Sport.pl+

Ma 39 lat i zamknął usta krytykom. Otwarcie mówi o Gikiewiczu. "Nie rozumiem"

Jasmin Burić
Fot. Michal Kosc/PressFocus

- Powiedziałbym, że to byłaby fajna historia, gdybym wygrał. Wiemy, że sporo czasu nie grałem, że byłem drugim bramkarzem, a tu nagle walczę o nagrodę najlepszego w lidze - przyznaje Jasmin Burić (Zagłębie Lubin). Bośniak jednak na sezon 2025/26 narzekać nie może. Wszyscy odkryli tego 39-letniego bramkarza na nowo.

24 mecze, 21 wpuszczonych goli, 10 czystych kont i nominacja do nagrody najlepszego bramkarza w Ekstraklasie. Gdyby ktoś powiedział mi przed tym sezonem, że tak prezentować będą się statystyki Jasmina Buricia, pewnie przecierałbym oczy ze zdumienia. Tymczasem Bośniak w wieku 39 lat ponownie zawojował naszą ligę. Pewnie nawet bardziej niż przez 11 lat gry w Lechu Poznań.

"Jasiu" – jak mówią na niego od lat trenerzy, koledzy z szatni i kibice – swoimi interwencjami pozwolił "Miedziowym" marzyć o europejskich pucharach. Do zajęcia miejsca premiowanego grą w eliminacjach Ligi Konferencji zabrakło im jednego zwycięstwa. I jak sam mówi – jest tym faktem rozczarowany, bo przez cały sezon – notabene niezwykle dziwny – Zagłębie było w czubie ligowej tabeli.

Na rozmowę nie było trudno go namówić – zresztą w trakcie rozgrywek chyba najczęściej z piłkarzy Zagłębia Lubin wychodził do mediów. Zawsze z olbrzymią uprzejmością i wiarą w umiejętności nie tylko swoje, ale także kolegów z zespołu. I choć statuetki dla najlepszego bramkarza sezonu nie zgarnął, dobrego humoru mu nie brakowało.

Gdy zadzwoniłem, usłyszałem w słuchawce jego głos przytłumiony przez kaszel i katar. Choroba dopadła go po powrocie do Bośni i Hercegowiny, gdzie dwa dni po Gali Ekstraklasy rozpoczął swój urlop. Od razu jednak zaznaczył, że nie mam się tym przejmować, choć zmaga się także z gorączką. Miałem wykorzystać ten czas w pełni i po prostu pytać. Już wtedy dotarło do mnie, że to będzie naprawdę fajna rozmowa. I nie myliłem się.

Zobacz wideo Kara za obrazę sędziego? Rostkowski: Jedna literka w słowie może wiele zmienić

W jej trakcie poruszyliśmy nie tylko wątek jego fenomenalnej formy, dyspozycji Zagłębia Lubin, charakteru trenera Leszka Ojrzyńskiego czy młodszego kolegi Buricia – Marcela Reguły, który został młodzieżowcem sezonu. "Jasiu" odczarował nieco wizerunek medialny Rafała Gikiewicza, a także wywróżył piłkarzom pochodzącym z Akademii Zagłębia ogromną karierę.

Wróciliśmy wspomnieniami do czasów jego gry w Lechu Poznań, rywalizacji o miejsce w składzie "Kolejorza", miłości Franciszka Smudy do Semira Stilicia i dwuletniego epizodu w Izraelu. 39-latek zaznaczył również, co jest jego największą życiową wygraną, którą osiągnął w trakcie przygody na polskich boiskach – i nie, nie jest to mistrzowski tytuł zdobyty z Lechem, choć do poznańskiego klubu ma tak olbrzymi sentyment, że nie ukrywa, że "last dance" przy Bułgarskiej byłby idealnym scenariuszem.

Sensacyjna walka Zagłębia o puchary

Dominik Stachowiak: Zacznijmy od tego, o co pytani są w zasadzie wszyscy po tym sezonie. Czy to był najdziwniejszy sezon w twojej karierze? Bo chyba nikt nie przypuszczał, że aż tyle zwrotów akcji może się wydarzyć w ciągu kilku miesięcy.

Jasmin Burić, bramkarz Zagłębia Lubin: Myślę, że pierwszy raz w mojej karierze spotkałem się z tym, że tak wiele drużyn walczyło i o tytuł, i o utrzymanie. Ten sezon był naprawdę wyjątkowy. Może zespoły nie zdobywały zbyt wiele punktów, ale dla nas – zawodników – był dobry. Każda drużyna walczyła o coś – czy o utrzymanie, czy o puchary. To był też intensywny sezon dla wszystkich. Myślę, że długo się taki nie powtórzy, gdy możesz mieć relatywnie mało punktów i znaleźć się w pucharach, czy w miarę dużo i walczyć o utrzymanie do ostatniej kolejki. Było bardzo dziwnie, ale dla mnie taki sezon jest lepszy niż taki, w którym wszystko dość wcześnie jest wiadome.

Emocje faktycznie towarzyszyły nam do ostatniego gwizdka. Was walka o puchary też dotyczyła. Pod koniec sezonu wprawdzie trochę opadliście z sił, ale Zagłębie przerosło przedsezonowe oczekiwania, i to bardzo.

– Tak, a przed sezonem wiele osób wskazywało nas jako kandydatów do spadku. Walczyliśmy do ostatniej kolejki o puchary i mogę powiedzieć, że jesteśmy rozczarowani. A gdyby przed sezonem ktoś nam powiedział, że zakończymy go na 7. miejscu, bylibyśmy pewnie bardzo zadowoleni. Ale cały czas walczyliśmy w górze tabeli, a na koniec zostaliśmy bez niczego i naprawdę bardzo szkoda, że tak się stało. Byłoby fajnie zagrać z Zagłębiem w pucharach, bo pucharów w Lubinie nie było od dziesięciu lat. Mieliśmy wszystko w naszych rękach. W ostatnich kolejkach zabrakło nam jednego zwycięstwa. Nie udało się i szkoda, bo szans było dużo. Szkoda, że tego nie wykorzystaliśmy.

Przed meczem z Lechem [0:1 – red.] byliście nawet liderem. Dało się wtedy wyczuć w szatni atmosferę: "teraz już pójdziemy po puchary pełną parą"?

– Długo nie marzyliśmy o pucharach. Kiedy zaczęła się druga runda i wiedzieliśmy, że jesteśmy w pierwszej piątce, zaczęliśmy mierzyć wyżej. Wierzyliśmy w puchary, choć na końcu się nie udało. Moim zdaniem problemem były kontuzje. Myślę, że byliśmy też trochę słabsi niż jesienią. Odeszło kilku zawodników. Trochę nam zabrakło, żeby cel osiągnąć.

O Leszku Ojrzyńskim i młodych zawodnikach

A jak do tej sytuacji podchodził trener Leszek Ojrzyński? Bo wiemy, że dla niego to był ważny sezon, w którym udowodnił, że jest nie tylko "strażakiem", za którego wielu go uważało. Że nie ratuje tylko drużyn przed spadkiem, a potrafi powalczyć o coś więcej.

– To wszystko też zależy, jaką drużynę dostaniesz. Myślę, że nasza była w miarę OK. Mogę na pewno powiedzieć, że mieliśmy świetną atmosferę w szatni, bardzo dobry kontakt z trenerem Leszkiem i jego sztabem. Trener miał do nas dużo spokoju, ale też nas bardzo motywował. Żyliśmy od meczu do meczu i na końcu czekaliśmy, co nam to da w tabeli. Ogólnie możemy być zadowoleni, ale szkoda, że byliśmy tak blisko przez cały sezon i zostaliśmy bez niczego.

Twoim zdaniem trener Ojrzyński nadrabia przede wszystkim charakterem czy charyzmą?

– Trener na pewno ma charakter. Ma też charyzmę, trzyma dyscyplinę taktyczną, ale potrafi także z nami pożartować czy pogadać na luzie. Umie być "mocny", kiedy jest taka potrzeba. Uważam, że ze swoim sztabem dał nam bardzo dużo, wyciągnęli z nas maksimum. Trzeba być świadomym, że u nas gra dużo młodych zawodników, co jest plusem i dla Zagłębia, i dla nas. Fajnie to wyglądało i powtórzę raz jeszcze: tylko szkoda, że zabrakło sukcesu na koniec.

Poruszyłeś temat młodych zawodników. Oni stanowią o sile Zagłębia od lat, to od nich zaczyna się budowanie składu. To też dość niespotykana filozofia wśród drużyn środka tabeli. Raczej wszyscy stawiają na doświadczonych piłkarzy. W Zagłębiu z kolei nawet na bardzo odpowiedzialnych pozycjach - w środku obrony czy środku pomocy - grali Igor Orlikowski i Filip Kocaba. Występowali też Marcel Reguła czy Mateusz Dziewiatowski. Czy ci zawodnicy udowodnili w tym sezonie, że w przyszłości będą w stanie zaistnieć w dużej piłce?

– Myślę, że każdy z nich zagra za granicą. Tylko jeszcze nie wiem, kiedy. Na pewno mają umiejętności. To fajne, że Zagłębie nie boi się stawiać na młodych zawodników, a oni to wykorzystują. Łatwiej jest tu dostać szansę niż w innym klubie. Swoimi umiejętnościami chłopacy pokazują, że nie są tu przypadkiem. Bardzo dobrze, że klub chce na nich stawiać.

Reguła? "Najlepszy młody zawodnik, z jakim grałem"

Marcel Reguła został wybrany młodzieżowcem sezonu. Twoim zdaniem także to właśnie on był najlepszy w przekroju całego sezonu wśród zawodników młodzieżowych?

– Było ich kilku. A już tak całkiem poważnie: Marcel na pewno zasłużył na wyróżnienie. Oczywiście, gdyby ktoś inny wygrał, też byłoby to zasłużone. Natomiast prawdą jest, że Marcel daje bardzo dużo naszej drużynie w ofensywie i jest dobrym zawodnikiem. Dużo zależy od niego. Jeśli on gra świetny mecz, to my też dobrze gramy i wygrywamy takie spotkania. Myślę, że Marcel wykorzystał swoje minuty na boisku maksymalnie w tym sezonie i zarówno on, jak i Zagłębie mogą być zadowoleni.

W rozmowie z Weszło wspomniałeś, że to najlepszy piłkarz młodego pokolenia z jakim kiedykolwiek grałeś. Mógłbyś go porównać do kogoś? Czy w ogóle nie ma porównania z zawodnikami, z którymi spotkałeś się wcześniej?

– Marcel ma bardzo dobry charakter, bardzo duże umiejętności i gra na wysokiej intensywności. Myślę, że to bardzo ważne dla transferu zagranicznego. Szczerze mówiąc, lepszego młodzieżowca nie spotkałem. Dziennikarze Weszło pytali mnie o Roberta Lewandowskiego [w latach 2008-10 grał z Buriciem w Lechu Poznań – red.], ale Robert miał wtedy 20-21 lat, a Marcel nie ma jeszcze 20. Marcela obserwuję od samego początku – gdy trafił do pierwszej drużyny i bardzo szybko się rozwinął, od razu wykorzystał swoją szansę.

"Dziwi mnie opinia medialna o Rafale Gikiewiczu"

Bo to też, żartobliwie mówiąc, nie jest reguła, że tak młody zawodnik wchodzi do składu i od razu daje olbrzymią jakość. W Zagłębiu model akademii "produkującej" gotowych do gry w Ekstraklasie piłkarzy się sprawdza. Ale macie też zawodników doświadczonych – ty jesteś jednym z nich. Przez ostatnie trzy i pół roku grałeś bardzo niewiele. Spodziewałeś się, że jeśli wejdziesz do bramki, będziesz w stanie dać tak dużą jakość? Taką jak chociażby przed laty prezentowałeś w Lechu?

– Cały czas zachowywałem się tak samo – niezależnie od tego, czy grałem, czy nie. Moim zdaniem dobrze wyglądałem na treningach. Ale inna kwestia, na kogo stawia trener. Jak nie grasz, kibice na stadionie czy przed telewizorami nie będą wiedzieć, w jakiej jesteś formie i wiedzą to tylko osoby, które z tobą codziennie trenują.

Na pewno jako bramkarz masz dużo trudniej.

– Tak, bramkarz nie dostaje szans tak łatwo. Ja otrzymałem szansę, gdy Dominik Hładun złapał kontuzję i wykorzystałem swój moment. Zresztą cały czas byłem naprawdę przygotowany do tego. Mam doświadczenie z Lecha, gdzie nie grałem cały czas, byłem "dwójką". Ale mam swoje zasady i na każdym treningu muszę dawać z siebie wszystko. Jeżeli dostanę szansę, muszę być gotowy na 100 procent. I tak było w Zagłębiu. Jestem doświadczony, byłem spokojny, czekałem i się doczekałem, a na końcu wykorzystałem szansę.

Kontuzja Hładuna to jedno, ale wygrałeś też rywalizację z Rafałem Gikiewiczem i o to chciałem cię zapytać. Wydawało się, że jeśli do Zagłębia trafia gość z takim doświadczeniem jak Rafał, spokojnie może o "jedynkę" powalczyć. Jak ta rywalizacja wyglądała na zimowym obozie przygotowawczym?

– Nie ma co ukrywać, że Rafał ma za sobą naprawdę dużą karierę. Przyszedł do nas w trakcie sezonu i wtedy graliśmy dwa mecze – ja zagrałem w Ekstraklasie z Termaliką [1:1 – red.], a Rafał w Pucharze Polski z Widzewem [0:1 – red.]. Na jego nieszczęście padła taka bramka, jaka padła. No i zostałem w bramce do końca sezonu. Ale tak przechodząc do tematu Rafała, bardzo fajnie się z nim pracowało. To bardzo pozytywna osoba, choć wiem, że w mediach nie piszą o nim tak fajnie. Ale u nas pokazał, że jest inaczej. Myślę, że każdy w naszej szatni go pokochał. Na nic nie narzekał, nie mieliśmy z nim problemów. Zatem dla mnie opinia medialna na jego temat jest trochę dziwna, bo w szatni widziałem coś innego. Myślę, że gdybyś zapytał obojętnie którego zawodnika Zagłębia o Rafała, wszyscy wypowiadaliby się o nim tylko w pozytywach.

A to ciekawe, bo faktycznie na temat Rafała nie mówi się zbyt dobrze. Dużo lepiej było, gdy grał w Niemczech. W takim razie powiedz, jakie doświadczenie Rafał wniósł do szatni? Podpowiadał może młodym zawodnikom na treningach?

– Rafał jest profesjonalistą. Pomagał młodym zawodnikom z pola, także młodym bramkarzom. Jest bardzo otwartym człowiekiem, nie miał z tym problemu. Przed meczami, w trakcie i po nich bardzo dużo pomagał. Lubi dużo gadać, więc nigdy żadnego problemu nie było. A doświadczenie na pewno było pomocne, bo mamy bardzo młodą szatnię i chłopacy mogli z bliska przyglądać się zawodnikowi, który grał na najwyższym poziomie w Bundeslidze.

Czy zobaczyliśmy najlepszą wersję Jasmina Buricia?

Byłeś nominowany do nagrody dla najlepszego bramkarza sezonu. Ostatecznie zdobył ją Xavier Dziekoński z Korony. Co ta nominacja dla ciebie znaczyła i czy statuetka mogłaby zmienić coś w twoim życiu? Czy tylko udowodniłbyś coś tym, którzy cię już skreślili?

– Powiedziałbym, że to byłaby fajna historia, gdybym wygrał. Sporo czasu nie grałem, byłem drugim bramkarzem, a tu nagle walczę o nagrodę najlepszego w lidze. No i mam już 39 lat, nie ma zbyt wielu tak starych zawodników. Ale tak serio: myślę, że lepiej, że wygrał młody bramkarz, przed którym cała kariera. On potrzebuje pewności, takiego wiatru w żagle.

A twoim zdaniem kto był najlepszym bramkarzem w Ekstraklasie w minionym sezonie?

– Bartek Mrozek [Lech Poznań – red.] albo właśnie Xavier Dziekoński. Obaj mają potencjał na zagraniczny transfer. 

Dla ciebie ten sezon był najlepszym momentem w karierze, czy jednak czas w Lechu Poznań postawiłbyś wyżej w hierarchii?

– Myślę, że to był sezon, w którym miałem najwięcej dobrych interwencji. W żadnym wcześniejszym tak nie było. Kiedy grałem w Lechu, nie miałem tyle pracy, ile mam w Zagłębiu. Trudne sytuacje do wybronienia trafiały się może dwie na rok. Tutaj z kolei miałem dużo interwencji, kiedy wszyscy myśleli, że już jest bramka, a ja broniłem.

A jak się czujesz w Zagłębiu, w tej młodej szatni? Wiemy, że jeszcze niejasna jest kwestia twojego kontraktu. Chcesz w Lubinie pozostać?

- Oczywiście. Jeszcze chcę grać. Teraz piłka jest po ich stronie. Ja zrobiłem wszystko, co mogłem. Czekamy i zobaczymy, co się wydarzy. Niezależnie od tego i tak chcę grać dalej w piłkę.

Gdybyś nie dostał nowego kontraktu, na stole leżą jakieś alternatywy? Czy dopiero po braku angażu w Zagłębiu zacznie się poszukiwanie nowego pracodawcy?

- Teraz nic nie mogę powiedzieć, ale coś na pewno by było.

W Lechu wciąż o nim pamiętają. "To moja życiowa wygrana"

Pytam, bo wielu kibiców z Poznania chciałoby, żebyś wrócił do Lecha na "last dance", jako drugi bramkarz. Dla ciebie taka rola byłaby satysfakcjonująca, czy jednak myślisz o sobie tylko i wyłącznie w roli "jedynki"?

- Wiesz, ważne, żeby najpierw gdzieś się dostać, a potem wszystko jest możliwe. Myślę, że oczywiście byłoby fajnie wrócić na koniec kariery do Poznania i coś zagrać. To byłby idealny scenariusz, ale zobaczymy, co czas pokaże.

W Poznaniu nie dość, że spędziłeś 11 lat, to jeszcze pierwszy mecz po powrocie do Polski rozegrałeś przy Bułgarskiej. Byłem na tym spotkaniu, siedziałem na trybunie za twoją bramką. Wyszedłeś na rozgrzewkę, a kibice Lecha zaczęli skandować twoje nazwisko, klaskać. To dla ciebie chyba miły dowód, że w Poznaniu dobrze cię wspominają?

– Szczerze powiem, że to najlepsze uczucie. Nie grasz już gdzieś od kilku lat, wracasz, a ludzie cię szanują i kochają. Ten szacunek to najlepsze, co możesz dostać w życiu. Nie pieniądze czy cokolwiek innego. Najważniejsze, że ludzie pamiętają cię z twojej najlepszej strony. Myślę, że to taka moja życiowa wygrana, jeżeli chodzi o polską piłkę.

To tego piłkarza kochał Franciszek Smuda

Cofając się do czasu spędzonego w Lechu – przyjechałeś do Poznania w 2008 roku na testy, potem podpisałeś kontrakt. Ale to był twój pierwszy zagraniczny wyjazd w karierze. Jak to wyglądało z twojej perspektywy?

– Szczerze mówiąc, nie było mi ciężko. Grałem w piłce seniorskiej w Bośni już trzy lata [w NK Celik Zenica – red.] i chciałem zmienić otoczenie. Dostałem propozycję, żeby przyjechać na testy do Lecha. Od razu ją zaakceptowałem. Pojechałem do Poznania, wszystko było w porządku i zostałem. Miałem też szczęście, bo w tamtym czasie w Lechu było wielu innych zawodników z Bałkanów, więc nie było mi trudno się zaadaptować. Duże znaczenie dla mnie miało to, jak wygląda klub i liga. Robiło wrażenie, że na mecze przychodzi wielu kibiców. 

Trafiłeś do drużyny pod wodzą śp. Franciszka Smudy. Jak go wspominasz? Bo wiemy, że wielu piłkarzy, którzy mieli z nim do czynienia, opowiada barwne historie z nim związane. 

– Pamiętam, że chciał grać otwartą piłkę, wysoki pressing. U niego byłem tylko na jednym obozie, zimowym, był bardzo ciężki. Trener Smuda bardzo kochał Semira Stilicia i z nim rozmawiał prawie codziennie (śmiech). Ogólnie wspominam go bardzo pozytywnie. Ja u niego nie grałem, stawiał na doświadczonych bramkarzy – Krzysztofa Kotorowskiego i Ivana Turinę. Grałem w rezerwach, a trenowałem z pierwszym zespołem. I w zasadzie nie wiem, co by było, gdyby trener Smuda został na kolejny sezon – czy dostałbym szansę, czy nie. 

W Poznaniu mało kto nie kochał Semira, prawda? To chyba jeden z najlepszych obcokrajowców, jacy biegali po boiskach Ekstraklasy.

– Semir zawsze grał na wysokim poziomie, szczególnie pod trenerem Smudą. Zresztą pewnie pamiętasz też ich współpracę w Wiśle Kraków. Wtedy też Semir miał bardzo dobry okres [w latach 2014-2015 strzelił 16 goli i zanotował 17 asyst w Ekstraklasie – red.]. Faktycznie wszyscy go kochają w Poznaniu, dał dużo Lechowi.

Twoim zdaniem Stilić mógł zrobić większą karierę? Wyjechał z Poznania do Karpat Lwów, później zaliczył epizod w Gaziantepsporze i szybko wrócił do Polski.

– Tak myślę. W sezonie 2009/10, gdy zdobyliśmy mistrzostwo, Semir był jednym z naszych najlepszych zawodników. Ale taka jest piłka. Nie ma tu żadnej reguły, nie ma żadnej gwarancji. Wielu z nas mogło zrobić lepsze kariery, ale możemy być zadowoleni z tego, co osiągnęliśmy, bo zawsze mogło być gorzej.

O tym, czy dostałbyś szansę od trenera Smudy, nigdy się nie dowiemy, ale dostałeś ją od jego następcy – Jacka Zielińskiego. Trzeba przyznać, że to postać w polskiej piłce bardzo szanowana – szczególnie za wyniki, które zrobił najpierw z Lechem, a w późniejszych latach z Cracovią i Koroną Kielce. Jak go wspominasz? Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że to taki człowiek "do rany przyłóż", bardzo uśmiechnięty. Choć oczywiście nie zawsze.

– Tak, jest bardzo pozytywnym człowiekiem. Na treningach u niego raczej mieliśmy luz, choć też, kiedy coś było nie tak, potrafił drążyć. To nie jest przypadek, że z Lechem osiągnął sukces – wygrał Ekstraklasę i grał do pucharów. Myślę, że zostawił po sobie w Poznaniu dobre wspomnienie.

"Nawałka i Djurdjević nie trafili na dobry moment w Lechu"

Za to kilku trenerów z czasów twojego pobytu w Lechu nie poradziło sobie tak dobrze. Byli chociażby Jose Mari Bakero, Nenad Bjelica. "Spalony" został też Ivan Djurdjević, z którym przez wiele lat dzieliliście szatnię jako koledzy. Jak to wyglądało, gdy musieliście z relacji "koledzy z boiska" przejść do relacji piłkarz – trener?

– Ta relacja wyglądała normalnie. Z tym, że nie rozmawialiśmy już tyle prywatnie, co wcześniej. Musieliśmy zwiększyć dystans. Ale szanowałem go w szatni jako trenera. Szkoda, że był tak krótko trenerem Lecha.

Trochę za wcześnie został rzucony na głęboką wodę.

– Ja bym powiedział, że nie za wcześnie, ale w tamtym momencie nie mieliśmy dobrego składu. Cały sezon 2018/19 był bardzo słaby w naszym wykonaniu, kilku trenerów zmieniło się w ciągu tamtych rozgrywek. Ivan nie trafił na dobry moment Lecha. 

Adam Nawałka również przewinął się wtedy przez waszą szatnię. Chyba jego przygodę w Poznaniu też musimy traktować jako fiasko. Jak ty go wspominasz?

– Ale zobacz – wszystko sprowadza się do tego, o czym mówiłem wcześniej, czyli że nie mieliśmy dobrego składu. Ivan nie był doświadczonym trenerem, a trener Nawałka był bardzo doświadczony, to była jego pierwsza praca po reprezentacji Polski, gdzie osiągnął ogromny sukces. Po prostu nie mieliśmy dobrej drużyny i to był główny problem. Obojętnie, kto byłby trenerem, miałby ten sam kłopot. Ciężko jest, jak są duże oczekiwania, a ty nie masz składu, który byłby w stanie je spełnić.

A jakieś konkretne wspomnienie z Adamem Nawałką przychodzi ci do głowy?

– Wprowadził bardzo dużą dyscyplinę. Miał uwagi do wszystkiego. Najbardziej zapamiętałem, że to bardzo kulturalny człowiek. Fajnie się ubierał (śmiech). Bardzo pozytywny. A o jego trenerskich cechach nie ma co gadać, bo jest bardzo dobrym trenerem i pokazywał to przez całą karierę.

Trochę już poruszyliśmy ten wątek, ale chciałbym do niego wrócić. Gdy spojrzymy wstecz, faktycznie nie miałeś łatwo, by wywalczyć w Lechu na stałe bluzę z numerem "1". Byli wspomniani przez ciebie Kotorowski i Turina, był też m.in. Matus Putnocky, który zagrał jeden fenomenalny sezon. Z którym z nich najtrudniej było ci rywalizować?

– "Puto" chyba został wtedy [w sezonie 2016/17 – red.] wybrany najlepszym bramkarzem ligi. W każdym razie wiedziałem, jaka jest sytuacja w Lechu z bramkarzami i mówię tu o całym swoim okresie w Poznaniu. Chodzi o to, że w bramce zawsze były duże zmiany. Dopiero ostatnie lata, gdy bronił Mrozek, można uznać za spokojne. Wcześniej, niezależnie od tego czy grałem ja, "Puto", czy "Kotor", ten drugi, rezerwowy, mógł oczekiwać na swoją szansę i próbować ją wykorzystać. Ale też wszystko zależy od momentu, w jakim trafisz do bramki. Czy drużyna osiąga dobre wyniki, czy nie. Ale każdy z nich był dobry, bo gdyby ktoś był słaby, to nie grałby w Lechu.

To różni obecnego Lecha od tego sprzed siedmiu lat

Kiedy żegnałeś się z Lechem [po sezonie 2018/19 – red.], zdecydowanie nie był to dobry czas dla klubu. Ale to chyba był też taki moment, w którym w Lechu zaczęło się wszystko zmieniać i iść ku dobremu. Za rewolucją, gdy klub opuściło dwunastu zawodników, z tobą, Putnockym, Łukaszem Trałką, Darko Jevticiem czy Maciejem Gajosem, faktycznie zaczęło dziać się lepiej. Jak teraz patrzysz na „Kolejorza", obserwując go z boku?

– Wydaje mi się, że wówczas w Lechu zrozumieli, że trzeba wydawać trochę więcej pieniędzy na piłkarzy, jeśli chce się  osiągnąć sukces. Porównując obecny klub z tamtym sprzed lat - to jest niebo a ziemia. Teraz Lech ma szeroki skład z dobrymi zawodnikami i to jest kluczowa różnica. Dlatego teraz odnoszą sukcesy w Polsce i w Europie. Obrali fajną drogę, dobrze pracują i ważne jest, żeby to utrzymać. Mam nadzieję, że awansują do Ligi Mistrzów, bo wszyscy w klubie o tym marzą i to byłaby fajna sprawa dla Lecha i dla polskiej piłki. Aktualnie klub jest na świetnym poziomie i nie wiem, czy ma jakąś słabą stronę.

Lech przestał też co chwilę zwalniać trenerów. Za twoich czasów trochę tak było, że obserwowaliśmy filozofię "odbijania się od ściany do ściany". Dziś trenerzy – czy to był Dariusz Żuraw, Maciej Skorża, John van den Brom, czy teraz Niels Frederiksen – mają czas na budowanie drużyny. Poza półrocznym okresem, gdy zespół prowadził Mariusz Rumak [w sezonie 2023/24 – red.], widać olbrzymią stabilizację, której w trakcie twojego pobytu w klubie brakowało.

– Moim zdaniem nie mieliśmy aż takiej jakości piłkarskiej. I to jest decydujące także dla trenerów. Łatwiej jest pracować z dobrymi zawodnikami, niż ze słabszymi.

Kiedyś Dimitrije Injac powiedział mi, że w meczach w Europie, chociażby z Juventusem [3:3 i 1:1 w sezonie 2010/11 – red.] czy Manchesterem City [1:3 i 3:1 w sezonie 2010/11 – red.], brak pewnych umiejętności nadrabialiście charakterem. Dziś chyba nie tylko Lech ma i umiejętności, i charakter. Sporo polskich zespołów poszło do przodu i potrafi walczyć w Europie.

– Polska piłka na pewno co roku idzie do przodu. W ostatnich latach zaczęto bardzo dużo inwestować w piłkarzy, także infrastruktura jest świetna. Ekstraklasa świetnie wygląda organizacyjnie. Jak spojrzymy na kolejny sezon, naprawdę trudno mi wskazać słabą drużynę. Wchodzi Wisła Kraków, wchodzi Śląsk Wrocław, czekamy jeszcze na trzeci zespół z I ligi [awans zanotowała Wieczysta Kraków – red.]. Może być bardzo ciekawie.

Burić nie żałuje epizodu w Izraelu. "To świetne państwo"

Poza wieloletnią karierą na polskich boiskach, spędziłeś dwa lata w Izraelu, w Hapoelu Hajfa. Jak postrzegasz grę w tym państwie? 

– Myślę, że jest trochę za daleko... Ale tak serio to kiedy dostałem ofertę z Hajfy, skontaktowałem się z moim kolegą, który grał przez kilka lat w Izraelu, bo nie wiedziałem dużo na temat tego kraju. Pytałem o wszystko i dostałem same pozytywne odpowiedzi. Mogę powiedzieć, że te dwa lata były naprawdę fajne. Prywatnie było to inne życie niż w Polsce. Piłkarsko z kolei… Nie było tak wielu kibiców, ale oni też lubią piłkę i są "zakręceni" na jej punkcie. Oczywiście, w tym momencie Ekstraklasa jest lepszą ligą, a tam są problemy ze względu na wojnę. Kiedy tam byłem, wojny nie było i w pełni korzystaliśmy z życia. Pogoda jest tam świetna, mieszkaliśmy nad morzem i żyliśmy na luzie. Nie osiągnąłem w Hapoelu żadnego dużego sukcesu, bo to w skali całej ligi średni klub, ale było tam naprawdę fajnie.

Wojny wprawdzie nie było, ale jednak konflikt na linii Izrael – Palestyna buzuje od wielu lat. Nigdy się z nim nie zetknąłeś?

– Nie, zupełnie nic nie odczułem. Kiedy kończył się mój kontrakt, konflikt przybrał na sile. Ale w Hajfie było normalnie. Jak jesteś obcokrajowcem i nie znasz historii, trudno odczuć ten konflikt. To naprawdę świetne miejsce do życia i polecałbym każdemu zobaczyć Izrael. Świetny kraj, ma dużo do zaoferowania.

Pewnie z językiem było ci trochę trudniej.

– Tak, ale prawie wszyscy mówią po angielsku.

A próbowałeś się uczyć hebrajskiego?

– Nie, nie, nie. Ale poznałem dwóch Chorwatów, którzy mówią w tym języku i powiedzieli mi, że to żaden problem się nauczyć. Zapewniali, że ten język tylko wydaje się trudny, pewnie też przez to, że pismo wygląda inaczej.

Czyli gdybyś miał raz jeszcze podjąć decyzję o wyjeździe w tamtym momencie kariery, nie wahałbyś się?

– Nie. Izrael to naprawdę piękny kraj. Teraz sytuacja jest napięta, ale gdyby wszystko było w normie, to czemu nie?

A miałeś jeszcze jakieś oferty na stole, czy Hapoel był jedyny?

– To była pierwsza oferta, jaką dostałem, chyba po dwóch czy trzech dniach od mojego powrotu do Bośni. Była spoko, więc – po wypytaniu kolegi o Izrael – przyjąłem ją. Na pewno miał duży udział w tym, że tam trafiłem.

Na koniec chciałbym cię jeszcze zapytać o plany na przyszłość. Jak widzisz swoją rolę po zakończeniu kariery? Oczywiście nie chcę ci jej kończyć, ale czy zastanawiałeś się już nad tym, co dalej?

– Teraz chodzę na kurs UEFA B+A, który kończy się w styczniu. Potem chcę się zapisać na kurs Goalkeeper B+A . Oczywiście, chciałbym grać tak długo, jak tylko będę mógł, ale jestem też świadomy, że to nie potrwa już za długo. Zobaczymy, co przyniesie mi życie i jak to będzie wyglądało. Ważne, że jestem przygotowany.

Rozumiem, że teraz najważniejsze to życzyć ci zdrowia, a jeśli ono będzie dopisywać, wszystko inne ułoży się po twojej myśli.

– Tak jest, dzięki.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...