach. Typ maratończyka, który mimo dostatecznego ilorazu inteligencji czuje się szczęśliwszy, męcząc mięśnie niż szare komórki. Dlatego jego Barça gra futbol prostszy, skuteczniejszy, bardziej bezpośredni. Po ozdobniki sięga, gdy musi, kiedy trzeba, potrafi wykonać krok w tył, by potem pójść do przodu. Dzieło Enrique, mniej spektakularne niż Guardioli, nie doczekało się zachwytów do marca. Dopiero wtedy dostrzeżono, że jeśli chodzi o efekty pracy, Luis może być tak samo sprawny jak Pep.

Na ekscytujący mecz zaprasza: dd d

Najsłynniejsze finały Ligi Mistrzów na zdjęciach [ZOBACZ]

Kto wygra finał Ligi Mistrzów?
Więcej o: