Liga Mistrzów. Po Chelsea - PSG: Piosenka starego kochanka

Jak to jest z tym sportem, że faworyci przegrywają najważniejsze mecze, najlepsi strzelcy pudłują rzuty karne albo schodzą z boiska w niesławie? Po meczu Chelsea-PSG list miłosny do piłki nożnej pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego", autor bloga "Futbol jest okrutny" i komentator Sport.pl.

Niczego nie wiem o futbolu - odkrycie z gatunku tych, które przeżywa ktoś po długich latach małżeństwa, patrząc nagle na swojego męża/żonę i uświadamiając sobie, że zakochał się w nim/niej po raz kolejny. Niby znają się na wylot, pamiętają wszystkie swoje drobne i niedrobne dziwactwa, natręctwa i przyzwyczajenia, niby wiedzą, jaką to drugie opowie anegdotę podczas kolacji z przyjaciółmi i w które miejsce odłoży klucze, żeby potem nie móc ich znaleźć. Przeżyli ze sobą tyle lat, że czasem czują się wypaleni, miewają ciche dni zbyt długo tłumionej frustracji, a zdarza się też, że fantazjują o byciu z kimś innym. W zasadzie żadnych uniesień się już w tym związku nie spodziewają, "strudzeni trochę, bądź co bądź", jak przekładał Brela Wojciech Młynarski. W zasadzie tkwią w nim z przyzwyczajenia albo z lęku przed zmianą, uśpieni, aż tu nagle przychodzi taki moment, że wszystko znów wywraca się do góry nogami: patrzą na tego drugiego, jakby zobaczyli go pierwszy raz, a potem zaczynają zupełnie od nowa, przekonani, że to jest właśnie to. Miłość ich życia.

Coś takiego przeżyłem właśnie po meczu Chelsea-PSG. Meczu, w którym role wydawały się rozpisane na długo przed rozpoczęciem, a wydarzenia na boisku niemal do dziewięćdziesiątej minuty tylko to potwierdzały. Piłkarze Jose Mourinho - trenera, który wie, jak rozstrzygać na swoją korzyść pojedynki pucharowe, który wygrywał już Ligę Mistrzów, który nie zaniedbuje żadnych szczegółów, przewiduje każdy ruch rywala i ma przećwiczony na treningach każdy scenariusz mającego się rozegrać meczu - strzelili bramkę w Paryżu i w rewanżu musieli jedynie pilnować korzystnego rezultatu, nastawiając się na od zawsze będące ich mocną stroną kontry. Już w trakcie rewanżu największy gwiazdor gości Zlatan Ibrahimović wyleciał z boiska po (skądinąd wątpliwej) czerwonej kartce. Gospodarze wyszli na prowadzenie, a kiedy rywale odrobili stratę, doprowadzając do dogrywki - zrobili to po raz kolejny. Nie grali wprawdzie dobrze, ale oni często tak mają: grają tak sobie, ale i tak wygrywają. Suma tylu okoliczności: dobry rezultat z pierwszego meczu, 90 minut gry w przewadze przeciwko drużynie pozbawionej piłkarza ikony, dwukrotne prowadzenie, kolosalne doświadczenie trenera i zawodników oraz wynikająca z tego wszystkiego pewność siebie, czyniły inny wynik niż awans Chelsea w zasadzie nieprawdopodobnym. W zasadzie nieprawdopodobnym wydawało się też, że gospodarze będą tracili gole po stałych fragmentach - to goście nie umieją się przed nimi bronić, co ten dwumecz zresztą również wykazał. "Tak, kochanie - powinien był powiedzieć ktoś po długich latach małżeństwa, patrząc na bramkę Cahilla - możesz przełączyć na coś innego, tu już nic ciekawego się nie wydarzy".

I co? I było kompletnie inaczej. Inaczej niż spodziewali się wszyscy fachowcy, inaczej niż sam prorokowałem, pisząc o melancholiach Zlatana i inaczej niż zdawało się wynikać z lekcji historii. Mourinho - rzec by można, słysząc jego narzekania na rywali, którzy po drugim wyrównaniu zaczęli wprowadzać na boisko rezerwowych, symulować kontuzje i generalnie "parkować autobus we własnym polu karnym" - został pokonany własną bronią. Sędzia Kuipers nie okazał się kolejnym sędzią Friskiem czy sędzią Ovrebo, a w kwestii kartki dla Ibrahimovicia ewidentnie uległ naciskającej na niego gromadzie aż dziewięciu piłkarzy Chelsea. Jose Mourinho wciąż nie zapewnił Romanowi Abramowiczowi triumfu w Lidze Mistrzów - to akurat trofeum wygrał dla rosyjskiego oligarchy szkoleniowiec tymczasowy i bez wielkiego doświadczenia (Roberto di Matteo; warto dodać, że bardzo blisko był jeszcze inny "pan nikt" Awram Grant), a nie któryś z superkosztownych baronów światowej myśli trenerskiej (oprócz Mourinho pracowali tu wszak Ancelotti, Villas-Boas, Hiddink, Benitez czy Scolari).

Niczego więc nie wiem o futbolu. Zaczytany w statystykach i analizach taktycznych, przyzwyczajony do traktowania piłki jako nauki ścisłej, wypieram z pamięci te wszystkie mecze, w których zwycięzca mógł być tylko jeden, i to on właśnie został pokonany. Bayern-MU w 1999, Milan-Liverpool w 2005, Barcelona-Inter (pod Mourinho zresztą) w 2010, Chelsea-Bayern w 2012 r. - żeby dać przykłady jedynie z Ligi Mistrzów. Gole w ostatnich minutach, zmuszające dziennikarzy do błyskawicznego kasowania napisanych już sprawozdań. Frazę Aleksa Fergusona "Football, bloody hell", wypowiedzianą przy okazji właśnie takiego meczu i właśnie takich goli. Zapisane przed laty własne zdanie, mające uzasadnić tytuł książki i bloga "Futbol jest okrutny": że tu niczego nie da się przewidzieć ani zaplanować, nic nie jest przesądzone, zawsze może być inaczej, niż się zapowiadało; słowem, że tę grę stworzył jakiś złośliwy demiurg, mający gdzieś nasze oczekiwania, nadzieje i marzenia.

A może zresztą to wszystko nieprawda. Bo "choć porażki pierwszej smak / z twych warg uleciał dawno już / a z mych pierwszego smak zwycięstwa" (to znów Brel, przekładany przez Młynarskiego), to przecież nasze oczekiwania, nadzieje i marzenia związane z futbolem wiążą się ściśle z kwestią tego, by patrzeć na ten sport tak, jak patrzą starzy kochankowie z przywołanej tu piosenki. Bo przecież tego właśnie dowiedziałem się dziś o futbolu: że kiedy zaczynam zapadać w drzemkę przed telewizorem w przekonaniu, iż wiem już o niej wszystko, w powietrze wyskakuje jakiś obrońca drużyny skazywanej na porażkę i po chwili o drzemce nie może już być mowy (fakt, że obrońcą tym jest David Luiz, stanowi dodatkowe potwierdzenie tezy o złośliwości demiurga).

Tak, z pewnością nie jest "czuła i najmilsza", ale nie sposób tej jędzy nie kochać. Cholerna piłka.

Zobacz wideo

Jak się skończą eliminacje Euro 2016 w polskiej grupie? [WYTYPUJ SAM!]

Materiały partnerów gazeta.pl Adidas Brazuca Glider F93284 Nike Performance PHELON FG Korki Lanki white/blue lagoon/total crimson/black adidas Performance FC CHELSEA AWAY 2014/2015 Koszulka klubowa lemon peel/chelsea blue

Więcej o: