Sport.pl+

Polska podłącza się pod globalny trend. Nowa moda w Ekstraklasie

Michał Trela
Terry Yegbe
Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl

Choć Francja od trzech dekad jest wielkim, globalnym eksporterem piłkarzy najwyższej klasy, Polska długo nie miała zasobów, by korzystać z bogactwa jej systemu szkolenia. Ostatnie lata to zmieniły. Co świadczy także o tym, że Ekstraklasa chce nadążać za światowymi trendami taktycznymi - pisze Michał Trela w ramach wtorkowego "Stanowiska komentatorskiego".

Pierwszy Francuz, który przyjechał do Polski grać w piłkę, wyprzedzał epokę. Pozostał w Ekstraklasie niezrozumiany i kojarzy się głównie jako ten, który zaprzepaścił szansę wielkiej Wisły Kraków na podbicie Europy. Angelo Huguesa traktowano jako fanaberię Henryka Kasperczaka, przesiąkniętego Francją ówczesnego trenera Białej Gwiazdy. Jego drużyna jeździła do Francji na obozy, tam rozgrywała sparingi. Nie oponowano więc, gdy pewnego dnia przywiozła stamtąd bramkarza, choć akurat w Polsce fachowców w tej dziedzinie nie brakowało. 36-latek świetnie grał nogami, potrafił wychodzić za pole karne, asekurując wysoko grającą obronę, co wówczas było szczytem awangardy. Ale nie najlepiej bronił. Gdyby nie jego błędy, być może Wiśle udałoby się wyeliminować Lazio z Pucharu UEFA w sezonie 2002/2003.

Przez kolejne dwie dekady piłkarze z tego kraju byli w Polsce co najwyżej ciekawostkami. Lwia część transferów między klubami z Ekstraklasy a Ligue 1 czy Ligue 2 dotyczyła polskich zawodników wracających z emigracji. Cudzoziemcy z tej części kontynentu rzadko trafiali do Polski. A gdy już im to się zdarzało, raczej nie robili furory. Znamienne, że gdy Wisła dekadę temu otwierała się szeroko na rynek hiszpański, zaczynając trwającą od tego czasu modę na tę piłkarską nację, równolegle pozyskała też Francuza Hugo Videmonta, który jednak zaaklimatyzował się znacznie gorzej niż Carlitos czy Jesus Imaz. I akurat w tej kwestii krakowski klub nie znalazł wówczas naśladowców.

Odkrycie nowego rynku

Ostatnie lata przynoszą jednak ewidentną zmianę trendu. Wprawdzie wciąż najbardziej pożądaną nacją w polskiej piłce pozostają Hiszpanie, których jest w Ekstraklasie ponad dwudziestu, ale przyrost liczby Francuzów sugeruje, że już wkrótce hiszpańska hegemonia może być zagrożona. Jeszcze trzy lata temu w najwyższej polskiej lidze nie było ani jednego piłkarza z Francji. W sezonie 2023/2024 było ich trzech, a rok później już jedenastu. Dziś taka liczba daje już Francuzom czwarte miejsce wśród najliczniej reprezentowanych zagranicznych nacji w Ekstraklasie. Przy czym Portugalczycy i Chorwaci wyprzedzają ich bardzo nieznacznie. Polscy dyrektorzy sportowi i prezesi zaczynają zakochiwać się w kolejnym rynku.

Na razie nie było jednego transferu z Ligue 1 czy Ligue 2, który "hurtowo" otworzyłby oczy klubom na ten rynek, jak kiedyś Maor Melikson uświadomił Polakom, że dobrych piłkarzy można znaleźć w Izraelu, a Nemanja Nikolics, że na Węgrzech. Było za to kilka ciekawych i obiecujących ruchów, które drążyły skałę. Lech Poznań właśnie zaszalał na rynku transferowym, kupując z Metz Ghańczyka Terry’ego Yegbego. Jagiellonia Białystok największe sukcesy w historii oparła (dosłownie) na Afimico Pululu, który uczył się grać w piłkę we Francji. A Górnik Zabrze zarobił miliony, promując Ousmane’a Sowa, Senegalczyka wychowanego we Francji. Naśladowców więc nie brakuje i teraz już praktycznie każde okienko przynosi nowych graczy z rynku francuskiego. Dotyczy to nie tylko największych klubów, ale też beniaminków. Wisła Kraków po awansie wzmocniła się francuskim obrońcą i skrzydłowym, a Śląsk Wrocław napastnikiem.

Globalny obieg

Ten trend świadczy o silniejszym dołączeniu polskiej ligi do globalnego obiegu. W czasach, gdy Ekstraklasa wzmacniała się głównie Czechami i Słowakami, kluczowymi czynnikami, oprócz ceny, była bliskość kulturowa i geograficzna. Z kolei wyjazdy na Bałkany pozwalały sięgać po piłkarzy wciąż łatwo aklimatyzujących się w Polsce, ale za to często lepiej wyszkolonych technicznie i obdarzonych świetnym sportowym charakterem. Hiszpanie i Portugalczycy przynosili większe ryzyko problemów z aklimatyzacją, ale za to byli obietnicą podnoszenia poziomu technicznego polskiej ligi. Francuzi (i gracze we Francji wychowani) są aktualnie najbardziej rozchwytywaną europejską nacją, bo najlepiej potrafią połączyć wszystkie te cechy. I z wydajności tamtejszego systemu szkolenia garściami czerpią także najlepsi.

Według danych CIES Football Observatory, poza Francją gra aktualnie blisko 1300 piłkarzy stamtąd. To najwyższy wynik w Europie i drugi na świecie po Brazylii. Anglia i Hiszpania razem wzięte nie mają poza granicami tylu zawodowych piłkarzy. Co jednak najważniejsze, Francuzi, sami mając ligę zaliczaną do czołowych pięciu globu, masowo eksportują do innych wielkich rozgrywek europejskich. Na różnych szczeblach we Włoszech gra ich blisko setka, w Anglii i Hiszpanii po przeszło siedemdziesięciu, a w Niemczech ponad sześćdziesięciu.

Zobacz wideo Dziś to wyblakły klasyk, ale kiedyś to się działo. "Szukali się po dworcach"

Zwrot w stronę intensywności

Niezależnie od różnic w lokalnych stylach gry, Francuzi wszędzie są potrzebni. Mają odpowiednią technikę, by dać sobie radę w La Liga, zdolności taktyczne, by przetrwać w Serie A, intensywność ich działań stanowi wartość dodaną w Premier League i Championship, a atletyzm pomaga wyróżniać się w opartej na pressingu i fazach przejściowych Bundeslidze. Do tego dochodzi zdolność adaptacji. Często pochodzą z rodzin o przeszłości imigracyjnej. Sami są przyzwyczajeni od najmłodszych lat do wyjazdów poza domy, bo już jako nastolatkowie trafiają do akademii dużych klubów, szykując się do życia zawodowych piłkarzy. Stosunkowo łatwo aklimatyzują się więc w nowych kulturach. A przecież wyniki i tak są zaniżone, bo wielu piłkarzy wychowanych we francuskim systemie szkolenia w wieku seniorskim reprezentuje kraje pochodzenia rodziców. Pululu w Polsce funkcjonował jako Kongijczyk, Sow jako Senegalczyk, a Lamine Diaby-Fadiga jako Gwinejczyk. Każdy z nich uczył się jednak grać w piłkę we Francji.

Choć każdy zawodnik jest inny, zwracanie się akurat w stronę piłkarzy szkolonych we Francji opowiada też pewną historię o taktycznym rozwoju Ekstraklasy. Hiszpanie dawali jej więcej finezji, ale od kilku sezonów trenerzy w Polsce, chcąc nadążać za europejskimi trendami, przez wszystkie przypadki odmieniają słowo "intensywność". Chcą, by wszystko działo się na boisku znacznie szybciej. Piłkarze mają szybko i dużo biegać, pracować bez piłki, a jednocześnie szybko myśleć i być na tyle dobrze wyszkolonymi technicznie, by na małej przestrzeni i w pełnym biegu bezproblemowo wykonywać zadania. Francuski system szkolenia, który na zakończony niedawno mundial wysłał w różnych reprezentacjach aż stu piłkarzy, uchodzi za najlepiej dostosowany do wielorakich wymagań stawianych przez współczesny futbol. Jego wydajność sprawia, że dobrych francuskich piłkarzy wystarczy zarówno dla Reali Madryt, jak i Górników Zabrze tego świata.

Poszukiwanie flagowca

By trend jeszcze zyskał na sile, francuska kolonia w Polsce potrzebuje poruszającego wyobraźnię flagowca. Na razie historyczny dorobek Francuzów w Ekstraklasie wciąż prezentuje się bowiem skromnie. Grało ich w najwyższej lidze trzydziestu, z czego aż dwudziestu siedmiu zadebiutowało w ostatnich czterech latach. Rekordzistą pod względem liczby występów pozostaje Mathieu Scalet, który urodził się we francusko-polskiej rodzinie i jako junior przyjechał do rodzinnego kraju matki, by przez rezerwy Wisły Kraków przebić się do zawodowej piłki. Spośród zawodników, którzy nie mają polskich korzeni, przoduje Aurelien Nguiamba, który zdobył z Jagiellonią mistrzostwo Polski, ale jako rezerwowy. Thibault Moulin był częścią drużyny Legii, która zagrała w Lidze Mistrzów, a Olivier Kapo wydatnie pomógł Koronie Kielce utrzymać się w lidze. Najlepszym francuskim strzelcem w Ekstraklasie pozostaje jednak Vamara Sanogo, który rozegrał jeden dobry sezon w Zagłębiu Sosnowiec. Podczas gdy inne popularne kierunki transferowe dały Ekstraklasie jej legendy - Słowak Dusan Kuciak ma najwięcej występów spośród wszystkich obcokrajowców, a Hiszpan Imaz najwięcej goli, Francuzi dopiero zaczynają pisać w Polsce swoją historię.

Zobacz też: To już oficjalne! Oto nowy klub Ter Stegena

Idzie im jednak coraz lepiej. Yvan Ikia Dimi z Górnika Zabrze i Samuel Ntamack z Piasta Gliwice już zdążyli trafić do siatki, Benjamin Mendy z Pogoni Szczecin, posiadacz zdecydowanie najgłośniejszego nazwiska spośród wszystkich rodaków w Polsce, zaliczył asystę w poniedziałkowym meczu z Cracovią, a o Quentinie Boisgardzie z Piasta wciąż słyszy się, że na treningach pokazuje umiejętności kandydata na gwiazdę ligi. Jak w przypadku każdej tego typu mody jest szansa, że efekt zacznie z czasem działać dwustronnie. Nie tylko Polacy odkryją, że można we Francji znaleźć ciekawego piłkarza w przystępnej cenie, ale i Francuzi zobaczą, że polska liga nie jest już miejscem, w którym po stadionach chodzą białe niedźwiedzie i jeden przed drugim zacznie zachwalać wyjazd do Polski. Moda na Hiszpanów w Ekstraklasie zaczynała się od sprowadzania zawodników, którzy grali w trzeciej lidze w osiedlowych klubach, nie mając żadnych szans na przebicie się choćby szczebel wyżej. Zawodnicy choćby z zaplecza La Liga patrzyli już wówczas na Ekstraklasę niechętnie. Dziś nie jest już rzadkością ściągnięcie do Polski piłkarza, który ma za sobą nawet debiut w hiszpańskiej elicie.

Okrężna droga

Podobnie jest w tej chwili z Francją. Na razie piłkarze stamtąd najczęściej trafiają do Polski okrężną drogą, przez Belgię, Szwajcarię lub ewentualnie Ligue 2, ale przypadek Yegbego pokazuje, że i doły tabeli Ligue 1 nie muszą być dla polskich klubów niedostępne. Finansowy i rankingowy wzrost polskiej ligi nie jest w tej kwestii bez znaczenia. Ćwierć wieku temu Francuza do przeprowadzki do Polski mogła skłonić jedynie Wisła Kraków, grająca regularnie w Europie i mająca francuskojęzycznego trenera. Dziś perspektywa gry choćby w Lidze Konferencji dla piłkarzy, którzy nie mają na to widoków u siebie, już potrafi być kusząca. Co dla nas najważniejsze, o ile francuski pionier w Polsce grał w sposób tak awangardowy, że w Ekstraklasie wyprzedzał epokę, dziś sięganie po Francuzów świadczy o tym, że Ekstraklasa chce być na bieżąco i uprawiać tę samą dyscyplinę, co ci z samego szczytu. Zamiast więc po latach obwiniać francuskiego piłkarza, że polska drużyna nie zaszła w Europie dalej, być może wkrótce zaczniemy zawdzięczać mu sukcesy.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...