Aplikacja
Aplikacja Sport.pl LIVE
  POBIERZ

LM. Finał wszystkich klątw

Dziewięć Pucharów Europy przeciw ani jednemu. Szeryf kontra drużyna Robin Hooda. Real wracający do finału po 12 latach i Atletico po aż 40. Czyjaś bajka się w sobotę skończy. Na stadionie Benfiki, nowego symbolu futbolowych nieszczęść

Bela Guttmann wita wszystkich, którzy bramą numer 18, najbardziej okazałą, wchodzą na Estadio da Luz. Stoi w hallu, na prawo od wejścia. Trzyma dwa Puchary Europy, do których w latach 60. poprowadził Benficę. Klub postawił mu pomnik zaledwie kilka miesięcy temu. Ale klątwa trenera, którego kiedyś żegnano tutaj bez sentymentu, a on zapowiedział, że klub długo sobie poczeka na następne takie sukcesy, nadal trwa.

Dwa tygodnie po kolejnym pięknym i przegranym europejskim finale, tym razem z Sevillą, Benfica zaprasza do siebie finalistów Ligi Mistrzów. Na pierwsze takie sąsiedzkie spotkanie w historii Pucharu Europy. Mecz skrajności, które już wyliczano w ostatnich tygodniach na wszystkie możliwe sposoby: bogatego Realu i biednego Atletico, arystokracji i klasy robotniczej. Mecz przywracający wiarę wszystkim cierpiętnikom futbolu: możecie być tacy jak Atletico, zagrać na nosie wszystkim, przełamać wszystkie klątwy.

A raczej, póki co, prawie wszystkie. Bo jednak ten poprzedni finał Atletico, sprzed 40 lat, gdy zwycięstwo wymknęło się w dramatycznych okolicznościach, ciągle nie został pomszczony. Gola strzelił wtedy Luis Aragones, klubowa legenda, wielki krzykacz, który sześć lat temu zrobił z Hiszpanii mistrza Europy. Też przełamując wszystkie klątwy. Między innymi tę, która mówiła, że ta reprezentacja nigdy nie będzie wielka, żyjąc w cieniu tak wielkich klubów jak Barcelona i Real. A jest wielka, może największa w historii. I kluby pozostały wielkie, po zwycięstwie Sevilli w Lidze Europejskiej już przed finałem LM było jasne, że wszystkie możliwe europejskie puchary zgarnie w tym roku Hiszpania.

Hołd dla Aragonesa

Atletico zagra finał w koszulkach z nazwiskiem zmarłego w lutym Aragonesa. Diego Simeone dedykował mu mistrzostwo Hiszpanii, pisząc, że to Aragones musiał razem z nimi bronić bramki w drugiej połowie meczu z Barceloną. Na konferencji przed finałem Gabi, przywódca drużyny, powiedział, że postarają się zagrać na takim poziomie, jakiego zmarły niedawno trener by od nich wymagał.

Finał u Eusebio, który odszedł niespełna miesiąc przed Aragonesem. Pomnik Eusebio, przykryty specjalnym wielkim kloszem, by wszystkie pamiątki przyniesione przez opłakujących go się nie zniszczyły, to było w piątek miejsce, przy którym się zmieniały kolejne telewizyjne ekipy nagrywające zapowiedzi finału.

Atletico w jednym przynajmniej ma przewagę nad Realem: ten sezon już jest zwycięski, niezależnie od wyniku finału. To Real jest pod gigantyczną presją. Kiedy ostatni raz był w finale Ligi Mistrzów, Simeone piłkarz właśnie się szykował na mistrzostwa świata z Argentyną. Na następny finał kibice Realu mogli wyruszyć dopiero 12 lat i setki milionów euro później. Ale za to jaką drogą. Już od piątkowego świtu autostradą, kilkaset kilometrów w stronę Lizbony, pruły samochody z kibicami Atletico i Realu. W sobotę mają ich być całe kawalkady, kilkadziesiąt tysięcy kibiców.

Dla tych spod znaku Realu ta podróż jest jak przewijanie filmu z ważnych wydarzeń tej 12-letniej pogoni za finałem. Dojeżdża się do autostrady A5 - włączasz się pod Madrytem i trzymasz się tej samej drogi do samej Lizbony - mijając La Fincę, czyli luksusowe zamknięte osiedle, w którym mieszkali - lub nadal mieszkają - wszyscy ostatni transferowi rekordziści Realu. Dalej są drogowskazy na Alcorcon, miasteczko kojarzące się z porażką w Pucharze Króla (w pierwszym roku drugiej kadencji Florentino Pereza), po której właściwie przypieczętowany został los Manuela Pellegriniego i przyjście jego następcy, Jose Mourinho. Potem przejeżdża się przez Mostoles, rodzinne miasto Ikera Casillasa, jedynego piłkarza obecnego Realu, który grał w poprzednim, wygranym finale z 2002. A sam Iker pozdrawia z wielkiego billboardu przy autostradzie i zaprasza na boiska swojej szkółki piłkarskiej, którą świetnie widać z drogi.

Ancelotti się nie dziwi, spięty Simeone

Skłócony z Mourinho Casillas po przyjściu Ancelottiego miejsca w bramce Realu na stałe nie odzyskał, ale puchary należały w tym sezonie do niego. - Gramy dla nich wszystkich. Dla tych tysięcy, którzy tu przyjadą samochodami, żeby mogli w powrotną drogę zabrać zwycięstwo - mówił przed meczem Casillas, który razem z Ancelottim i Sergio Ramosem przyszedł na konferencję prasową.

- Zaczynaliśmy sezon z myślą o tym meczu - przyznał Ancelotti. Pytanie, czy porażka w finale może go kosztować posadę, obrócił w żart. - Nie dziwi mnie to pytanie.

Zanim po konferencji zaczął trening, zebrał piłkarzy w kółku i chwilę do nich przemawiał. Potem ćwiczyli wszyscy, również ci, którzy ostatnio leczyli kontuzje. Zresztą podobnie było w Atletico, Diego Costa wybiegł na trening ostatni, ale sprintem. Diego Simeone woli trzymać przeciwnika w niepewności. - A ja się tym, czy Diego Costa jest już zdrowy, nie zajmowałem ani sekundę, bo mnie martwiły kontuzje Pepe, Karima Benzemy, Cristiano Ronaldo - mówił Sergio Ramos.

Ancelotti, jak zawsze, sprawiał wrażenie, jakby czekający go finał był najzwyklejszym meczem. Simeone był bardziej spięty. - Jeśli presja jest, to mi pomaga. Sprawia, że chcę się skupić tylko na analizowaniu, jaki sposób na wygranie będzie najlepszy. I chcę, żeby piłkarze czuli, że tylko o tym myślę - mówił Argentyńczyk. Pytano go na konferencji, czy się nie czuje dotknięty tym, że w Atletico wszyscy widzą walczaków z wielkimi sercami, a nie zawsze - mądrą taktykę i umiejętności. - Niech każdy mówi, co chce. Jesteśmy zwarci, dobrze wymyśleni, dobrze interpretujemy mecz i dobrze reagujemy - odpowiadał. Na trening wybiegł w krótkich spodenkach, sylwetką nie odstawał od swoich piłkarzy, a potem sam się włączył do gry, dośrodkowując do piłkarzy podczas treningu strzeleckiego.

Na konferencji siedzący obok niego Tiago na pytanie o to, jak podziękowałby trenerowi za ten sezon, powiedział: - On jest naszym bogiem. Odmienił nas. Gdyby nam kazał skoczyć z mostu, skoczymy - mówił jeden z tych kilku finalistów, dla których kiedyś Lizbona była domem. Tiago grał dwa sezony w Benfice, Angel Di Maria na Estadio da Luz zapracował kiedyś na opinię najlepszego na świecie piłkarza grającego poza pięcioma wielkimi ligami Europy, w Benfice był też Fabio Coentrao. A Cristiano Ronaldo wrócił do miasta, które go wychowało na wielkiego piłkarza. I klubu, któremu kibicował jako dziecko. Ale każdy piłkarz klubu, który wygra w sobotę, już zawsze będzie się czuł w Lizbonie u siebie.

Atletico - Real: porównanie w statystykach. Kto najwięcej grał, a kto najwięcej faulował [kliknij]

Więcej o: