Karol Czubak już w wieku 11 lat był na testach w Barcelonie, ale na poziomie centralnym, w drugiej lidze, zadebiutował dopiero siedem lat później i ledwie przed chwilą skończył pierwszy sezon w Ekstraklasie. Jego droga była długa, momentami kręta, ale wszędzie, gdzie mu ufali, gole strzelał seriami. Rzadko spotykany instynkt strzelecki zaprowadził Czubaka aż do reprezentacji Polski.
- Taki wielki facet, na pierwszy rzut oka bardzo silny, a okazało się, że w ogóle tak nie było - wspomina Adam Stawski, były trener drugoligowej Bytovii. - Zwracaliśmy uwagę, że musi mocniej się trzymać na nogach. Poprosiłem Krzyśka Bąka, żeby w małych grach na treningach mocniej go dociskał, zmuszał go do ostrzejszej rywalizacji. A Karolowi wspomniałem, że jak będzie się przewracał, to go wyrzucę z treningu. Karol walczył, trzymał się na nogach. Potrafił uderzyć prawą i lewą nogą, doskonale strzelał głową. Wiedziałem, że musi pójść dalej - dodaje Stawski. No i Karol Czubak poszedł - w minionym sezonie strzelił 18 goli w Ekstraklasie, a jego formę docenił selekcjoner reprezentacji Polski Jan Urban, który powołał 26-letniego napastnika na towarzyskie mecze z Ukrainą we Wrocławiu i Nigerią w Warszawie.
- Moja relacja z Karolem jest wyjątkowa. Czasami nawet dzwoni do mnie jego mama. Kiedyś powiedziałem jej, że Karol na pewno trafi do reprezentacji Polski. No i miałem rację. Nie ukrywam, mam satysfakcję - dodaje Stawski, obecnie trener Zawiszy Bydgoszcz, któremu Czubak w karierze zawdzięcza chyba najwięcej.
"Urodził się, żeby strzelać gole"
- To chłopak, który urodził się po to, żeby strzelać gole - mówi o Czubaku jego pierwszy trener, Ryszard Hendryk, który od blisko 40 lat szkoli przyszłych piłkarzy w Sparcie Sycewice. To tam w wieku sześciu lat przygodę z piłką zaczynał Czubak. - Rocznik 2000, w którym trenował, był wyjątkowy. Niesamowicie zdolne, wybiegane dzieciaki. Ale Karol był jedyny w swoim rodzaju. Nikt nie zdobywał tylu bramek, co on – wspomina Hendryk.
To nie są puste słowa. Mimo że w Sycewicach - wiosce w województwie pomorskim – mieszka raptem tysiąc mieszkańców, drużyna Hendryka była jedną z najlepszych w Polsce. - Prawie w ogóle nie przegrywaliśmy meczów. I nie miało znaczenia, czy graliśmy z drużynami z regionu, czy z innych województw. Nie było na nas mocnych, chociaż pokonać nas chciał każdy - mówi doświadczony trener.
W 2010 r. drużyna Hendryka wygrała turniej Z podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku. W finale w Lubinie zespół z województwa pomorskiego wygrał po rzutach karnych z przeciwnikiem z lubelskiego. Czubak, który został królem strzelców turnieju, w końcówce spotkania zdobył bramkę na 2:2. Był to jeden z setek goli, jakie Czubak strzelił przez siedem lat gry w Sparcie.
- Prawie na każdym turnieju był królem strzelców, bardzo często wybierali go też na najlepszego zawodnika. Miał niesamowitą lekkość w strzelaniu goli. Na tle rówieśników wyróżniał się też wzrostem, przez co miał problemy z odpowiednim poruszaniem. Ślamazarnie chodził, trzeba było pracować nad jego koordynacją - wspomina Hendryk.
- Był bardzo ambitny. Chciał bardziej niż inni. Zawsze się denerwował, kiedy nie wyszedł mu strzał, albo odskoczyła mu piłka. Starałem się go uspokajać, tłumaczyłem, że dopiero się uczy. Ale on dalej się irytował - dodaje.
Hendryk był nie tylko pierwszym trenerem Czubaka, ale też jego nauczycielem i wychowawcą w szkole podstawowej. - Naciskałem na dyrektora szkoły, żeby mi ich dał od czwartej klasy. Zależało mi, żeby nie tylko się dobrze uczyli, ale też grali w piłkę. Nie chciałem, żeby nauczycielki blokowały im wyjazdy na mecze i turnieje przez jakieś dodatkowe zajęcia. Oni byli tak zdolni, że musieli grać - mówi Hendryk.
I grali, z wyjątkowymi wynikami. W nagrodę za zwycięstwo w Pucharze Tymbarku w listopadzie 2010 r. chłopcy Hendryka pojechali do Włoch na mecz Milanu z Fiorentiną. Tam nie tylko obejrzeli mecz na San Siro i spotkali się z Arturem Borucem, ale zagrali też z rówieśnikami z Milanu. Zlali ich 8:4. Artykuł o tamtym spotkaniu do dziś wisi w imponującej, pełnej pucharów gablocie w budynku klubowym Sparty.
- To była grupka dzieciaków, która nawet na urodziny mojego syna przychodziła ubrana na sportowo. Najpierw były prezenty, tort i "Sto lat", a potem grali w piłkę. Liczyło się tylko to. Ta drużyna to było moje oczko w głowie. U nas nie było składek, czasem rodzice dorzucali się tylko do kilkudniowych wyjazdów. Poza tym pieniądze organizowałem sam. Robiliśmy zrzutki, imprezy, wszystko po to, żeby dzieciaki mogły trenować i grać mecze – wspomina Hendryk.
- Karola piłka po prostu szukała. Dlatego na treningach robiliśmy różne symulacje akcji. Trenowaliśmy strzały wolejem, półwolejem, przewrotką. Uczyliśmy się grać tyłem do bramki, zastawiać. Jak tracił chęci, podpuszczałem go i pokazywałem kolejne samochody, które podjeżdżały na stadion. Mówiłem mu, że to skauci Bayernu Monachium albo Barcelony – dodaje.
Trenował w Barcelonie
Oczywiście to były żarty, ale Czubak do Barcelony i tak trafił. W 2011 r. on i jego dwaj koledzy - Aleks Hendryk i Patryk Szabat – pojechali do Katalonii na testy. Te załatwili ludzie z regionu - Krzysztof Trabczyński i Mariusz Lasota. Obaj pracowali kiedyś w Barcelonie. Pierwszy wrócił do Polski i został prezesem Słupii Kobylnica, drugi został w Hiszpanii na dłużej. To Lasota na miejscu przekonywał Katalończyków, by dali szansę zdolnym dzieciakom z Polski.
Czubak, Hendryk i Szabat pokazali się w Barcelonie, ale w jej szkółce - słynnej La Masii - nie zostali. - Nie czuliśmy się gorsi. Każdy z nas znał swoją wartość. Wiadomo, że byli tam gracze techniczni, niektórzy też bardziej siłowi, ale jestem zdania, że wyraźnie od nich nie odstawaliśmy - wspominał Czubak w rozmowie z portalem Meczyki.
- Często dokuczały mu migreny. Jak były turnieje, to zdarzało się, że zostawał w szatni z mamą. Jak czuł się lepiej, wchodził na boisko, strzelał gole i znowu odpoczywał. W dniu treningu z Barceloną miał tak silny ból głowy, że nie do końca wiedział, co się dzieje. Nie pokazał się ze swojej najlepszej strony, bo nie miał na to szans – zdradza trener Hendryk.
Kiedy Czubak miał 13 lat, postanowił postawić kolejny krok. Wyjechał do Bałtyku Koszalin, gdzie spędził tylko rok. - Mnie to od razu się nie podobało. Karol był bardzo związany z domem - wspomina Hendryk. - W moim przypadku mama nalegała, bym wrócił. Za młodzi byliśmy, by mieszkać samemu. A tam wszyscy żyliśmy na kupie z kilka lat starszymi chłopakami i działy się różne rzeczy, które wynikały z tego, że było dużo swobody - wyjaśniał Czubak w rozmowie z Weszło.
W 2014 r. nastolatek wrócił do domu i został zawodnikiem Jantaru Ustka. To tam jeszcze bardziej się rozwinął i zadebiutował w seniorach, a jego instynkt strzelecki przykuł uwagę czołowych polskich klubów.
46 goli w sezonie
- Ja ściągałem go z Koszalina, gdzie chyba nie czuł się dobrze. Fajnie się złożyło, bo do Jantaru trafiło kilku chłopaków z drużyny trenera Hendryka, która się rozpadła. Ja ten zespół w Ustce prowadziłem i Karol dał się namówić, żeby do nas dołączyć - wspomina Piotr Piszko z nadmorskiego klubu.
Młoda drużyna Jantaru - tak samo jak Sparta Sycewice - odnosiła duże sukcesy, była wicemistrzem województwa i wicemistrzem Polski w futsalu. - Trochę się w to pobawiliśmy. Uznaliśmy, że zawodnikom nie zaszkodzi taka rywalizacja, mimo że na mistrzostwach byliśmy najmłodszym rocznikiem. Królem strzelców turnieju był oczywiście Czubak. Zrobił tam furorę - mówi Piszko.
- Karol strzelał gole w każdym meczu. Wyróżniał się wzrostem, ale przede wszystkim smykałką do zdobywania bramek. Jak już dostał piłkę w polu karnym, to prawie zawsze był gol. Zresztą dla niego liczyła się tylko piłka. Dla niego i jego kolegów szkoła i książki mogły nie istnieć. To był chłopak, który miał charakter. Nie sprawiał wielkich problemów wychowawczych, ale nie należał też do najgrzeczniejszych. Jego paczka była głośna, wszędzie ich było pełno - dodaje.
Czubak w Ustce zaczynał od drużyny juniorskiej, którą prowadził Piszko. Po niespełna dwóch latach nastolatek - u tego samego trenera - debiutował w seniorskiej piłce. W sezonie 2015/16 Jantar spadł z IV ligi do okręgówki, a Czubak dostał szansę pod koniec rozgrywek, kiedy los drużyny był przesądzony. - Już wcześniej próbowaliśmy go w sparingach i radził sobie całkiem nieźle. W końcu postanowiliśmy dać mu większą szansę. I to była doskonała decyzja - mówi Piszko.
Po sezonie Piszko przestał być trenerem drużyny, ale pozycja Czubaka w niej rosła. W sezonie 2016/17 - pierwszym pełnym w seniorskim futbolu - nastolatek strzelił ponad 10 goli. Przed kolejnym Czubak i koledzy obiecali sobie, że awansują do IV ligi. I obietnicę spełnili, a napastnik strzelił w lidze aż 46 goli!
- Jak nikt inny odnajdywał się w polu karnym. Potrafił przestawić obrońcę, ale miał też czutkę, gdzie może spaść piłka. Miał wszystko, co powinien mieć typowy strzelec. Pewne było, że jeśli się go dobrze poprowadzi, to zajdzie daleko - mówi Piszko.
Talentem Czubaka zainteresował się Śląsk Wrocław, który zaprosił zawodnika na testy. Napastnik mógł zostać na Dolnym Śląsku, ale kontraktu nie podpisał. Wszystko przez to, że Śląsk oferował Czubakowi grę w Centralnej Lidze Juniorów, a jemu zależało przede wszystkim na rywalizacji z seniorami. - Podjął bardzo przemyślaną, dojrzałą decyzję. Wielu na jego miejscu pewnie wyjechałoby do dużo większego klubu. Ale on nie chciał robić niczego na siłę - mówi Piszko.
Czubak w Jantarze został jeszcze rok. W sezonie 2018/19 Jantar zajął dziewiąte miejsce w IV lidze, a 19-latek strzelił ponad 20 goli. Czubak musiał iść dalej, jeśli chciał coś osiągnąć w piłce. Interesowały się nim Raków Częstochowa, Arka Gdynia, Lechia Gdańsk. Czubak wybrał jednak Bytovię Bytów. 19-letni napastnik wolał wyjechał do drugoligowca, bo już wcześniej obiecał to jego trenerowi - Stawskiemu.
Zaufanie
47-letni szkoleniowiec, który w minionym sezonie awansował z Zawiszą Bydgoszcz do II ligi i grał w półfinale Pucharu Polski, znał Czubaka i przez wiele miesięcy śledził jego rozwój. Zawodnika poznał, gdy przypadkiem przyszedł na mecz juniorów Bytovii z Jantarem. Czubak od razu przykuł uwagę Stawskiego. Trener zainteresował się piłkarzem do tego stopnia, że specjalnie dla niego jeździł do Słupska na zawody szkolne, w których brał udział.
Stawski chciał Czubaka w Bytovii po rewelacyjnym sezonie w lidze okręgowej. Wtedy jednak zawodnik odmówił, mówiąc, że przede wszystkim chce zdać maturę. - Oczywiście ona była ważna, ale to był chyba moment, w którym Karol sam nie wiedział, czego tak naprawdę chce – wspomina Stawski.
To wtedy Czubak obiecał trenerowi, że zagra w Bytovii. 19-latek słowa dotrzymał, mimo że w sezonie 2018/19 drużyna Stawskiego spadła do II ligi. Ale słowo to słowo. Zresztą nikt nie był tak przekonany do Czubaka jak właśnie Stawski.
- Słyszałem o nim różne rzeczy. A to, że ma nie po kolei w głowie, a to, że leń, że nic z niego nie będzie. Na 10 opinii jedna pochodziła od mojego dobrego kolegi, też trenera, który powiedział, że Karol umie grać w piłkę i on by mu dał szansę - wspomina Stawski.
- Ja i tak go chciałem, bo uważam, że w życiu trzeba kierować się własnym rozumiem i zasadami. Przede wszystkim wiedziałem, że to chłopak, który strzela gole jak na zawołanie. A kogoś takiego potrzebowałem. Poza tym poznałem Karola i wiedziałem, jakim jest człowiekiem. Żadna z niepochlebnych opinii o nim się nie sprawdziła. W tym środowisku każdy o każdym coś tam mówi. Czasami coś na pewno się sprawdza, ale warto poznawać piłkarzy osobiście. Zwłaszcza młodych, którzy się zmieniają, jak to ludzie w takim wieku. Gdyby trenerzy kierowali się tylko opiniami, wielu wspaniałych piłkarzy nigdy nie dostałoby szansy. Jak zobaczyłem Karola na pierwszym treningu, to wiedziałem, że już go nie wypuszczę - dodaje.
Co ciekawe, Stawski mógł szybko zwątpić w Czubaka, bo ten - bez słowa wyjaśnienia - nie pojawił się na drugim treningu. Okazało się jednak, że piłkarz nie miał jak dotrzeć do Bytowa, bo mieszkał 70 km dalej, pod Słupskiem. Czubak wstydził się przyznać do zaistniałej sytuacji, którą rozwiązał agent zawodnika, pożyczając mu własne auto.
"Pierwszy hat-trick? Jutro"
Stawski zdecydowanie postawił na Czubaka i w ogóle nie mógł tego żałować. Mimo że nastolatek dopiero debiutował na poziomie centralnym, w pierwszych siedmiu występach gola nie strzelił tylko raz. W sezonie 2019/20 Czubak zdobył 18 bramek w II lidze, będąc trzecim najskuteczniejszym zawodnikiem rozgrywek. Więcej goli strzelili tylko Michał Bednarski (24) z Górnika Polkowice i Marcin Robak (21) z Widzewa Łódź.
- Niezwykły napastnik - mówi Stawski. - Nawet jak pracowaliśmy nad stałymi fragmentami gry na treningu, to gdy piłka odbiła się od słupka lub poprzeczki, często spadała Karolowi pod nogi. Albo jeszcze się od niego odbijała i wpadała do bramki. No i był bardzo pracowity. Kiedy na treningu w małej grze strzelił - według siebie - za mało goli, zawsze się denerwował, chciał więcej - dodaje.
Stawski wiedział, jak dotrzeć do Czubaka i wyciągnąć z niego wszystko, co najlepsze. Zaufanie, jakim go obdarzył, okazało się kluczowe. Być może nawet dla przebiegu całej kariery zawodnika. Trener lubił stawiać wyzwania przed swoim zawodnikiem. Stawski od pewnego momentu dzwonił do Czubaka przed każdym meczem i pytał, kiedy w końcu strzeli hat-tricka.
- Na pewno jutro, trenerze - odparł Czubak na pytanie przed meczem z Legionovią w lipcu 2020 r. I jak powiedział, tak zrobił. W 31. kolejce napastnik Bytovii ustrzelił pierwszy hat-trick na poziomie centralnym.
- Przed meczem uczulali nas na Czubaka i jego skuteczność. Na pierwszy rzut oka nie robił wrażenia, ale na boisku szybko pokazał, co potrafi. Kręcił się w polu karnym i jak tylko dostał piłkę, strzelał nam gola. Bardzo niewygodny zawodnik do pilnowania dla obrońców. Może nie był dobry technicznie, ale był bardzo wysoki i silny, co utrudniało rywalizację z nim. Przypominał mi trochę młodego Łukasza Teodorczyka, który do Polonii Warszawa przyjechał z Wkry Żuromin – wspomina Rafał Zembrowski, który we wspomnianym spotkaniu rozegrał 90 minut w barwach Legionovii.
Czubak był gwiazdą Bytovii, ale Stawski nie traktował go ulgowo. Wręcz przeciwnie, na treningach kazał mu robić więcej niż innym. Wszystko po to, by ten stał się jeszcze lepszym piłkarzem. Trenera irytowało przede wszystkim to, że napastnik zbyt łatwo padał na murawę po pojedynkach. Specjalny nacisk, wymagające treningi i indywidualna praca przyniosły jednak efekty - sytuacja uległa poprawie.
Leń? Jaki leń?
Bytovia zajęła czwarte miejsce w tabeli i dostała się do baraży o awans do I ligi. W półfinale, po rzutach karnych, przegrała jednak z Resovią. Po sezonie Czubak otrzymał ofertę z Widzewa Łódź, który w tamtym sezonie zajął drugie miejsce w II lidze i awansował na zaplecze Ekstraklasy. Czubak postanowił zrobić kolejny krok, ale tym razem nie był to krok udany.
O czasie w Łodzi chciał jak najszybciej zapomnieć. W całym sezonie zdobył tylko dwie bramki, w I lidze uciułał raptem 500 minut. - Dla przykładu podam mecz z Koroną Kielce, w którym strzeliłem gola. Mówiono mi, że zagrałem bardzo dobre spotkanie, a tydzień później i tak usiadłem na ławce - wspominał Czubak w rozmowie z Weszło.
Dlaczego tak było? Enkeleid Dobi przede wszystkim stawiał bardziej na doświadczonego Robaka, który nie tylko błyszczał w II lidze, ale też był klubową legendą. Po drugie, Czubak miał problemy ze zdrowiem. W ciągu roku w Widzewie doznał aż trzech kontuzji. Po trzecie, i Dobi, i Marcin Broniszewski, który go zastąpił w trakcie sezonu, mieli zastrzeżenia do zaangażowania piłkarza.
- Karol cały czas musi ciężko pracować, żeby dostać szansę w większym wymiarze czasowym. Jesteśmy dalecy od tego, żeby nagradzać grą tylko dlatego, że ktoś jest w kadrze albo ma status młodzieżowca. To kryterium schodzi na dalszy plan. W pierwszej kolejności najważniejsza są ciężka praca oraz zaangażowanie - mówił Broniszewski na jednej z konferencji prasowych.
W Łodzi Czubakowi przyklejono łatkę lenia. Z tą kompletnie nie zgadzał się Stawski, który bronił piłkarza nawet wtedy, gdy z nim nie pracował. - Znałem Karola i w ogóle nie wierzyłem w to, co o nim mówili. Zresztą nie było to tylko moje zdanie, ale też Bartka Poczobuta, który widział go na każdym treningu i zaprzeczał takim plotkom. Dlatego kiedy rozmawiałem z prezesem Widzewa Piotrem Szorem, przekonywałem go, że to nie może być prawda - wspomina Stawski.
- Nie wiem dokładnie, o co mogło tam chodzić, kogo Karol do siebie zraził, ale w Widzewie na pewno nie dostał poważnej szansy. A to jest zawodnik, który musi czuć zaufanie. Musi grać, żeby dać wszystko, co ma najlepsze. Nie chcę nikogo obrazić, ale znam Karola i w ogóle mi się ta historia nie klei. Czasem jest jednak tak, że jak trenerowi coś nie przypasuje u zawodnika, to potem szuka jakichkolwiek wymówek, żeby nie dawać mu szans – dodaje.
"Nie mogłem cofnąć czasu"
Czubak, żeby się odbudować, potrzebował zaufania. Dlatego kiedy Janusz Niedźwiedź zakomunikował mu, że w jego Widzewie też grać nie będzie, wrócił nad morze. Podpisał kontrakt z Arką Gdynia, która interesowała się piłkarzem rok wcześniej, gdy ten wybierał transfer do Widzewa.
- Wierzyliśmy w niego, bo wiedzieliśmy, na co go stać. Daliśmy mu szansę, a on jej nie zmarnował - mówił były trener Arki, Dariusz Marzec. - Miałem coś do udowodnienia tym, którzy mnie skreślili i we mnie nie wierzyli - przyznawał zawodnik.
Czubak zdobył bramkę już w debiucie przeciwko Stomilowi Olsztyn (1:0). Tydzień później strzelił gola Widzewowi (3:1), co musiało smakować wyjątkowo dobrze. W pierwszym sezonie w Arce zdobył 12 bramek w I lidze.
Czubak nie zawiódł nie tylko Marca, ale też pięciu kolejnych trenerów Arki, z którymi pracował. W ciągu 3,5 roku pobytu w klubie rozegrał 130 meczów, strzelił 66 goli, dołożył 19 asyst. Jeśli mógł czegoś żałować, to tylko tego, że nie udało mu się awansować z Arką do Ekstraklasy, co obiecał kibicom późną jesienią 2024 r.
Wtedy nie wiedział jednak, że w przerwie zimowej sezonu 2024/25 dostanie propozycję z belgijskiego KV Kortrijk. Z propozycji skorzystał, pierwszy raz wyjechał za granicę. Teoretycznie wszystko się zgadzało: Belgowie byli bardzo zdeterminowani i zapłacili klauzulę odstępnego, a piłkarzowi zaoferowali bardzo dobry kontrakt. Poza tym KV Kortrijk strzelało mało goli, potrzebowało skutecznego napastnika. A mimo to wyjazd Czubaka do Belgii okazał się kompletną klapą. W nowym klubie napastnik rozegrał tylko osiem meczów, na boisku przebywał łącznie przez 73 minuty.
- Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego nie otrzymuję szans. Piłkarze dzielą się na treningowych i meczowych i ja należę do tej drugiej kategorii. Często mam tak, że na treningu wyglądam średnio, a potem wychodzę na spotkanie i strzelam gola. Był taki moment w Kortrijk, gdy czułem, że wyglądam dobrze. Zanotowałem dwa trafienia w sparingu, koledzy z drużyny mówili, że nadchodzi mój czas. No i w meczu ligowym dostałem dosłownie niecałe dziesięć minut, a chwilę po tym, jak pojawiłem się na boisku, straciliśmy gola. I to był taki moment, w którym zdałem sobie sprawę, że czego bym nie zrobił, nic mi nie pomoże - mówił Czubak w rozmowie z "Piłką Nożną".
- Po jednym z meczów nie podałem też trenerowi ręki, czego potem żałowałem. Nie jestem takim człowiekiem, ale po tamtym spotkaniu coś we mnie pękło. Przyjechali odwiedzić mnie wtedy rodzice, a ja nie wszedłem wcale na boisko. Przemyślałem sprawę, przeprosiłem trenera. Zachowałem się głupio, drugi raz bym tak nie zrobił, ale czasu już nie mogłem cofnąć - dodał.
Nie zapomniał, jak się strzela gole
Już pod koniec rundy wiosennej Czubak wiedział, że chce wrócić do Polski. W rozmowie z TVP przyznał nawet, że w końcówce sezonu w Belgii nie miał ochoty w ogóle pojawiać się w szatni, nie mówiąc o pełnym zaangażowaniu na treningu. Czubak wiedział, że co by się nie wydarzyło, w KV Kortrijk nie zaistnieje. Znowu nie czuł się dobrze, bo nikt nie okazał mu zaufania.
Latem podpisał dwuletni kontrakt z Motorem z opcją przedłużenia go o dwa lata. - Ktoś powie, że Czubak szybko wraca z podkulonym ogonem, bo odbił się od zagranicznej ligi. Ale na to, że nie poszło mi w Belgii złożyło się wiele czynników. Spokojnie, nie zapomniałem, jak się strzela gole - mówił napastnik.
W Motorze, tak samo jak kilka lat wcześniej w Arce, wierzyli w Czubaka. Klub z Lublina znał jego możliwości i nie przejmował się, że ostatnie miesiące były dla niego słabe. Wręcz przeciwnie, Motor potraktował to jak okazję na rynku. – To napastnik o profilu, którego szukaliśmy. Bramkostrzelny, dobrze gra głową i tyłem do bramki, a jednocześnie mocno pracuje w defensywie. Wierzymy, że Karol szybko zaaklimatyzuje się w naszym zespole i już od pierwszych meczów będziemy mieli z niego pociechę - mówił ówczesny dyrektor sportowy Motoru, Paweł Golański.
Resztę historii znamy z tego sezonu. Czubak niemal od razu odpłacił się za zaufanie, bo już w drugim występie przeciwko Lechii w Gdańsku (3:3) strzelił gola i miał asystę. Symboliczne, że znów odpalił nad morzem. Ale Czubak strzelał przez cały sezon, który zakończył z 18 bramkami i trzema asystami. Nachwalić się go nie mógł nie tylko trener Mateusz Stolarski, ale też eksperci i dziennikarze. Mimo że najskuteczniejszy w minionym sezonie Ekstraklasy był Tomas Bobcek z Lechii, to nagroda dla najlepszego napastnika sezonu przypadła właśnie Czubakowi.
- Powołanie dla Karola? Jest coś na rzeczy - śmiał się na gali podsumowującej sezon Urban. I rzeczywiście Czubak otrzymał powołanie do kadry i przed nim szansa debiutu w reprezentacji Polski. Chociaż 26-latek ma już spore doświadczenie, to wciąż jest w najlepszym wieku dla piłkarza i przed nim świetlana przyszłość. Czubak musi jednak grać gdzieś, gdzie będą znali jego mocne strony i w niego wierzyli.
- Kiedy szedł do Motoru, mówiłem, że na pewno zostanie królem strzelców Ekstraklasy. Był blisko w minionym sezonie, ale jeszcze wszystko przed nim. Z tym, że w końcu trafi do reprezentacji Polski już miałem rację - uśmiecha się Stawski.
- Do dzisiaj sporo rozmawiamy. Gratulował mi, kiedy awansowałem z Zawiszą do II ligi. We wtorek ja gratulowałem jemu pierwszego powołania do kadry. Cieszę się, że w jakimś stopniu przyczyniłem się do tego sukcesu. Ale wierzę, że to tylko początek. Jego naprawdę stać na jeszcze więcej - kończy.