Apel Gerarda Pique o rewolucję w kadrze Barcelony przeszedł bez echa. Co więcej, szefowie klubu mieli za złe swojemu stoperowi, że publicznie wyrwał się z tak dramatycznym wezwaniem, mimo iż klęska z Bayernem 0-7 w półfinale poprzedniej edycji Champions League była druzgocąca. Trudno mieć żal do Sandro Rosella, że przegapił moment na dokonanie fundamentalnych zmian w zespole. Zazwyczaj trudno go uchwycić w klubie, który ma za sobą najlepszy okres w historii.
Barca dotarła do półfinału Champions League w 2008 roku. Siłą inercji, to był sezon kryzysowy, po którym klub pożegnał się z Ronadinho i Frankiem Rijkaardem. Pep Guardiola stworzył drużynę na nowo, wokół wychowanków: Messiego, Xaviego i Iniesty, którzy zmieniali się w najbardziej kultowych piłkarzy w najnowszej historii piłki. W 2010 roku zajęli całe podium w plebiscycie Złota Piłka.
Barcelona stała się na kilka lat punktem odniesienia dla wszystkich. Bez względu na to, czy ktoś kochał tiki-takę, czy przy niej usypiał, każdy był zmuszony dostrzec, że nikt inny nie odcisnął na futbolu głębszego piętna niż Katalończycy. Wysoki pressing, gra z fałszywym środkowym napastnikiem, śrubowanie rekordów posiadania piłki - o tym wszystkim dyskutowaliśmy z różnym natężeniem od jesieni 2008 roku.
Kiedy zaczął się czas dekadencji? Pep Guardiola dostrzegł go pierwszy, zaczął przestawiać drużynę na grę z trójką obrońców, zauważając, że z przodu rozgrywanie piłki po obwodzie napotyka na coraz większe trudności. Sergio Ramos powiedział kiedyś: "Im więcej grasz z Barceloną, tym lepiej się jej uczysz". Uczyli się wszyscy: jedni szybciej, inni wolniej.
Dla Realu nauka była wyjątkowo bolesna. Mija dokładnie dekada od chwili, gdy ostatni raz "Królewscy" zaszli w Lidze Mistrzów dalej od Katalończyków. Zwycięstwo 6-2 w Madrycie w 2009 roku, triumf 5-0 na Camp Nou w 2010, a także wygrany półfinał Champions League w 2011 naznaczyły erę dominacji Barcy w rywalizacji z najbardziej utytułowanym klubem na ziemi. W ostatnich 12 ligowych meczach obu zespołów Katalończycy wygrali 8 i dwa zremisowali. Poza Chelsea każda drużyna w Europie miała z Barceloną podobny bilans.
Szczytem stał się triumf nad Santosem 4-0 w klubowych mistrzostwach świata w 2011 roku. Od tamtej pory zabiegi Guardioli, a potem jego następców Tito Vilanovy i Gerardo Martina, przestały przynosić realne efekty. Co nie znaczy, że Barca zaliczała sezony bez trofeów - ostatni taki zdarzył jej się w 2008 roku. Od tamtej pory wygrała cztery mistrzostwa kraju, po dwa Puchary Króla, klubowe mistrzostwa świata, okraszając to dwoma triumfami w Champions League. W dodatku oparta na graczach z Katalonii reprezentacja Hiszpanii zaliczyła okres nienotowanej wcześniej dominacji.
To wszystko mogło tylko potęgować nostalgię we wczorajszym meczu z Atletico. Rodacy strącali Barcelonę z piedestału, obnażając większość jej wad, które w minionych kilkudziesięciu miesiącach były maskowane z coraz większym trudem. Gra wolna, przewidywalna, jałowa. Kłopot ze stworzeniem okazji podbramkowej, mimo nieustannego utrzymywania się przy piłce. Tak było w środę między 20. i 90. minutą rywalizacji na Vicente Calderon o półfinał Champions League. Na początku Atletico ruszyło na Barcelonę z takim impetem, jakby chciało ją zetrzeć z powierzchni ziemi. Szczęście dla gości, że Tata Martino nie mógł rzucić ręcznika.
Co dalej? Najbliższego lata klub miał wydać na nowych graczy 100 mln euro, ale kilka dni temu spadł na niego zakaz transferów. Informacje o przepastnych pokładach talentów w La Masia też okazały się przesadzone, ani Vilanova, ani Martino nie wprowadzili do drużyny żadnego piłkarza mogącego śnić o statusie Pique, Pedro, czy Busquetsa, których dla wielkiej piłki odkrył Guardiola.
Stało się coś, co stać się musiało. Barcelony nie ma już w czwórce najlepszych drużyn Europy. Mimo iż jej potencjał zaklęty w nogach Messiego, Neymara i Iniesty wciąż jest ogromny. Wczoraj żaden z nich go jednak nie ujawnił. Największy zawód sprawił Argentyńczyk, który zaledwie kilkanaście dni temu, podczas swojej poprzedniej wizyty w Madrycie, zdobył hat tricka na Santiago Bernabeu.
Barcelona przypomina dziś okręt z dziurawą burtą. Ma kilka dni na odzyskanie równowagi przed finałem Pucharu Króla z Realem Madryt. Zachowuje też szanse na obronę tytułu mistrza Hiszpanii, z tym że nawet jeśli się nie potknie do ostatniej kolejki, gra w niej z Atletico, z którym w pięciu starciach tego sezonu jeszcze nie wygrała. Do wczoraj można było narzekać na formę Barcy, ale pozostawała ona w grze o trzy trofea. W starciu z Atletico straciła szansę na najbardziej prestiżowe. Trudno przewidzieć przyszłość katalońskiego kolosa, ale gdyby nie kara FIFA, apel Pique sprzed 12 miesięcy zostałby z pewnością wcielony w życie.
Wypada jednak zachować szacunek dla wysiłku Atletico. W tym, co się wczoraj stało, więcej jest jego zasługi niż winy Katalończyków. Drużyna Diego Simeone gra na dwóch frontach, z kadrą szczuplejszą, niż ma jakikolwiek klub na tym poziomie. Nawet w półfinale Champions League nie będzie jednak bez szans. Z taką wiarą w siebie i organizacją gry można patrzeć na europejski szczyt.
Więcej o hiszpańskiej piłce czytaj na blogu Dariusza Wołowskiego ?
Najlepsze zdjęcia 1/4 finału LM! Messi i Neymar bez twarzy, a Bayern bez trybun