We wtorek startuje Liga Mistrzów. Barcelona obsesją reszty świata

Nie wiadomo, czy trudniejsze zadanie czeka Katalończyków, celujących w trzecie w ostatnich czterech latach zwycięstwo w Champions League, czy Real, Manchester United i Chelsea, które chcą wreszcie fantastyczną ekipę z Camp Nou pokonać.

Tysiące fanów nie może się mylić. Wejdź na Facebook.com/Sportpl ?

Najładniej kopiącą piłkę drużyną w historii ogłosiły już Barcelonę najtęższe futbolowe głowy. Argumentują, że w takim stylu nie wygrywał Real Alfredo di Stefano z lat 50. ani nawet Ajax Johana Cruyffa w latach 70. Gdyby jednak porównać gabloty z trofeami, zespołowi Pepa Guardioli wciąż dużo do legendarnych ekip brakuje. Katalończycy nie zdołali nawet obronić trofeum, które Real wygrywał pięć, a Ajax trzy razy z rzędu.

Jeśli w maju na Allianz Arena Puchar Europy znajdzie się nad kudłatą głową kapitana Carlesa Puyola, wątpliwości będzie mniej. Od 1992 r., gdy UEFA dokonała odkrycia na miarę wynalezienia koła i powołała do życia Ligę Mistrzów, nikt rok po roku najlepszą drużyną Europy nie został, ale dla Barcelony byłby to trzeci triumf w ostatnich czterech latach.

Słabe punkty w szatni mistrzów Hiszpanii znaleźć trudno. Trudniej niż rok temu. Wtedy Barca piłkarzy wymieniała (Villa za Ibrahimovicia, Mascherano za Toure), teraz eksportowała rezerwowych (Krkić, Suarez, Milito), a dokupiła gwiazdy. Sprowadzony z Udinese Alexis Sánchez na rozszyfrowanie sposobu gry kolegów potrzebuje czasu. Odzyskany z Arsenalu Cesc Frbregas szybko przypomniał sobie szczenięce czasy, gdy trenerzy juniorów Barcelony prosili go, by ze stoperem Gerardem Pique chronili malutkiego Leo Messiego. Frbregas twierdzi, że przez osiem lat w Anglii z 2000 meczów Barcelony widział 1998.

Szansa na pokonanie katalońskich gwiazd byłaby większa, gdyby jej obwieszony medalami, wychwalany przez trenerskie autorytety szef przestał się rozwijać. Ale Guardiola, choć wmawia mu się, że stworzył maszynę idealną, latem jeszcze ją udoskonalił. W pierwszym meczu ligowym zrezygnował z ustawienia 4-3-3 i przeszedł na 3-4-3. O wielkiej rewolucji nie ma mowy, to taktyka wyjęta z kajetu Cruyffa, który stosował ją na początku lat 90. U Guardioli za defensywę odpowiadali jednak lewy obrońca Eric Abidal i... defensywni pomocnicy Busquets i Mascherano, ustawieni na środku i prawej stronie, a Barcelona rozniosła 5:0 grający w LM Villarreal. Rinus Michels i Stefan Kovacs, twórcy futbolu totalnego, który doprowadził do sukcesów Ajax i reprezentację Holandii, pewnie byliby Barceloną zachwyceni.

Szanse na pokonanie obrońców tytułu wydają się jeszcze mniejsze, bo nawet jeśli szatnię drużyny Guardioli nawiedzi zaraza, trudno będzie ją zatrzymać. A przecież już w ostatnich sezonach wydawało się to niemożliwe. Przez trzy lata Katalończycy przegrali w LM tylko jeden dwumecz. Dwa lata temu przez wybuch wulkanu Eyjafjoell podróżowali na półfinał z Interem autobusem i ulegli 1:3. W rewanżu zdołali wbić rywalom tylko jednego gola.

Europejscy mocarze stają więc na głowie, by "coś" na Barcelonę wykombinować.

Gdy Alex Ferguson przegrał z Barceloną ostatni finał, ogłosił, że lepszej drużyny w czasie 26-letniej pracy w Manchesterze United nie widział. Choć w maju różnica między zespołami była gigantyczna, Szkot na pewno się nie podda. W 1988 r. powiedział, że United zdobędzie więcej mistrzostw kraju od Liverpoolu, choć miał ich wtedy ledwie 7, a najwięksi rywale 17. Słowa dotrzymał w maju, gdy kibice cieszyli się z 19. tytułu.

Trener MU od lat powtarza, że trzy Puchary Europy to za mało na tak potężny klub. - Alex chce zostać najlepszym trenerem w historii. Pokonanie Barcelony jest teraz jego największym wyzwaniem - mówi Sam Allardyce, trener West Hamu, kumpel szkockiego szkoleniowca, i tłumaczy, że wielką zaletą sir Aleksa jest to, że zawsze wie, kiedy przebudować drużynę.

Latem Ferguson uznał, że znów nadszedł czas na zmiany. Dwa tygodnie temu w pierwszej jedenastce, która rozbiła Arsenal 8:2, zagrało tylko dwóch piłkarzy z majowego finału LM.

Nową drużynę stworzył też trener Realu José Mourinho. Hiszpańscy dziennikarze twierdzą, że tak silnej kadry Santiago Bernabeu jeszcze nie widziało. Gdyby nie wielki rywal z Katalonii, madrytczycy byliby faworytem LM. Dziesiąty Puchar Europy to mania szefa Realu Florentino Pereza, o swoim trzecim triumfie marzy też portugalski trener, który wcześniej wygrywał z Porto i Interem.

Mourinho nauczył już zespół, jak nie przegrywać z Barceloną (poległ w dwóch z sześciu tegorocznych spotkań), więc w finale nie byłby bez szans. Trudniej wyobrazić sobie, że Real pokona największego rywala w drodze do Monachium. Ostatni raz lepszy bilans w ligowych El Clasico wypracował w sezonie 2007/08, dwa tegoroczne dwumecze z największym rywalem przegrał.

Zwycięstwa w LM pragnie też właściciel Chelsea Roman Abramowicz. "Pragnie" to mało powiedziane. Po odejściu Mourinho, średnio raz na rok zwalnia trenera, aż w ubiegłym sezonie ostatecznie stracił wiarę, że sukces osiągnie drużyna oparta na Johnie Terrym, Franku Lampardzie i Didierze Drogbie. Rzucił na piłkarzy aż 137 mln funtów (najwięcej z faworytów) i na szefa nowej Chelsea mianował André Villasa-Boasa, uważanego za najzdolniejszego trenera w Europie. Wychowanek Mourinho mówi, że gdyby nie wierzył w pokonanie Barcelony, zająłby się czymś innym.

Mocarze skupiają się na pokonaniu hegemona, mało kto pamięta, że na zwycięstwo w najważniejszych europejskich rozgrywkach czekano na Camp Nou przez dziesięciolecia. Tylko Guardiola upiera się, że niezależnie od tego, ile jego drużyna zdobędzie pucharów, nie może się równać z katalońskim "Dream Teamem", który w 1992 r. wygrał Ligę Mistrzów pierwszy raz.

Kto wygra Ligę Mistrzów?
Więcej o: