Liga Mistrzów. Czas jest największym sprzymierzeńcem Luisa Enrique

Łatwo przyszłoby wyciągnięcie Barcelonie i Luisowi Enrique wielu błędów popełnionych nawet w wygranym 3-1 spotkaniu z PSG. Jeszcze bardziej banalne byłoby czynienie mu pretensji, że jego zespół nie gra jak Barcelona Guardioli

Bo to takie oczywiste. Wystarczy wyciągnąć z archiwów pierwszy lepszy mecz Barcelony Guardioli i zatrzymać go w momencie, gdy jego drużyna atakowała - nawet na stopklatce można byłoby zauważyć, że wszyscy są w nieustannym ruchu, sprincie lub truchcie. Gdyby komuś zdarzyłoby się zrobić to samo w pierwszej połowie dzisiejszego spotkania, to nawet czterech graczy drużyny Enrique na stojąco przyglądałoby się akcji na przeciwległym skrzydle.

- Tamtej Barcelony już nie ma - powiedział ostatnio Gerard Pique, zresztą jako kolejny z tej drużyny, która w niemałej części wciąż pamięta sukcesy ekipy Pepa Guardioli. Jednak może i kibice, i obserwatorzy, i sami piłkarze powinni zrozumieć, że to wcale nie jest warunek "tamta Barca albo nic". Wręcz przeciwnie. Można się upierać, że mecz z PSG był najlepszym przykładem, że z tym zestawem personalnym, ich wiekiem i szkoleniowcem oraz formą nie da się przywrócić dawnego stylu w wymiarze dziewięćdziesięciu minut, ale...

No właśnie - ale. Ale Barcelona wciąż może być skuteczna, choćby tylko fragmentami przypominając sobie tożsamość, którą nadał jej Guardiola. Że Messi w taktyce Enrique ma sporą dowolność interpretacji własnej roli, a nawet przyzwolenie do spacerowania znacznie dłuższymi okresami niż dawniej? Rywal może sobie pomyśleć, że Argentyńczyk ustawiony z dala od ich bramki i niemal nieruchomo przyglądający się kolegom to problem z głowy, ale dziś to z niespodziewanego sprintu wziął się jego gol wyrównujący, tak jak w weekend dwa pierwsze trafienia z kolejnego hat tricka. Że pressing nie jest spójny, a rywale słabsi od PSG potrafią się przebić przez niegdyś mordercze, sześciosekundowe szarże pomocników i atakujących? Czasem obrońcy będą musieli desperacko ratować sytuację we własnym polu bramkowym, jak w 52. minucie po szarży Lucasa, ale i przychodzą momenty jak ten przed drugim golem, gdy Motta stracił piłkę na własnej połowie przez atak Iniesty i Neymar strzelił drugiego gola.

Porównania nie znikną, bo i sam Enrique jakby tego nie chciał, powielając tamte schematy - z PSG po raz pierwszy w tym sezonie wystawił trójkę środkowych obrońców. I to nie w niepewnej grze Pique czy Mathieu był największy problem Barcelony, ale w słabości dwóch piłkarzy ustawionych przed linią defensywy. Mascherano dopiero po trzydziestu minutach uznał, że musi grać ustawiony bliżej Ibrahimovicia, by Szwed nie miał żadnego komfortu rozegrania. Z kolei Busquets był pomocnikiem rozkojarzonym, a nie tym kojarzonym z komfortowego rozegrania. Może ta współpraca, jeśli ten plan Enrique utrzyma, musi się dotrzeć, a pomocnicy będą coraz lepiej rozumieć swoje role, dzieląc się obowiązkami. Jednak dziś znacznie lepiej wyglądał Verratti, właśnie jak piłkarz stworzony do tego, co kibice z Katalonii chcieliby oglądać - elegancję, pewien luz, ale też dynamikę, inteligencję w podaniach i ruchu.

Samo to, że Barcelona pokonała PSG, jest sporym osiągnięciem - nie przez wynik, nie przez wypełnienie misji zajęcia pierwszego miejsca w grupie, ale zauważalny proces nabierania pewności siebie. Przy nieudanym początku spotkania, jak w weekendowych derbach z Espanyolem, gdy ponad dwadzieścia minut czekali na pierwszy celny strzał, zespół rósł w siłę. Trzeci gol to kolejny schemat akcji Barcelony, jakie oglądamy od lat - Messi zagrywa prostopadłą piłkę do napastnika, przebijając się przez pomocników, Xavi do boku, strzał i dobitka. Rywal rozłożony kompletnie przez magiczne trio, bez szans na reakcję.

Kiedy i do jakiego stopnia cała Barcelona uwierzy, że ten "system mieszany" może funkcjonować i przynosić sukcesy, wciąż pozostaje niewiadomą. Jednak warto pamiętać, że PSG przyjeżdżało na Camp Nou jeszcze niepokonane w tym sezonie, jako ostatnia taka drużyna z pięciu czołowych lig w Europie. Słabsze momenty drużyny prowadzonej przez Enrique po prawdzie nie są też niczym wyjątkowym na skalę kontynentu - tylko dla takich firm jak Bayern czy Real wygrywanie to formalność, ale dzięki zwycięstwu z PSG na starcia z nimi Barcelona jeszcze poczeka.

W zasadzie do kolejnych meczów w Lidze Mistrzów "Blaugrana" wypatruje tylko jednego poważnego testu, z Atletico Madryt na początku stycznia - może wtedy tych fragmentów z przeszłości będzie w ich grze znacznie więcej? Czas jest po stronie Enrique. Co z tego, że w tym całym zamieszaniu czy okresie przejściowym, w jakim znalazła się cała Barcelona, często wydaje się tym jedynym sprzymierzeńcem?

Zobacz świetne karykatury piłkarskie! [ILUSTRACJE]

O historii FC Barcelony i jej najlepszych piłkarzach przeczytasz w książkach >>

Czy Barcelona dotrze do finału LM?
Więcej o: