Aplikacja
Aplikacja Sport.pl LIVE
  POBIERZ

Liga Mistrzów. Buntownicy przeciwko bogatym

Warto ich posłuchać, żeby zrozumieć, kim są. ?We are underdogs, we are gladiators? mówił Tiago po rewanżu z Chelsea. Ludźmi odrzuconymi, upokorzonymi, zmarginalizowanymi, ale - jak gladiatorzy Spartakusa - powstającymi przeciw takiemu porządkowi świata, który skazuje ich na wieczne usługiwanie. Na oddawanie punktów, piłkarzy, dostarczanie rozrywki. Na życie w nędzy, na marginesie pięknego i wystawnego świata, w którym salony są tyleż niedostępne, co wrogie - niosą tylko ból i upokorzenie. Przeciwko takiemu porządkowi świata powstali, porządkowi, który miał być przecież wieczny. I to powstanie ma swoje symboliczne twarze, obok Diego Simeone, także Davida Villi, bo to on przybył w szeregi buntowników wygnany z salonów, by na salonach zrobić miejsce Neymarom i innym bożkom. Oddany za garść drobnych.

To Villa mógł być inspiracją, by powstanie, trwające już przecież od jakiegoś czasu, ale tlące się gdzieś na obrzeżach Imperium, przenieść w Imperium same serce. Bo zaczęli ludzie Simeone nadgryzać porządek tam, gdzie sił im tylko starczało - na europejskim drugim tle. Wygrali Ligę Europejską, po pół roku pracy El Cholo, zaraz potem pobili w Superpucharze Europy Chelsea. W następnym sezonie ligowym usadowili się za wiadomymi panami hiszpańskiego świata, ale też przed całą resztą tła, rozlokowywali się w wygodnych pozycjach do ataku. I zaatakowali na koniec sezonu, nie mogąc jeszcze wygrać całej bitwy, wygrywali starcia pomniejsze, ale symboliczne, tak by wydźwięk sukcesów był jak największy - wygrali finał Pucharu Króla. Bijąc odwiecznego rywala dominanta - sam Real Madryt. Bijąc go na Santiago Bernabeu, na oczach zszokowanej gawiedzi z salonów, na odchodne Jego Wysokości Jose Mourinho. Mocniej i wyraziściej się nie dało, w dodatku po raz pierwszy od 14 lat wygrali derby. Wojnę może jeszcze przegrywali, ale echa pojedynczych wygranych bitew ciągnęły się daleko. I dodawały sił.

A w tym sezonie zaatakowali już w samo serce. Obili raz jeszcze Real na Santiago Bernabeu, szli cały sezon łeb w łeb z potęgami. Zmienili strategię, pomniejsze bitwy (Superpuchar Hiszpanii, Puchar Króla) mogli oddawać, koncertowali ułomniejsze siły na bitwy kluczowe. I nie wystarczała im sama Hiszpania, tu sukces, i tak przecież ogromny, byłby tylko połowiczny. Rzucili też wyzwanie szczytom szczytów, salonom, gdzie jada się najobficiej, gdzie uczty są tylko dla najbogatszych - samej Lidze Mistrzów. Szli jak burza, jako jedyni nie przegrali meczu, otworzyli drugi front rebelii, w samej stolicy stolic Imperium, stamtąd przecież wyrzucili lokalnych rywali - Barcelonę. A teraz został im Real.

Korzystali na niedocenieniu. Nawet przychylni im komentatorzy nazywali bandą, watahą, rozrabiakami, widząc sukcesy w najprymitywniejszej brutalności i sile. A to przecież wybitni stratedzy i teoretycy. Grają sercem i wiarą ("Sukcesy osiągają nie lepsi, ale bardziej przekonani do tego, co robią" - Simeone), owszem, bazując na euforii i entuzjazmie, ale mają też szeroki wachlarz taktyczny. Jak trzeba, to bronią, jak trzeba, to wymyślnie atakują, dostosowują strategię do potrzeb chwili. Wyłamują się klasycznym opisom, bo łączą ogień z wodą - mogą klepać tiki-takę, mogą też stawiać autobus. Atletico - tiki-takobus.

I ciągle zaskakują - w rewanżu w ćwierćfinale z Barceloną, zamiast bronić dobrego wyniku, ruszyli na szańce rywala opętańczo. A po błyskawicznym zdobyciu pozycji bronili zajadle, ale bronili twórczo, z ciągłym zagrożeniem dla rywala, stwarzając sobie więcej okazji niż on. Grają sercem, ale i chłodną głową, mądrością. Tam gdzie mogą nadrobić braki, gdzie niwelowanie różnic zależy tylko od nich, tam osiągają mistrzostwo - jak przy stałych fragmentach gry, które opanowali do perfekcji. Wymowne, że tak strzelili ostatniego gola ligowego, gola dającego mistrzostwo na Camp Nou.

Są jak Spartanie Leonidasa, tak projektuje ich Simeone. To organizm zbiorowy i tylko zbiorowy, eksponowanie Diego Costy jako gwiazdy, to kolejna zmyłka taktyczna, w którą chętnie wpadamy, licząc, ile mniej szans mają bez niego. Mają dokładnie takie same albo jeszcze większe - bo przeciwności tylko ich mobilizują, nakręcają, motywują, czynią jeszcze silniejszymi. Każda zła wiadomość z obozu Atletico to fatalna wieść dla ich rywali - osłabienie czyni ich jeszcze silniejszymi, ból i cierpienie tylko nakręcają, co widać na też na murawie, rozmiłowani są przecież w walce siłowej, wyniszczającej niby też dla nich samych. Kiedy padał Diego Costa w ostatnim ligowym akcie na Camp Nou - ich szanse tylko rosły; kiedy padał Arda Turan, byłem pewien, że tego meczu nie przegrają. W ogóle ile razy mieli już paść i nie dać rady? A ile razy mają nie dać rady, tyle razy wydają się silniejsi. Zastawiają pułapki na schematyczne o nich myślenie, dla nich im gorzej - tym lepiej. "Problemy mnie motywują" - mawia Simeone, więc błędem jest wskazywanie ich minusów, by docenić sukcesy. Oni żyją z własnych słabości, przekuwają je w siłę.

Bo Atletico robi bunt nie tylko w tabelach, oni idą dalej - rewolucjonizują totalnie, nawet pojęcia i teorie. Jeśli przegraliby finisz ligi, wpisaliby się w klasyczną konwencję - romantyczni buntownicy polegli w ostatniej bitwie kampanii, tracąc swoich liderów, możemy pisać poematy. Ale nie oni - buntują się przeciw wszelkim konwencjom, schematom, kliszom. Jeśli czerpią z mitu cierpiętniczego Atletico, to tylko twórczo, dla wygranej. Wygrywają po 48 latach Ligę Europy, po 17 latach Puchar Hiszpanii, po 18 ligę. Bazując na micie gorszych, uboższych, upośledzonych, ale tylko po to, by go zakłamać.

Przewartościowują mit indywidualizmu, bo są bohaterem zbiorowym, rzucającym wyzwanie bożkom w typie Ronaldo czy Messiego, dlatego teoretyczny brak Costy ich nie osłabi, bo siłę czerpią tylko ze zbiorowości. Mówi się, że uczłowieczyli piłkę, ale to nieprawda. Uczłowieczyli rywali, sami zajmując ich miejsce - są bogami bez jednej twarzy. I bez ładnej twarzy - Atletico to piękno brzydoty. Nie na wybiegi i billboardy.

Lubują się w rozbijaniu imprez najważniejszych, najbardziej wystawnych. Jak wtedy, gdy nie pozwolili odejść Mourinho choćby z jednym triumfem, w przegranym sezonie, upokorzyli rywali, ale upokorzyli i jego. Jak teraz, kiedy nie pozwolili Barcelonie uratować sezonu, na jej stadionie, w ostatniej kolejce. Jakby projektowali to tak, by nie zdobyć ligi wcześniej, bo nie miałoby to aż takiej wymowy jak na Camp Nou.

Została im impreza najważniejsza. Tu nie chodzi tylko o finał Ligi Mistrzów, chodzi też (a może przede wszystkim?) o Real i La Decimę. To najlepszy z możliwych rywali dla buntu Atletico. Najbardziej symboliczny. Rebelia zatoczyła koło - rozpoczęła się w Europie, na jej obrzeżach, rozpaliła się w Hiszpanii, niosąc zgubę panom, teraz ogień dotarł na sam szczyt szczytów, do Lizbony (choć chciałoby się napisać - do Rzymu). Buntownicy Simeone dotarli do kresu, bo tam stoi ich rywal największy, derbowy, wielkopański i arystokratyczny, ponadziemsko galaktyczny, z obsesją La Decimy, która to obsesja kosztowała go euro liczone w ponad miliard. I trwała latami. Lepszej scenerii dla wojowników z Vicente Calderon być nie może, obficiej zaprawionej kolacji nie mogą zepsuć, bardziej symbolicznej bitwy wygrać już się nie da.

Jeśli im się powiedzie - rewolucja dobiegnie końca. I wygra. Ktoś powie, że nie obali istniejącego porządku, nie zachwieje kolosami, co najwyżej chwilowo rozdrażni, ci wrócą jeszcze potężniejsi, a zwycięzcy przeminą tak szybko, jak się pojawili. Nic bardziej mylnego, bo - choć potęga Atletico zniknie szybko - to da świadectwo, że każdemu pokrzywdzonemu może się udać, w każdej chwili będzie mógł wygrać. Wygrać totalnie. I to będzie zachwianie porządku ponadczasowe.

Atletico - Real: porównanie w statystykach. Kto najwięcej grał, a kto najwięcej faulował [kliknij]

Więcej o: