Radni Wodzisławia: Odra jest słabym partnerem w rozmowach

- Działacze klubu przyszli kompletnie nieprzygotowani. Byliśmy świadkami tarć pomiędzy nimi, a dodatkowo odpowiedzialność próbuje się przerzucić na nas. Na miłość boską, nie tędy droga! - nie dowierzał Lech Litwora, przewodniczący Rady Miasta Wodzisławia, po wizycie działaczy Odry w magistracie.

"Ponad godzina rozmów i żadnego efektu" - takimi słowami podsumował Litwora wczorajsze spotkanie przedstawicieli pierwszoligowego klubu z szefami komisji rady miasta oraz prezydentem. Klubowi działacze mieli przedstawić program naprawczy po spadku z ekstraklasy, a to z kolei miało być impulsem do uruchomienia określonych form pomocy klubowi w oparciu na budżecie miasta. Póki co nic z tego nie wyszło.

Zamiast prezentacji spójnego planu działania wizyta w magistracie zamieniła się w przepychanki słowne pomiędzy reprezentantami polskiej oraz czeskiej strony działającymi w wodzisławskim klubie. Jedni publicznie domagali się spłaty wynoszących 1,5 mln zł zobowiązań z tytułu niezrealizowanej umowy marketingowej z czeską firmą Albresa, drudzy przekonywali, że zapisy kontraktu reklamowego miały być realizowane nie poprzez bezpośrednie finansowanie, a pozyskiwanie do klubu innych reklamodawców. - Brak mi słów. I tak ma wyglądać odbudowywanie Odry? - dziwił się prezydent Wodzisławia Mieczysław Kieca.

Sytuacja Odry po degradacji rzeczywiście jest fatalna. Nieoficjalnie mówi się kilkumilionowej dziurze w kasie klubu. Na pomysł dokapitalizowania spółki poprzez emisję nowych akcji nie ma zgody ze strony czeskich udziałowców. Dodatkowo w tle cały czas przewija się tzw. dług Połczyńskiego i związana z nim prawdopodobna licytacji akcji przez komornika.

Radni przekonywali, że w takiej sytuacji trudno będzie udzielić klubowi pomocy. - Nie możemy wyrzucać pieniędzy w błoto! Bez zgody między udziałowcami nie da się niczego uzdrowić - twierdzi Litwora. Po godzinie debaty udzielono głosu także członkowi stowarzyszenia kibiców, co... szybko spowodowało zakończenie zebrania. Powód? - Zapytaliśmy tylko pana prezydenta, w jaki sposób szukał inwestorów podczas swoich wycieczek do Turcji czy Szwecji, a jako przykład podaliśmy urzędników z Olsztyna, którzy wystosowali ponad 200 ofert inwestycyjnych do firm. Nie wiedzieć czemu w tym momencie wszyscy opuścili salę - wyjaśnia Łukasz Chrząszcz ze SSOW.

Przedstawiciele władz miasta byli oburzeni argumentacją sympatyków Odry. - Kto wami steruje? - pytali. - Szkoda, że kibice zamienili swoje wystąpienie w wycieczki personalne pod moim adresem - kręcił głową Kieca. Prezydent podtrzymuje, że los Odry nie jest mu obojętny. - Gdyby nie zależało mi na klubie, dziś mógłbym triumfować: "Hurra! Nie ma zgody!". Jest inaczej. Ale do współpracy potrzeba dwóch stron. Za trzy miesiące mam złożyć projekt budżetu zakładający plany inwestycyjne. Naprawdę zostaje niewiele czasu na wypracowanie kompromisu - dodaje.

Co na to działacze Odry? - Stracony czas. Dalej nic się nie zmienia - rzucił tylko Andrzej Surma, pełnomocnik czeskiego udziałowca, firmy Rovina. Czesi podobno nawet nie oczekują finansowej pomocy z miasta. - Dla nich ważniejsze jest uzyskanie większości udziałów w Odrze - mówi przewodniczący rady nadzorczej spółki Odra SA Andrzej Rojek, drugi z akcjonariuszy, dysponujący 20-proc. pakietem. Sam też przyznaje, że spodziewał się takiego scenariusza wizyty w UM. - Mam wrażenie, że miasto potrzebowało postawić się w roli mentorów i wykazać, że w klubie istnieje konflikt, by w ten sposób mieć alibi przed zbliżającymi się wyborami - kończy rybnicki biznesmen.