Startuje Champions League. Komu zależy na Lidze Mistrzów

Rok temu trudno było sobie wyobrazić finał bez Realu Madryt i Barcelony, ale Puchar Europy niespodziewanie zdobyła Chelsea, która pokonała Bayern Monachium. Jeśli 25 maja 2013 roku na Wembley również zabraknie hiszpańskich gigantów, będzie sensacja. Relacje z wtorkowych meczów LM w sport.pl od 20.45

To mogło się zdarzyć tylko w Madrycie, te słowa mógł wypowiedzieć tylko José Mourinho. Jeszcze zanim piłkarze wrócili z urlopów, trener Realu ogłosił, że głównym celem jego zespołu nie jest obrona mistrzostwa Hiszpanii, lecz zdobycie Pucharu Europy.

Naśladowców nie znajdziemy, triumf w kraju za priorytetowy uznali w Manchesterze City, Manchesterze United, Chelsea, Bayernie i PSG. Zawodnicy Realu wystartowali w lidze tak, jakby ze słów szkoleniowca wywnioskowali, że są to rozgrywki nieważne. Po czterech kolejkach tracą do Barcelony osiem punktów.

Gdyby Real dziesiąty raz wygrał Puchar Europy, kibice wybaczą mu wszystko. "La Décima" jest dla "Królewskich" tym, czym dla Barcelony był pierwszy triumf w tych rozgrywkach w 1992 r., czym dla Interu było odzyskanie trofeum po 45, a dla Manchesteru - po 31 latach. Obsesją.

Mourinho dodatkowo bierze udział w wyścigu indywidualnym. Jeśli zatriumfuje na Wembley, zostanie pierwszym szkoleniowcem, który wygrał PE z trzema klubami (wcześniej z Porto i Interem) oraz dogoni Boba Paisleya - jedynego trenera, który cieszył się z trofeum trzy razy (z Liverpoolem).

Faworytem ogłosił Real...

Arrigo Sacchi, trener Milanu z przełomu lat 80. i 90., który jako ostatni trofeum obronił. Włoch pracował także w Madrycie, ale później wielokrotnie krytykował klub i prezesa Florentino Pereza. Jeśli mówi, że "to powinien być rok Realu", naprawdę tak myśli.

W poprzedniej edycji "Królewscy" również uchodzili za jednego z głównych faworytów, ale z zastrzeżeniem, że na ich drodze nie stanie Barcelona, bo brakowało empirycznych dowodów, że mogą pokonać Katalończyków w dwumeczu. W ostatnich miesiącach nie dość, że się udało, to jeszcze triumfowali na Camp Nou. Madryt uznał nawet, że kończy się "era Barcelony" i zaczyna "era Realu", ale chyba się pośpieszył. Kilka lat temu drużyna Pepa Guardioli wbijała do bramki Ikera Casillasa sześć i pięć goli. Drużyna Mourinho na razie wygrywa minimalnie, nikomu nie przyjdzie do głowy, by stawiać ją wśród najlepszych w historii. Hiszpanie powinni tak naprawdę ogłosić pierwszą "erę El Clásico". Wcześniej tłuste lada jednych, zazwyczaj zbiegały się z chudziutkimi drugich. Gdy Barca triumfowała w Champions League w 2006 i 2009 r., Real kombinował, jak przedrzeć się do ćwierćfinału. Kombinował siedem lat. Na przełomie wieków piłkarze w białych koszulkach trzy razy podnosili trofeum, a Katalończycy trzy razy z rzędu nie dobili do podium w kraju. Dziś finał LM bez hiszpańskiej drużyny byłby sensacją, a rozbicie madrycko-barcelońskiego duopolu w lidze - sensacją nie z tej ziemi.

Bukmacherzy większe szanse dają Barcelonie, bo jest niesamowicie regularna. W ostatnich siedmiu latach sześć razy dotarła do półfinału. Grała w nim nawet upadająca drużyna Franka Rijkaarda, ze schodzącym ze szczytów światowego futbolu Ronaldinho.

Tym razem Katalończycy startują jednak z olbrzymim worem wątpliwości. Guardiola był dla podwładnych idolem z dzieciństwa, którego plakat wieszali nad łóżkiem. Potrafił porwać szatnię, przed finałem LM w 2009 r. przyrządził piłkarzom motywacyjny film z fragmentami "Gladiatora" Ridleya Scotta. Tito Vilanova był wtedy człowiekiem od taktyki.

Teraz ma nie tylko pokazać piłkarzom, w jaki sposób powinni przesuwać się po boisku, ale także zdecydować, kogo odesłać na ławkę i natchnąć pierwszą jedenastkę. Wiosną za rywali może mieć drużyny napędzane słowami Alexa Fergusona (2 triumfy w LM), Carlo Ancelottiego (2) i Juppa Heynckesa (1). A przecież to trenerski żółtodziób, który w dodatku pierwszy test - Superpuchar Hiszpanii z Realem - oblał. Cudów nowy szkoleniowiec zresztą nie obiecuje, sezon uzna za udany, jeśli wygra ligę albo Puchar Europy. W Madrycie takimi deklaracjami kariery by nie zrobił.

Hiszpańscy giganci teoretycznie najbardziej powinni

obawiać się Anglików i Włochów,

bo w ostatnich ośmiu latach reprezentanci Premier League triumfowali trzy razy, a zespoły z Serie A - dwa, ale to tylko teoria. Włosi zrobili wiele, by przestać ich zaliczać do najsilniejszych zespołów kontynentu, ich drużyny zmagają się problemami, których inne wielkie firmy nie doświadczają. Jeśli nie potraficie sobie wyobrazić dziesięciomiesięcznej dyskwalifikacji za korupcję dla trenera Chelsea Roberto Di Matteo albo Bayernu Monachium pozbywającego się Ribery'ego, Robbena i Gomeza, pomyślcie o ukaranym trenerze Juventusu Antonio Conte, który na ławce w tym sezonie nie usiądzie, oraz o Milanie, sprzedającym Zlatana Ibrahimovicia i Thiago Silvę. Jeśli drużyna z Serie A wygra LM, William Hill wypłaci 12 funtów za każdego postawionego. Za triumf zespołu z francuskiej Ligue 1 tylko funta więcej. We Włoszech nikomu nie przyjdzie do głowy, by LM ogłosić rozgrywkami priorytetowymi.

Gdyby brać pod uwagę ostatni sezon, osłabli także Anglicy, bo najsilniejsze w kraju zespoły z Manchesteru kończyły rozgrywki na trzecich miejscach w grupie, razem z Olympiakosem i Viktorią Pilzno, a do ćwierćfinału dotarła tylko jedna drużyna z Wysp. Trwały kryzys wieścić jednak trudno, triumfująca w poprzednim sezonie Chelsea jest dziś silniejsza niż w maju, wpadki Manchester wynikały z błędów Alexsa Fergusona, który uważał, że do 1/8 finału awansują nawet rezerwy United, oraz braku doświadczenia debiutującego City. Teraz trener MU obiecuje, że w LM zagra galowa jedenastka, a mistrzowie kraju rośli przez cały poprzedni sezon. Być może nie dorośli na tyle, by dwa razy pobić w grupie Real, ale łatwego wieczoru gwiazdy Madrytu na Ettihad Stadium nie przeżyją.

Potwierdza to sam Mourinho. Gdy okazało się, że Real zmierzy się z mistrzami Anglii, Niemiec (Borussia Dortmund) i Holandii (Ajax), mówił, że najlepsi z tej grupy dotrą do fazy pucharowej w gorszej kondycji od pozostałych 14 drużyn. Piłkarze mają czuć wysiłek w nogach i głowach, bo siła rywali wyklucza rotowanie drużyną.

On naprawdę myśli o wszystkim, naprawdę postanowił, że trzeci raz wygra Champions League. Skoro wcześniej obiecywał, że odbierze mistrzostwo najlepszej drużynie ostatniego dwudziestolecia, i słowa dotrzymał, dlaczego teraz miałoby mu się nie udać?

Więcej o: