Nieco inna koncepcja trenera Górnika Zabrze

- W klubie przyjęto model niemiecki, w którym strategia jest wyznaczana przez zarząd i dyrektora sportowego. Ja czuję się odpowiedzialny za to, żeby wydobyć z zawodników to, co w nich najlepsze. Plany szkoleniowe, czy treningi to już absolutnie moja domena - mówi Adam Nawałka, szkoleniowiec zabrzańskich piłkarzy.

Górnik rozpoczął sezon od porażki na własnym boisku ze zbudowaną za wiele milionów złotych Polonią Warszawa (0:2). Nastroje kibiców radykalnie poprawiły się już po drugiej kolejce, bo górnicy niespodziewanie pokonali na wyjeździe mocne Zagłębie Lubin (2:1).

Maciej Blaut: Czy w Lubinie Górnik zaprezentował się już tak, jak Pan tego oczekuje?

Adam Nawałka, trener Górnika: Absolutnie nie! Widzę, że niektórzy już podnoszą z radości ręce do góry, ale to dopiero początek. Byłoby wielkim błędem gdybyśmy już uznali, że dysponujemy kadrą, która gwarantuje zdobycz punktową w każdym meczu. Mówiłem, że nasz zespół potrzebuje jeszcze trochę czasu i zdanie podtrzymuję.

Na co stać Górnika w tym sezonie?

- Wygrany ostatni mecz to sygnał, że coś drgnęło i że stać nas na robienie postępów. Celem postawionym przez zarząd jest bezpieczne utrzymanie się w lidze. Wiadomo, że chcemy być jak najwyżej w tabeli, ale trzeba mieć pokorę. Moim zdaniem o sile poszczególnych zespołów stanowią umiejętności 17-tego, 18-tego, a nawet 23-ciego zawodnika w kadrze. U nas nie wygląda to jeszcze tak, jakbym tego oczekiwał.

Gdy Allianz przejmował Górnika zapowiedziano, że zabrzańscy piłkarze w 2012 r. będą walczyć o mistrzostwo Polski. To już w przyszłym sezonie...

- Te plany to już historia. Trzeba trzeźwo spojrzeć na obecną sytuację. Górnik jest teraz w innej rzeczywistości, ale oczywiście nie możemy wykluczyć żadnego scenariusza.

Jak się układają Pana relacje z dyrektorem sportowym Tomaszem Wałdochem?

- Z naszej współpracy jestem zadowolony. Tomek jest człowiekiem, który chce się jak najlepiej wywiązać ze swojej roli i pomaga w realizacji moich planów szkoleniowych.

Pomaga czy wydaje polecenia?

- W klubie przyjęto model niemiecki, w którym strategia jest wyznaczana przez zarząd i dyrektora sportowego. Ja czuję się odpowiedzialny za to, żeby wydobyć z zawodników to, co w nich najlepsze. Plany szkoleniowe, czy treningi to już absolutnie moja domena.

Nie jest dla Pana frustrujące, gdy widzi miejsce w drużynie dla jakiegoś piłkarza, a dostaje zupełnie innego?

- Decyzje w sprawie przeprowadzanych przez klub transferów generalnie należą do dyrektora sportowego, a akceptowane są przez zarząd. Moim obowiązkiem i misją jest maksymalnie wykorzystać powierzony mi "materiał". To normalne, że trenerzy nie zawsze dostają takich zawodników, jakich chcą. Trzeba to respektować.

Wielu było zawodników, których Pan chciał, a klub ich nie sprowadził?

- Moja wizja budowy drużyny była nieco inna niż dyrektora. To jednak taki twórczy niepokój, tym bardziej, że w wielu przypadkach nasze propozycje transferów się pokrywały.

Nie boi się Pan, że w polskiej rzeczywistości za ewentualne złe wyniki jako pierwszy rozliczany będzie trener, a nie dyrektor?

- Oczywiście, że tak - nie ma co idealizować. Wiadomo, że jak nie ma wyników, to trener jest winny.

Podoba się Panu nowy model organizacji Górnika?

- Jeszcze go nie ocenię, bo dotąd go nie przerabiałem. W klubach w których wcześniej pracowałem, decyzje transferowe podejmowali trener i prezes.

Latem głośno było o odstawieniu od pierwszej drużyny Górnika Damiana Gorawskiego, Roberta Szczota, Przemysława Pitrego i Pawła Strąka. Przychylał się Pan do decyzji o pożegnaniu się z tymi zawodnikami?

- Moja opinia, co do tej czwórki była inna. Widziałem jeszcze możliwości wykorzystania ich dla Górnika. Klub miał jednak inną strategię, a ja to uszanowałem.

Słynie Pan ze stawiania na młodych graczy. Tymczasem do zespołu dołączyło niedawno dwóch 34-latków.

- Rzeczywiście, lubię dawać szansę młodym zawodnikom. Wierzę, że Rafał Pietrzak czy Michał Jonczyk pokażą się na tyle dobrze na treningach, że wkrótce dadzą mi szansę powołania ich do meczowej osiemnastki. Z obecnością w Górniku Michała Bembena i Piotra Gierczaka się to jednak nie kłóci, bo choć to doświadczeni zawodnicy, to są ambitni i wciąż chcą coś osiągnąć w futbolu. Obaj stanowią też dobry przykład dla naszej młodzieży.

Jak układa się Panu współpraca z nowym skautem Górnika Arturem Płatkiem?

- Bardzo dobrze, wręcz wzorcowo. Często w trójkę, wraz z dyrektorem sportowym, wymieniamy poglądy na temat gry zawodników, którzy są już w klubie jak i tych, którzy mają do niego trafić.

W ostatnim meczu pięknego gola strzelił Tomasz Zahorski. Jest szansa, że ten piłkarz wróci do reprezentacyjnej formy?

- W czasie kiedy byłem asystentem Leo Beenhakkera, Tomek był powoływany do kadry. Kontuzja trochę przeszkodziła mu w rozwoju. Wiem jednak, jak go poprowadzić. Już wiosnę miał przecież bardzo dobrą. Myślę, że będzie naszą lokomotywą i siłą napędową w ofensywie.

W Górniku są jeszcze jacyś inni zawodnicy, którzy, Pana zdaniem, mogą trafić do reprezentacji?

- Tak, ale nie powiem którzy. Mam nadzieję, że Franek Smuda sam ich dostrzeże.

Jeszcze w ubiegłym sezonie wielkie kontrowersje wzbudziła Pana decyzja o zarządzeniu w Górniku tzw. ciszy medialnej. Z dzisiejszej perspektywy uważa Pan to za błąd?

- Wręcz przeciwnie - to było bardzo dobre posunięcie. Podejmowałem tę decyzję z ciężkim sercem, bo zdawałem sobie sprawę, że utrudniam pracę dziennikarzom, ale tego wymagała wtedy sytuacja. O Górniku było wówczas bardzo głośno. Najpierw z pozytywnej strony, gdy rozpoczynaliśmy pracę, a potem, po porażce z Sandecją Nowy Sącz, spadła na nas fala krytyki. Dodam zresztą, że słusznej. Piłkarze mieli się wyciszyć i tak się stało. To właśnie po tej ciszy zdecydowanie "odjechaliśmy" rywalom.

Co Pan sądzi o decyzji Canal +, który nie będzie transmitował na żywo Wielkich Derbów Śląska?

- Ktoś się pomylił i to znacząco. Ja o meczu z Ruchem Chorzów jeszcze nie myślę. Wcześniej czekają nas przecież spotkania z Arką Gdynia i z Wisłą Płock w Pucharze Polski.

Miał Pan latem ofertę powrotu do GKS-u Katowice?

- Nie chcę mówić na ten temat. Jestem trenerem Górnika i to się dla mnie liczy najbardziej. Z Katowic mam wspaniałe wspomnienia. Trenerzy i piłkarze wykonali tam niesamowitą robotę. Swój kontrakt zrealizowałem do końca, a drużynę zostawiałem, gdy ta była w grupie zespołów z szansami na awans.

Gdy odchodził Pan z Katowic, pojawiły się głosy żalu, że zabiera Pan ze sobą nie tylko asystentów, ale także fizjoterapeutę i ważnego zawodnika.

- Ci, którzy odeszli chcieli po prostu ze mną dalej współpracować. Na pewno nie miałem pomysłu, aby próbować coś mieszać w GKS-ie. Powiem więcej: o wiele większa grupa zawodników chciała przyjść ze mną do Górnika. Uznałem jednak, że nie jest jeszcze na to właściwy czas. Mam jednak nadzieję, że z niektórymi z nich będę w przyszłości współpracował.