Lech w XXI wieku wygrywał ligę tylko, gdy nic mu w tym nie przeszkadzało. Tegoroczny tytuł jest inny. I świadczy, że poznański klub wchodzi na kolejny poziom. Lata pracy obliczonej na długoterminowy efekt coraz mocniej procentują.
W połowie poprzedniej dekady Legia Warszawa upokarzała Lecha Poznań, wyciągając jego srebra rodowe. Krystian Bielik, Bartosz Bereszyński i inni wychowankowie Kolejorza przenosili się do stolicy, widząc w niej lepsze perspektywy rozwoju. Kacper Hamalainen, gwiazda Lecha, szukał w Warszawie trofeów. Tymczasem w 2026 roku, w przeddzień drugiego z rzędu i trzeciego w pięć lat mistrzowskiego tytułu poznaniaków, trener Legii postawił drogę Lecha za wzór, z którego i jego klub powinien czerpać. Trudno o lepsze potwierdzenie, że największym osiągnięciem Kolejorza tak w tym sezonie, jak i w dłuższej perspektywie, było konsekwentne podążanie podobną ścieżką, mimo doraźnych turbulencji.
Dziś Lech nie wychowuje już dla Legii. Akademii nie ma też, by tylko zarabiać. Udało się mu osiągnąć ideał, w którym zawodnicy własnego chowu, nim ruszą w świat, pomagają zdobywać trofea. Trzech spośród czterech i pięciu z dziesięciu najczęściej grających zawodników mistrzowskiej drużyny to wychowankowie Lecha. Ponad tysiąc minut uzbierało aż sześciu piłkarzy z przeszłością w akademii. Z różnych pokoleń. Robert Gumny ma już sto meczów w Bundeslidze, Wojciech Mońka dopiero pisał maturę. W lidze, w której wychowankowie dostają nędzne dziewięć procent możliwego czasu gry, a federacja znów zastanawia się, jak zmusić kluby do stawiania na miejscowych, mistrz Polski, czterokrotnie przebija ligową średnią. Wychowankowie spędzają w nim na boisku 37 proc. możliwych minut. W ligach silniejszych od polskiej lepszy wynik pod tym względem osiągają jedynie Athletic, Real Sociedad, S.C. Freiburg i AZ Alkmaar. To ścisła szkoleniowa elita.
Miliony z wychowankami
Lech w lecie znów może zarobić na wychowankach miliony. Absolwenci akademii przynieśli mu ponad 50 milionów euro. Regularnie stanowią sporą część podstawowej jedenastki reprezentacji Polski. Świętują sukcesy jak Europa długa i szeroka, od Porto po Baku. Ale Lech już nie musi się spieszyć z ich spieniężaniem. Miliony może atakować i z nimi, mając coraz stabilniejszą pozycję w europejskiej piłce. Znajduje się dziś w bardzo podobnym położeniu jak Legia dziesięć lat temu. Korzystając z wypracowanego przez lata rankingu, tego lata prawdopodobnie nie będzie musiał zrobić wielkich rzeczy, by dostać się do Ligi Mistrzów. Wystarczy rzetelne wykonanie zadań, czyli ogrywanie niżej notowanych rywali.
Tegoroczne mistrzostwo jest mniej efektowne niż poprzednie. Lech zgromadził przed rokiem 70 punktów. Jego aktualny dorobek wystarczyłby wówczas ledwie do czwartego miejsca. Zdobył mniej, a stracił więcej bramek. Wygrał mniej meczów i jego stadion nie był niezdobytą twierdzą. Nie miał też rywala, który naciskałby tak konsekwentnie, jak zeszłoroczny Raków Częstochowa. Dlatego jego obrona tytułu bywa przyjmowana ze wzruszeniem ramion.
Nowa dyscyplina
A jednak Lech często nie potrzebował rywali, bo sam był swoim największym. Mistrzostwa potrafił w XXI wieku zdobywać tylko, gdy wszystko w Poznaniu układało się idealnie, a do tego sprzyjały zewnętrzne okoliczności. Mariusz Jop strzelił samobója. Legia grała do wiosny w Lidze Europy. Raków niespodziewanie gubił punkty na finiszu. Warunkiem koniecznym do sukcesów Lecha było przy tym odpadnięcie z pucharów najpóźniej w sierpniu, a najlepiej niestartowanie w nich w ogóle. Lech albo mógł osiągać sukcesy w kraju, albo grać długo w Europie.
W tym sensie aktualne mistrzostwo jest wyjątkowe, bo świadczy o wejściu na kolejny poziom. Lech nie zawojował Europy, ale jednak grał w niej do drugiej połowy marca. Licząc z Pucharem Polski, z którym pożegnał się w ćwierćfinale, ulegając późniejszemu triumfatorowi, oznaczało to rozegranie aż 19 meczów więcej niż w poprzednim sezonie. To więcej niż ligowa runda. Podczas gdy w minionych rozgrywkach najbardziej obciążony zawodnik rozegrał trochę ponad 3000 minut, teraz przekroczył już 4600. Nie bez przyczyny większość trenerów twierdzi, że gra na trzech frontach to inna dyscyplina sportu. Lech pierwszy raz sobie w niej poradził.
Papierowe bogactwo
Musiał też w tym sezonie walczyć z niesprzyjającymi okolicznościami. O kadrze, którą zbudowano Frederiksenowi, mawia się, że to samograj. To prawda, że na papierze wygląda na najmocniejszą w Polsce. Tyle że Ali Gholizadeh, największa gwiazda, uzbierał tylko trochę ponad tysiąc minut, przez całą jesień pauzowali skrzydłowi Daniel Hakans i Patrik Walemark, a Radosław Murawski, lider drugiej linii i kluczowa postać szatni, pierwszy raz pokazał się na boisku końcem kwietnia. Jeśli dodać do tego doznane wiosną przez Alexa Douglasa i Kornela Lismana poważne kontuzje, okaże się, że na papierze kadra wyglądała zwykle bardziej bogato niż na boisku.
Zwłaszcza że nie każdy z głośnych letnich transferów przyniósł Lechowi pożytek. Mateusz Skrzypczak, który wydawał się idealnym wzmocnieniem linii obrony, znów wyglądał w Poznaniu tak, jak przed transferem do Jagiellonii Białystok, gdy wydawało się, że akurat ten wychowanek kariery nie zrobi. Formy z Podlasia nie przywiózł do Wielkopolski również Joao Moutinho. Długo nie broniło się sięgnięcie po Yannicka Agnero, Taofeeka Ismaheela, czy Timothy’ego Oumę. Każdy miał momenty, ale żaden nie stał się ważnym ogniwem. Od Frederiksena była więc wymagana kreatywność i rozwijanie tych, których już miał.
Zespołowa dojrzałość
Kozubal przed rokiem może zachwycał częściej, ale w tym sezonie nauczył się grać także jako defensywny pomocnik, co uczyniło go bardziej uniwersalnym. Gurgul pewnie wygrał rywalizację z Moutinho. Problemy Skrzypczaka i Douglasa otworzyły drogę Mońce. Nie każdy ruch musiał wypalić, by Lech ciągle wyglądał mocno. Trener, zamiast wymawiać się problemami, tworzył rozwiązania. Dyrektor sportowy nie przyniósł mu kogoś aż tak dobrego, jak Afonso Sousa, sprzedany w lecie, który zdobył aż dziewiętnaście punktów w klasyfikacji kanadyjskiej. Zbiorczo jednak te liczby udało się zastąpić. Czasem błyskami Luisa Palmy, czasem Leo Bengtssona, którzy w skali sezonu nie zasłużyli na indywidualne nagrody, ale w ważnych momentach potrafili wyciągać z plecaków buławy.
Efektem była drużyna mająca mniej silnych punktów niż zeszłoroczna, ale stabilniejsza. Lech może nie wrzucił nikomu ośmiu bramek, jak rok temu Puszczy Niepołomice, ale przegrał tylko sześć razy, czyli mniej niż w poprzednim sezonie. Nie zbudował twierdzy, lecz przywiózł znacznie więcej punktów z wyjazdów. Przed rokiem, gdy musiał gonić wynik, prawie zawsze przegrywał. Teraz pod względem średniej punktów zdobytych w meczach, w których przegrywał, zajmuje pierwsze miejsce w lidze. Nie pozostawił też wątpliwości na finiszu. Odkąd po 25. kolejce pierwszy raz wskoczył na czoło tabeli, nie wpuścił na nie już nikogo. Nie przegrał z żadnym z głównych konkurentów. Najwyżej sklasyfikowany zespół, który go pokonał, to szóste Zagłębie Lubin. Gdy jednak przyszło wiosną do bezpośredniego meczu na szczycie, kompletnie Miedziowych zdominował. Tylko dwie drużyny zdobyły na Lechu więcej punktów niż on na nich. Amplituda występów dobrego i złego Lecha była w tym sezonie jakby mniejsza niż zwykle. A kibice częściej wiedzieli, czego się po tej drużynie spodziewać. To już nie był zespół zdolnych chłopców, lecz mężczyzn.
Styl mistrza
Nie zatracił przy tym ofensywnego oblicza. Podczas gdy wiele drużyn, grając co trzy dni, zwraca się w stronę pragmatyzmu, ligowy Lech tego nie pokazywał. Średnie posiadanie piłki wciąż należało do najwyższych w lidze. Pod względem jakości tworzonych okazji nie miał sobie równych. Oddawał najwięcej strzałów oraz strzałów celnych. Jednocześnie pokonywał największy dystans. Pod względem bilansu goli oczekiwanych, czyli stosunku szans tworzonych do dopuszczonych, zajął bezsprzecznie pierwsze miejsce w lidze. Grał więc, jak na mistrza przystało. Futbol w pełni eksponujący talent zgromadzonych w kadrze piłkarzy.
Znamienne jest spojrzenie na statystyki z poszczególnych meczów. Na wykresie średniej kroczącej goli oczekiwanych widać, że Lech systematycznie rósł. Im dłużej trwał sezon, tym bardziej rozjeżdżały się linie sytuacji, które tworzył (zielona) oraz tych, do których dopuszczał rywali (fioletowa). To oznacza, że z przebiegu gry coraz częściej zasługiwał na wygraną, a jeśli tracił punkty, to z powodu nieskuteczności, pecha, czy świetnej postawy bramkarza rywali, a nie ze względu na wyższość przeciwnika.
Mądrość systemowa
Według danych Hudl StatsBomb wiosną tylko raz miał niższy wynik w golach oczekiwanych od rywala – GKS Katowice, z którym zremisował, ustąpił o cztery setne. By znaleźć punkty, na które z przebiegu gry statystycznie nie zasłużył, trzeba by się cofnąć do grudniowego meczu z Cracovią, w którym przez prawie połowę grał w dziesiątkę. Jedyny raz wyraźnie ustąpił rywalowi jakością szans, grając jedenastu na jedenastu w… 1. kolejce. 4:1 dla Cracovii było wynikiem za wysokim, ale to i tak jedyny przypadek, gdy komuś udało się, grając w równych liczebnie składach, osiągnąć niemal dwukrotnie wyższe xG niż Lech. Przegrane Lecha były więc raczej wynikiem tego, że w futbolu lepszy zespół nie zawsze wygrywa. Ale w całym sezonie nie zdarzyło się mu przegrać w lidze dwa razy z rzędu.
Lech uniknął tradycyjnych dla siebie pomistrzowskich wstrząsów, przetrwał z w miarę zbliżoną kadrą i tym samym trenerem na stanowisku. Jeśli przedłuży kontrakt z Frederiksenem, stanie przed szansą skorzystania z mądrości systemowej, czyli własnych świeżych doświadczeń. Duńczyk może być pierwszym trenerem od czasów Skorży w Wiśle Kraków, który dwa razy z rzędu przystąpi do eliminacji Ligi Mistrzów. A to może dać mu szansę lepiej je rozegrać. Awans do któregoś z ważniejszych europejskich pucharów skierowałby na Bułgarską kolejny deszcz pieniędzy, które akurat tam potrafią obracać w długoterminowy sukcesu. Lech jest budowany zgodnie z oksfordzką tajemnicą pięknych trawników: zasiać, a potem kosić przez 200 lat.