Liga Mistrzów. Ile wart jest Klopp. A ile Mourinho

Miniony wieczór w Lidze Mistrzów znów przypomniał mi, że jeśli predator w typie Garetha Bale'a chodzi po sto baniek, to wielkie kluby powinny płacić grube miliony również za zwierzęta trenerskie - pisze na swoim blogu "A jednak się kręci" Rafał Stec, dziennikarz "Gazety Wyborczej" i Sport.pl.

Powiecie, że oni jednak nie grają? Zbigniew Boniek na pewno by tak powiedział... Widzieliśmy jednak przed kilkoma chwilami, że najbardziej niebezpieczny na boisku w Dortmundzie był bohater zbiorowy, znany pod urokliwym niemieckim nazwiskiem "Gegenpressing". Kiedy on zadziała, to Borussia może sobie rzucić do boju Kirchów, Jojiciów, Friedrichów i innych nowicjuszy, którzy Ligę Mistrzów znali niedawno tylko z telewizora, a Real Madryt - ta ciężkozbrojna superprodukcja z budżetem "Avatara" - i tak zblednie, ocaleje w sporej mierze dzięki źle ułożonej stopie Henricha Mchitarjana, będzie drżał o wynik po ostatnią sekundę dwumeczu. Dortmundzki system gry według projektu Jurgena Kloppa funkcjonował perfekcyjnie, zaciął się tylko jeden trybik - właśnie kompletnie rozregulowany celownik ormiańskiego atakującego. I jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, to tegoroczne 2:0, które oznaczało rozstanie z LM, nie było wcale mniej imponujące niż ubiegłoroczne 4:1, które dało awans do finału.

A José Mourinho? O nim aż strach pisać, bo hejterzy w każdym, nawet najbardziej na zimno podanym zdaniu, wywęszą poddańczy hołd, a fanatyczni wyznawcy - czołobitność skandalicznie niewystarczającą, zakrawającą na afront. Pierwsi będą stękać o "wielkich transferowych wydatkach" (to już prawie oskarżenie o nieetyczność) albo szczęśliwych losowaniach, na których cwaniacko korzysta, drudzy będą wrzeszczeć, że nawygrywałby jeszcze więcej, gdyby nie spisek sędziów i w ogóle wszystkich tajnych sił tego świata. Ale podstawowe fakty przemawiają do wyobraźni - on właśnie wprosił się do piątego z rzędu półfinału Champions League. W trzecim kolejnym klubie. Wiosna 2010 - wprowadza tam Inter Mediolan, z którym jego poprzednicy seryjnie odpadali mniej więcej na pułapie w 1/8 finału. Wiosny 2011, 2012, 2013 - wprowadza tam Real Madryt, który przed jego przyjściem obrywa w 1/8 finału w sześciu kolejnych edycjach, i to obrywa od średniaków jak Lyon, albo obrywa boleśnie, na miarę 0:5 z Liverpoolem. Wreszcie wiosna 2014 - wprowadza tam Chelsea - owszem, dobrze pamiętającą jeszcze triumf w tych rozgrywkach, ale w poprzednim sezonie wykopaną już w fazie grupowej.

W każdym z tych miejsc pracował w kompletnie odmiennych okolicznościach. Najpierw miał firmę pośmiewisko (w Europie, w kraju rządziła), którą reorganizował totalnie, ale nikt od niej cudów nie oczekiwał, porażki stały się mediolańczyków drugą naturą, jak to bywa z przyzwyczajeniami. Potem uczestniczył w wojnie domowej (sam też bywał prowodyrem) w klubie, który stać na wszystko. Teraz znów zarządza szatnią umeblowaną na bogato, ale pełną młodzieńców dopiero aspirujących, z ewidentnymi kadrowymi brakami (środek ataku). Bywa lepiej, bywa gorzej, ale poziom Mourinho trzyma. Poziom półfinału.

W Champions League rywalizuje po raz 10. w karierze. W półfinale jest po raz 8. Takiego trenera jeszcze futbol nie widział.

Czy to sensowne kryterium oceny jego kompetencji? Oszacujcie sami, w każdym razie piłkarz, który kluby - wyłącznie cholernie bogate! - zmienia jeszcze częściej niż Mourinho i jest najdroższym w historii - zsumowując wszystkie kwoty transferowe - nie może o takiej regularności nawet pomarzyć. Zlatan Ibrahimović w Lidze Mistrzów wystartował po raz 14. Półfinału posmakował raz.

Posmakował go zresztą pod butem szefa, którego serdecznie nie znosił - Pepa Guardioli. Katalończyk też idzie po rekord. Jeśli piłkarze Bayernu wyeliminują dziś Manchester United, to w piątym sezonie trenerskiej kariery w półfinale Champions League wystąpi po raz piąty?

Więcej refleksji futbolowych Rafała Steca znajdziesz na blogu "A jednak się kręci".

Więcej o: