- Synowie przyszli i powiedzieli, żebym wracał do domu, bo nie zasługuję na to, w jaki sposób jestem traktowany. Oni też byli tego "bezpośrednimi beneficjentami". Też ich to dotykało - mówi Rafał Górak. W długim wywiadzie trener GKS Katowice opowiada nam, dlaczego leżąc w rynsztoku warto patrzeć w gwiazdy. Nawet jeśli ma się ich sięgnąć dopiero po pięćdziesiątce.
Dzisiaj kibice Gieksy pisząc o 53-letnim Rafale Góraku poprzedzają jego imię i nazwisko tytułem "sir". Wielu przechodzi też przez usta określenie "legenda". Zasłużenie - w końcu to on po dziewiętnastu latach tułaczki w niższych ligach wprowadził ich klub do Ekstraklasy, w pierwszym sezonie wywalczył ósme miejsce, a w obecnym poszedł jeszcze o krok dalej i na finiszu sezonu walczy o miejsce dające awans do europejskich pucharów. W Katowicach rzeczywistość przegoniła marzenia. Ulice są żółte od klubowych koszulek, a na stadionie próżno szukać wolnych miejsc.
Ale ta sielanka trwa od niedawna. Jeszcze na początku 2024 r. kibice domagali się zwolnienia Góraka, a ówczesny prezes prosił, by wytrzymali z nim tylko pół roku, raptem do końca sezonu. Atmosfera na trybunach przypominała stypę. Trwał bojkot, pojawiały się wyzwiska, rozczarowanie mieszało się ze zniecierpliwieniem. Najgorzej było jednak w Internecie, gdzie komentarze o trenerze uderzały nie tylko w niego, ale też w jego rodzinę. I były poniżej jakiegokolwiek poziomu.
Filip Macuda, Dawid Szymczak: "Wolę mieć trudne chwile z kibicami niż gdybym miał je mieć ze swoimi synami – wtedy bym się bardziej martwił". To jest mądre zdanie, pokazuje dystans i sugeruje, co jest w życiu najważniejsze. Ale synowie w pewnym momencie też do pana przyszli.
Rafał Górak: Przyszli i powiedzieli, żebym wracał do domu, bo nie zasługuję na to, w jaki sposób jestem traktowany. Oni też byli tego "bezpośrednimi beneficjentami". Też ich to dotykało. Ludzie nie mają litości. Nie patrzą, czy to jest twój syn. W pewnym momencie było grubo.
I co wtedy?
- To był ten dzień, w którym było mi najtrudniej. Być może miałem taką myśl, żeby posłuchać najbliższych, ale obok była jeszcze szatnia, która też jest dla mnie bardzo ważna. To piłkarze nie pozwolili mi odejść. Zawodnicy powiedzieli mi, że nie mam prawa wywieszać białej flagi, bo oni we mnie dalej wierzą i razem z tego wyjdziemy. Musiałem poprosić synów, żeby dali mi trochę czasu. To był moment, w którym byliśmy w I lidze na 12. miejscu i nie wygraliśmy chyba dziewięciu meczów z rzędu. To była jesień sezonu, który skończył się awansem do Ekstraklasy.
Hejt, który wylewał się w Internecie, kończył się na Internecie, czy przenosił na ulicę?
- Ja nie oberwałem nigdzie w bezpośredni sposób. Pokazywałem się w Katowicach i czułem się bardzo swobodnie. Ale mój młodszy syn jest taki, że potrafi odpowiedzieć na zaczepkę. Doszło do tego, że dwa razy byłem wezwany przez dyrektora do szkoły, bo "Franek się odpalił". Bardzo go wtedy prosiłem, żeby uważał na emocje. Żona też bardzo to odczuwała. Ale byłem wtedy bardzo zawzięty i wierzyłem w to, co robię. Nie zaniedbywałem drużyny, nie miałem podejścia "p***ę, nie robię, nie chce mi się".
"Górak ma pięć miesięcy do końca kontraktu. Wytrzymaliście z nim już 4,5 roku". To zdanie padło podczas prawie dwugodzinnej rozmowy byłego prezesa klubu Krzysztofa Nowaka z kibicami Gieksy. Co czuje trener, gdy dochodzą do niego takie słowa?
- To była dłuższa rozmowa i to słowa wyrwane z kontekstu. Tego było więcej. Wszystko dotyczyło mnie i mojej drużyny, pracowników klubu. Udzieliłem wtedy wywiadu TVP Sport, w którym powiedziałem, że muszę chronić drużynę przed nieodpowiedzialnymi słowami prezesa. Powiedziałem, że te słowa to policzek dla całej Gieksy, a nie tylko dla mnie. Pomyślałem sobie, że następnego dnia może mnie już nie być w pracy. Nie zgadzałem się jednak, by ktoś obrażał moich współpracowników. Czekałem tylko na to, co wydarzy się dalej. Ale było cicho, a potem przyszła u prezesa refleksja, przeprosił mnie i podaliśmy sobie ręce. Nas - mnie i drużynę - chyba to wtedy wzmocniło.
Pan jest chyba silnym facetem. Ile było takich momentów zwątpienia?
- Kryzysów w GKS było kilka. Najważniejsza jest wtedy rola dyrektorów i prezesów. Jeżeli ci ludzie spełniają funkcję zderzaków i biorą na siebie odpowiedzialność, nie jest takie łatwe, żeby podjąć decyzję o zwolnieniu trenera. Zwolnić jest najłatwiej. Gdy prezesem był Marek Szczerbowski, mieliśmy od niego bardzo duże zaufanie i razem szliśmy przez wszystkie burze. Potem przyszedł ktoś nowy [Krzysztof Nowak - red.], jeszcze niegotowy na to wszystko i trochę się zagotował. Ale nad nami zawsze jest też szef - prezydent miasta Katowice. Wiem, że parę razy się zachował fenomenalnie i wytrzymał ciśnienie.
Wytrzymał pan i wytrzymuje już prawie siedem lat. Co przez ten czas jest pana największym sukcesem?
- (kilka sekund ciszy) Chyba to, każdemu zawodnikowi mogę spojrzeć w oczy. Podjąłem w tym czasie mnóstwo decyzji, ale nigdy nie zrobiłem czegoś nieuczciwego. Zawsze kierowałem się dobrem klubu. A zagrożeń jest przecież masa.
A nadal najważniejszą osobą w klubie jest dla pana kierowca autobusu?
- Są momenty, że tak! Wchodzę do autobusu i mówię: "Bogdan, teraz ty się martw". Przy tym natłoku obowiązków, zarządzania drużyną i sztabem, na chwilę mam kogoś, kto przejmuje odpowiedzialność. Jak jedziemy, on jest szefem, a ja odpoczywam. Poznaliśmy się już w 2011 roku i mamy świetną relację. Bardzo go szanuję.
To wymowne, że gdy zapytaliśmy o największy sukces, nie powiedział pan o niczym wymiernym: ani o awansie do Ekstraklasy, ani o 49 punktach w pierwszym sezonie, ani o obecnym miejscu w tabeli. Tylko o patrzeniu w oczy. Wcześniej rozmawialiśmy z Arkadiuszem Jędrychem. Powiedział, że ktokolwiek wychodzi z waszej szatni, ma w tych oczach łzy.
- My też wtedy je mamy. Udało nam się zbudować wyjątkowe relacje. Zresztą Arek jest moim kapitanem i wiem, że jeśli byłoby inaczej, to by tak nie powiedział. Zawodnicy doceniają, w jaki sposób są prowadzeni. Wiem, że jestem upierdliwy, wymagający i zerojedynkowy, ale też cierpliwy i wyrozumiały.
Ego trenerowi pomaga czy przeszkadza?
- Każdy z nas trenerów jest inny. Moje ego jest, jakie jest. Uznaję się za człowieka gotowego na pracę w Ekstraklasie, ale wiem, że w 2011 roku gotowy nie byłem.
Dlaczego?
- Za mało wiedziałem, a za dużo myślałem, że wiem.
Pytamy o ego, bo mamy wrażenie, że nie przyznaje pan sobie monopolu na rację. Nie ma pan problemu, by uczyć się od młodych, inspirował pana Dawid Szwarga i grupa Deductor, na co dzień często oddaje pan głos zawodnikom.
- Lubię się uczyć. Gdybym przestał, to byłby początek mojego końca. Wydaje mi się, że zawsze trzeba słuchać. Może mam tak dlatego, że mój ojciec zawsze mnie słuchał? Wiedziałem, że to jedyna osoba, który nie będzie mnie o nic pytać, przerywać, tylko od początku do końca mnie wysłucha i potem powie swoje. Uwielbiam młodych trenerów i nowomowę. Chcę iść z nimi pod rękę. Piłka się rozwija i postrzegam ją dzisiaj zupełnie inaczej niż 30 lat temu. Nie wyobrażam sobie pracy bez młodych ludzi. Doczekałem się też tego, że i oni mnie o coś pytają. Dawid również pytał i jeszcze nie raz - jak go znam - o coś zapyta.
Pan docenia ich werwę, a oni doceniają pana siwe włosy.
- Tak, i dlatego mój sztab też jest bardzo podzielony. Mam w nim bardzo doświadczonych ludzi, ale też bardzo młodych. Uwielbiam młodzież, ale też przypominam im, by czerpali również od starszych.
Ale ustalmy jedną rzecz - chyba nie rzucania tablicami. Zdarzało się to panu kiedyś. Był pan raptusem?
- Zamiast tego dzisiaj wciąż chodzę przy ławce i nabijam kroki. Kiedyś mniej chodziłem, a więcej się darłem. Mnie to w jakiś sposób wykańczało, a drużynie nie pomagało. Piłkarze nawet mnie nie słyszeli. Myśleli, że jestem w***y, a ja krzyczałem, że dobrze idzie. Wiedziałem, że muszę się uspokoić. Czym innym jest podpowiadanie w przerwie – nie podczas kontuzji bramkarskiej, bo to mi się nie podoba i z tego nie czerpię. Kiedyś byłem bardzo impulsywny i ta tablica rzeczywiście raz czy dwa razy poleciała. Chyba Dawid Szwarga nawet jedną dostał.
Może wtedy go olśniło i postanowił zostać trenerem!
- Nie! Dawid szybko wstał. Pamiętam, jak dobierałem sztab i pierwszy raz przyjechałem do niego na rozmowę. Byli z nami Kuba Dziółka i Andrzej Bledzewski - musieliśmy podjąć decyzję, jak będzie wyglądała grupa naszych współpracowników. Dawid mówił mi, że wszystko, co wcześniej przeżył w Gieksie, było traumatyczne i chyba woli indywidualnie trenować dzieciaki, bo da mu to większą satysfakcję niż ten dom wariatów. Ale szybko się dogadaliśmy, bo widziałem, że mimo wszystko Dawid miał w sobie bardzo pozytywną energię, jest bardzo wyrazisty. Ona zaprowadziła go tam, gdzie doszedł.
To jeszcze w kwestii tego chodzenia. Ile kroków pan robi podczas meczu?
- Raz była akcja "kroki Góraka", gdy Ekstraklasa wraz z firmą Aztorin zaopatrzyła mnie w zegarek i liczba kroków miała zostać przeliczona na pieniądze na cele charytatywne. Prawie dycha wtedy pękła. 9600, jeśli się nie mylę.
Prawie dzienna norma w 90 minut.
- To jednak kroki, a nie metry, a podczas półfinału Pucharu Polski była jeszcze dogrywka i karne. I jeszcze emocje doszły!
Właśnie. Jak się podnosi zespół po takim szalonym meczu, jak półfinał z Rakowem Częstochowa, w którym remisujecie 4:4, odpadacie w karnych, a trzy dni później jedziecie do Poznania i potraficie zremisować z Lechem 3:3?
- Im dłużej pracuje się z zespołem, tym w takich sytuacjach jest łatwiej. Faktem jest, że po ostatnim rzucie karnym z Rakowem od razu zacząłem myśleć o meczu z Lechem. I martwiłem się o moich piłkarzy. Ale po raz kolejny mnie zaskoczyli. To, w jaki sposób zagrali w Poznaniu i jak się pozbierali - szacunek za to. To mnie napędza, że nie doszliśmy wtedy do ściany. Obaliliśmy wszystkie mity o zmęczeniu i o mentalu. I obaliła je drużyna, która wcale nie jest najmocniejszą drużyną w Ekstraklasie.
Jaką szatnię pan zastał w Częstochowie?
- Taką, jaką możecie sobie wyobrazić - cichą i smutną. Powiedziałem do piłkarzy, że jeśli sportowiec przegrywa mecz w taki sposób, musi mieć głowę wysoko, a nie między jajami, bo dał z siebie wszystko. Dał z siebie ekstremalnie wszystko i to zasługuje na podziw, a nie utyskiwanie. Powiedziałem, że za trzy dni mamy mecz w Poznaniu i przed nim odpoczniemy. Do tego sen i regeneracja i jedziemy po punkty albo oddajemy walkower. Piłkarze szybko się zgodzili - jedziemy pokazać, że umiemy grać.
Takie zrywy, podnoszenie się w trudnych momentach, kojarzy nam się z tym człowiekiem [mówiąc to podsuwamy trenerowi autobiografię Aleksa Fergusona, którym Rafał Górak się inspiruje – red].
- O, "Autobiografia" świetna, jest jeszcze "Futbol, cholera jasna". Choć dla mnie najlepszą o Fergusonie jest "Być liderem". W tej książce też jest wiele opisów takich momentów, w których musieli się podnosić po porażkach. Trener musiał być liderem. Przecież wszyscy pamiętamy, jak Manchester United przegrywał z Bayernem Monachium, a Ferguson w 90. minucie patrzył na zegarek i mówił, że spokojnie, bo zostało dużo czasu. Potem chyba tylko Bogdan Wenta w piłce ręcznej powiedział tak o 15 sekundach.
Co to znaczy, że ktoś jest jak "albański dzięcioł"?
- To było o jednym z moich byłych piłkarzy. Świetny chłopak, kapitalny zawodnik, trochę taka introwertyczna osobowość. Jak do nas przyjechał, nie do końca mieścił się w naszych założeniach. Był młody i miał trochę krnąbrny charakter. Jak się coś mu narzucało, świetnie wykonywał to w treningu, a podczas meczu potrafił o tym zapomnieć. Tak mi się to złożyło i powiedziałem do niego, że jest jak "dzięcioł albański". Chodziło mi o to, że powinien więcej wdrażać i przekuwać. (śmiech)
Dużo ma pan takich powiedzonek.
- Setki, a piłkarze są bardzo spostrzegawczy i od razu wszystko wyłapują. Czasami to zapisują i później dostaję od nich całą listę. Ale to zawsze jest coś pozytywnego. Nikogo nie miało na celu obrazić, tylko zobrazować w zabawny sposób.
Pan podobno nie lubi narzekać i chce, żeby drużyna zawsze schodziła z murawy ze świadomością – jeśli przegra – dlaczego przegrała. Z drugiej strony lubi pan książki i jest ten cytat z Andre Agassiego, by "kontrolować to, co możesz kontrolować". Przecież czasami się nie da – błędy sędziowskie, kontuzje.
- To chyba wynika z faktu, że jestem ze światem piłki nożnej pod rękę od piątego roku życia. Ja naprawdę uwielbiam piłkę i oglądam mnóstwo meczów. Uwielbiam być na żywo i nie chodzi o "bycie na analizie". Jeśli jadę na mecz, to nie na analizę. Nieważne, czy to Ekstraklasa, czy V liga. Lubię czerpać całą esencję. "Nigdy nie narzekać" - to był zawsze klucz, który chciałem przekazać drużynie. Również po to, żeby nie było sytuacji, w której zwycięstwo za każdym razem jest celebrowane tańcem w kółku, a po porażkach koniecznie głowy w dół i nie wiemy, dlaczego przegraliśmy. Musimy to wiedzieć, Musimy wiedzieć, co nas zawiodło. Nigdy nie chciałem być intuicyjny i oceniać drużyny przez pryzmat jednego błędu indywidualnego. Czy jakby Dawid Kudła nie minął się z piłką z Lechią Gdańsk i jakby Kurminowski go nie minął i nie strzelił gola, to byśmy ten mecz wygrali? To jest bzdura. Nigdy by mi to nie przeszło przez gardło. Dla mnie liczy się merytoryka takiej analizy. Nic nie można pozostawić przypadkowi.
To ile dziś w pana warsztacie zostało intuicji i trenerskiego nosa, a ile liczb i nowomowy?
- Trener bez intuicji to dupa, nie trener. Musi trochę tego w sobie mieć. U nas działa to tak: opieramy się na liczbach, ale później, przy podejmowaniu decyzji, która nie zawsze jest oczywista, w grę wchodzi też intuicja. Czasami mamy przypadek, którego liczby nam nie wyjaśniają, a intuicja mówi mi, co będzie lepsze.
Ferguson to idol?
- Jak przeczytałem "Być liderem" to tak, jeśli chodzi o lidera. Absolutny kozak. Mam te wszystkie książki w gabinecie. Mocno pokolorowane różnymi flamastrami, bo czytałem je po kilka razy i za każdym razem zaznaczałem inne rzeczy. "Być liderem" fajnie się czyta, gdy się dużo przeżyło. Czasami mówimy, że Premier League to liga z kosmosu. Nieprawda - wszędzie chodzi o ludzi.
Kibice pod wywiadem Romana Kołtonia piszą w komentarzach "sir Rafał Górak". To chyba ładne.
- Ładne, schlebia mi to. Ale sir Alex Ferguson to człowiek, który wygrywał trofea. Ja niczego nie wygrałem. Mam nadzieję, że wszystko co dobre jeszcze przede mną.
A poza Fergusonem? Kogo pan podgląda z tych wielkich?
- Pep Guardiola i Roberto De Zerbi to dla mnie ludzie, którzy chyba najbardziej zreformowali piłkę nożną. Fajnie jest to wszystko śledzić i się od nich uczyć. Ale byłem też kiedyś na konferencji, na którą przyjechał Marcelo Bielsa. Miał tam wystąpienie. Otarłem się wtedy o geniusza. Zanim się podłączył do komputera, zaczął maszerować po sali i pomyślałem, że jest nieźle nakręcony. Prezentacja dotyczyła tylko piłkarzy reprezentacji Polski i była pokazana na 12 modelach gry. Pokazywał np. Nicolę Zalewskiego w różnych systemach gry. Oparte to wszystko było o liczby, o różne sektory boiska. Genialnie przygotowane. Zapytano go, co zrobić, żeby być takim jak on. Powiedział, że mamy oglądać mecze i najlepszych trenerów, szukając powtarzalności. Potem nie bać się wdrażać tego swoim piłkarzom. Święte słowa.
Wymieniamy wielkich trenerów. Byłem na ćwierćfinale Pucharu Polski, wygranym przez was po rzutach karnych z Widzewem Łódź i nagrałem scenę, która mnie chwyta za serce. I widzę w niej analogię z innym wielkim trenerem – Juergenem Kloppem.
- To ładne i cieszę się, że tak wygląda dzisiaj moja relacja z kibicami. Ja w swoim życiu też narobiłem wiele głupich rzeczy i przepraszałem. Kibice mnie również przeprosili i przybicie piątki z nimi jest dla mnie wiążące. Przecież nie zawsze tak było - jak przychodziłem do Gieksy w 2019 roku, mieliśmy frekwencję około 1500 osób.
Dzisiaj tyle macie na wyjazdach.
- I wiem, że ci ludzie przeprosili się z Gieksą. Wiem, że byli skłóceni z klubem, a nie tylko ze mną. Razem mamy piękny stadion i nie widzę powodu, by im nie dziękować. To forma mojego podziękowania im za to, jak nam pomagają. Dla mnie są wzorową ekipą kibicowską.
Czy kiedykolwiek czerpał pan większą przyjemność z pracy niż dzisiaj?
- Dzisiaj na pewno wiem, że dużo zrealizowałem. Ale tak naprawdę bycie trenerem zawsze dawało mi masę radości. Wiadomo, że dziś jesteśmy w Ekstraklasie, więc jest poczucie dużego, ale nie pełnego spełnienia.
Pytamy o to, bo dzisiaj już szczury nie piszczą, tynk nie leci ze ścian, ma pan łącznie 18 osób w sztabie, trenuje pan na lepszych boiskach. Bywało znacznie gorzej.
- Wiadomo, że Ekstraklasa i jej otoczka to jedno, ale przenosiny na naszą nową arenę - to wszystko fajnie sprzęgło się w wyjątkową historię. Natomiast nie powiem, że od czasu do czasu nie tęsknię za starą Bukową, bo jednak jej klimat był wyjątkowy. Nigdy się od tego miejsca nie odwróciłem - staram się tam bywać przynajmniej raz w tygodniu. Przede wszystkim jako gość na meczach piłkarek. Zawsze będę pamiętać to miejsce, bo tam się dużo wydarzyło.
Charakterystyczny Blaszok, łuskany słonecznik, żółte koszulki - czym dla pana jest stara Bukowa?
- Wiadomo, że już jako młody człowiek żyjący na Śląsku byłem blisko tych emocji, które wtedy dawała Gieksa. Drużyna tworzona przez Magnata, czyli prezesa Mariana Dziurowicza, pisała piękną historię w europejskich pucharach. Oczywiście - mniejszą, bo gdzie nam się mierzyć z Górnikiem Zabrze i Ruchem Chorzów, ale GKS zaczął się liczyć w polskiej stawce. Tym wtedy nasiąknąłem. Widziałem kilka meczów tamtego zespołu. Nie byłem na każdym spotkaniu, ale żar zawsze we mnie był. Kiedy zostałem trenerem – zwłaszcza za pierwszym razem, w 2011 roku - legendy Gieksy, takie jak Jan Furtok, Marek Koniarek i Piotr Piekarczyk, były bardzo blisko klubu. Miałem okazję poznać wiele historii - choćby od Janusza Jojko, który był u mnie w sztabie. Mogę powiedzieć, że dotknąłem tamtych czasów. Bukowa to magiczne miejsce.
Ale, upraszczając: czy było kiedyś panu w GKS fajniej?
- (śmiech) Czy było fajniej? Na pewno jest mi dobrze w GKS. Od kiedy tutaj jestem, spełniamy kolejne cele. Jak wylądowaliśmy na trzecim poziomie rozgrywkowym, to awansowaliśmy na drugi poziom. Wtedy było bardzo dobrze. Chcieliśmy się utrzymać w I lidze, bo wiedzieliśmy, że nie będziemy finansowym hegemonem. To był kolejny mniejszy sukces. Potem nastąpił okres przejściowy – wcale nie taki fajny, bo wiele spraw było złych wokół drużyny, takich jak bojkot kibiców. Przeszliśmy ten trudny moment i awansowaliśmy do Ekstraklasy. To było coś cudownego – kiedy sędzia zagwizdał po raz ostatni w Gdyni, poczułem spełnienie. A dzisiaj jesteśmy w Ekstraklasie, kończymy drugi sezon. Nie powiem, że jest fajniej, niż to, co było. Chyba wszystko zbieram w całość. Ta historia się dalej pisze.
A był moment, w którym pomyślał pan, czekając na tę Ekstraklasę: "A co, jeśli moim miejscem jest II i III liga"?
- Wiecie, trzeba sobie powiedzieć szczerze - były momenty, kiedy byłem bardzo zły na to wszystko. Może nie zazdrosny, bo na pewno nie zazdrościłem z zawiścią, ale wielu moich asystentów trafiało do Ekstraklasy. Myślałem sobie wtedy: "Kurde, to jest niemożliwe, że telefon nie dzwoni". Zastanawiałem się, bo wierzyłem, oglądając Ekstraklasę, że bym z niej nie spadł, bo bym się obronił. Stwierdziłem, że chyba muszę sam do niej awansować.
Takich Góraków może być w II i III lidze więcej. Też się frustrują. Jak nie stracić nadziei? A może trzeba było się zmienić, czytać inne książki, robić coś nowego?
- Zapewne trzeba się rozwijać. Faktem jest, że siedząc w niższej lidze, rozwój jest kluczowy. Trzeba też umieć słuchać. Wielu młodych trenerów nie słucha - ja też nie słuchałem. Trzeba umieć patrzeć, bo wiele można wtedy dostrzec. Na pewno trzeba cholernie kochać piłkę i wierzyć, że ona ci tę miłość odda. To jest trochę toksyczny związek. W niższych ligach nie mamy tak rozbudowanych sztabów i wiele rzeczy trzeba robić samemu. Niestety, popada się wtedy w pracoholizm. Powiem wam szczerze: bez tego, co przeżyłem w niższych ligach, nie byłbym dobrym szefem dla tych wszystkich ludzi, których dzisiaj mam do dyspozycji. Mogę dedykować pracę i wiem, że nikt nie zrobi tego byle jak, nikt mnie nie oszuka. To mi bardzo pomaga. Praca w niższych ligach daje bardzo dużo.
Mówił pan już o swoim tacie, który zawsze pana słuchał. Jakie jeszcze wartości wyniósł pan z domu?
- Miałem dom pełen miłości i ciepła. Było skromnie. Długo mieszkaliśmy na 38 metrach kwadratowych. Mieszkałem tam do 26. roku życia. Miałem kochających rodziców - ojca, który mnie zaraził miłością do piłki. To on zaprowadzał mnie w Bytomiu na jeden z meczów - na Polonię lub Szombierki - bo mówił, że facet musi obejrzeć jakiś mecz raz w tygodniu. Potem puścił mnie na treningi, ale nigdy się nimi nie interesował. Przychodził tylko na mecze i to tylko te, które graliśmy u siebie. Nie miałem żadnych nacisków. Wiedziałem, że jak wrócę do domu, będzie spokojnie. Mama dalej mieszka w tym miejscu. To blokowisko w Bytomiu.
Górny Śląsk dziś wygląda inaczej niż w czasach pana dzieciństwa i młodości.
- To wyjątkowe miejsce. Słuchajcie, w samym Bytomiu 30 lat temu było siedem kopalni. Teraz ostatnia - "Bobrek" - jest wygaszana. Trzeba sobie zdać sprawę, że wszędzie byli górnicy. Dosłownie - w każdej rodzinie. Sam jestem wychowankiem Technikum Górniczego. Dzisiaj Śląsk wygląda inaczej, bo musiał przejść przemianę i poradzić sobie z ogromnym kryzysem, gdy masa ludzi straciła pracę. Musieliśmy się wszyscy tego nauczyć. Dziś Bytom wstaje z kolan, przechodząc piękną transformację. Nie mówię o Katowicach - one są przepiękne i są nowoczesnym, europejskim miastem. Mamy miasta ościenne: Świętochłowice, Siemianowice, Chorzów, Zabrze. To miasta, które przeszły bardzo trudny czas. Mieszkając w Bytomiu cieszę się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Nigdy nie zapomniałem o starym Śląsku, ale kocham ten nowy.
Próbuję to przełożyć na klub - cały czas macie w herbie kopalnię. Udaje się zachować tę tożsamość?
- Historia jest ważna. Wielokrotnie staram się zawodnikom o tym opowiedzieć. Zabieramy ich w miejsca, które są dziś muzeami i można w nich o górnictwie posłuchać. Dzięki temu mogą zdać sobie sprawę z tego, gdzie grają. Górniczy Klub Sportowy - taka nazwa też nie wzięła się znikąd.
A zabieracie ich do kopalni?
- Możemy pojechać. Pokazujemy te miejsca na prezentacjach multimedialnych. Dziś nie ma tak dużo czasu - sport jest bardzo dynamiczny. Ale jeśli mamy mecz w okolicach 4 grudnia [tego dnia przypada Barbórka, górnicze święto - red.], zawsze temat górnictwa się pojawia.
Arkadiusz Jędrych, obrońca GKS Katowice, w jednym z wywiadów powiedział, że wasza droga jest materiałem na książkę. Pan lubi książki. Zastanawiamy się, jaki tytuł miałaby książka napisana przez pana.
- Może to: "Patrz w gwiazdy, mimo że leżysz w rynsztoku".
Czyli Oscar Wilde i jego komedia "Wachlarz Lady Windermere".
- "Wszyscy leżymy w rynsztoku, ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy" - to dokładny cytat z tej książki. Tak to u nas wyglądało. Pamiętam wzrok na moim pierwszym treningu Arka Jędrycha czy Adriana Błąda, którzy zostali od tamtych czasów: "Co teraz?". Powiedziałem: "Bierzemy się do roboty". Wiecie, myślę, że to na pewno historia na piękną opowieść. Ona w wielu miejscach jest magiczna. Nową Bukową otwieraliśmy 30 marca - w dzień moich urodzin. Nikt by takiej symboliki nie wymyślił.
A dla pana to przypadek, czy nie ma przypadków w życiu?
- Wydaje mi się, że wszystko coś znaczy. W tym, co się wydarzyło w GKS Katowice, przypadku nie ma. To suma trudu, ciężkiej pracy - górniczej wręcz, bo przecież górnictwo na Górnym Śląsku zawsze z nami było, jest i będzie. Wiele rzeczy wypracowaliśmy.
Czym wy dziś przekonujecie piłkarzy do Gieksy - tych, których możecie sprowadzić, ale też tych, których już macie tutaj? Przedłużenie kontraktu ze Strączkiem, wcześniej z Lukasem Klemenzem i Bartoszem Nowakiem.
- Świetną robotę robi dyrektor sportowy Dawid Dubas - człowiek z cienia, którego niedużo w mediach, natomiast wydaje mi się, że jest bardzo uczciwy w stosunku do piłkarzy podczas rozmów. Przedłużenie Nowaka, Klemenza - tu teoretycznie nie mieliśmy szans z kontrofertami - i Strączka. Faktem jest, że z zawodnikami rozmawiamy tylko dyrektor i ja. Zarządowi podprowadzamy już tylko "gotowca". Tak wygląda nasza praca. Wszystko odbywa się na uczciwych warunkach. Bardzo pomaga nam nowy stadion, ale najbardziej gra Gieksy. Bartek Nowak nie przedłużyłby z nami umowy, jakby myślał, że chcemy się po prostu tylko się w tej lidze utrzymać. To była pierwsza osoba, która zimą powiedziała mi, bym się nie przejmował, że mamy tylko 20 punktów i jesteśmy pod kreską.
Czy wy macie jakiś konkretny klucz doboru piłkarzy? Nie chcę tego spłycać, ale Szkuryna nie chciała Legia, Czerwińskiego nie chciał już Lech, Nowakowi podziękowano w Rakowie., Mateusz Wdowiak też był na zakręcie..
- A Mateusz Kowalczyk był w Brondby i rok nie grał. Wypożyczyliśmy go i spisał się fantastycznie. Każda historia jest oczywiście inna. Alana Czerwińskiego brałem do Gieksy już w 2011 roku - to mój zawodnik, którego jako nieokrzesanego młodzieżowca wzięliśmy i zrobiliśmy z niego obrońcę. Dostałem wtedy za niego po uszach, że nie będzie grać w piłkę! Został mistrzem Polski i trafił do kadry. Bartka Nowaka też znałem i takiego zawodnika mi było potrzeba. Sytuacja na rynku nam sprzyjała i dużo godzin z Dawidem Dubasem przegadaliśmy na temat naszej kadry. Wierzymy, że jak mamy dobrze zdiagnozowanego zawodnika, to w to idziemy. Zwłaszcza, jeśli jest Polakiem.
Czyli kręcimy się wokół tej tożsamości.
- Ilja Szkuryn, Erik Jirka, Borja Galan - traktuję ich praktycznie jak Polaków. Oczywiście mamy też Emana Markovicia, Mariusa Olsena, Martena Kuuska, którzy świetnie się u nas czują. To jest też nasza rola. Jak przychodzi zawodnik z zagranicy, a w szatni spotka 20 obcokrajowców, którzy nie umieją się odnaleźć w naszym kraju - i to jest normalne - to chyba jest mu trudniej. Lepiej, żeby 75 proc. szatni stanowili ludzie z danego kraju. Eman Marković mówił mi, że w Norwegii szatnia była norweska. Zobaczcie nawet na Bodo/Glimt. W Czechach jest tak samo.
Czyli trudno jest wprowadzić nowego zawodnika do takiej scementowanej szatni, czy łatwo?
- Jeśli ma jakość, to łatwo. Szatnia błyskawicznie wyczuwa i ocenia. Jeden piłkarz przepadł w naszej szatni - Christian Aleman - który nawet pomógł nam w awansie. On był chory na pracę, czyli nie lubił pracować. W tej szatni zginął. I to pomimo tego, że zawodnicy go lubili. Po prostu nie tolerowali, że Christiana ciągle coś bolało.
Ale jakbyście na przykład wywalczyli grę w europejskich pucharach, to byście się zmierzyli z czymś jeszcze innym – wciskaniem piłkarzy przez agencje. Jak nie dać się zaczarować?
- Nie jest to łatwe, bo zagrożeń i pokus jest masa. Musimy być bardzo czujni i zachować tożsamość. Wiadomo, że z każdym półroczem piłkarzom się płaci coraz więcej. Trzeba pracować też z tymi, którzy są tutaj długo i sprawić, by nie poczuli się niepotrzebni. To ogromna praca metodyczna Dawida Dubasa, który pilnuje porządku.
Ostatnio usłyszałem ciekawe zdanie w pana kontekście i jestem ciekaw, jak się pan do tego ustosunkuje: Niels Frederiksen nie mógłby pracować w Gieksie, ale Rafał Górak nie mógłby pracować w Lechu. Czy to naprawdę są tak różne środowiska?
- A nie uważacie, że to trochę publicystyczne?
Trochę tak, ale ciekawi mnie, jak pan ocenia taki głos.
- Ciekawa teza, o której na pewno mógłbym długo dyskutować. Bardziej dyskutowałbym o sobie w Lechu, bo wydaje mi się, że Niels to świetny trener - abstrahując, czy by kiedyś chciał pracować w Gieksie. Może opowiedziałby mi, jakie zagrożenia czuje jako trener Lecha. Nie czuję się dzisiaj w jakiś sposób onieśmielony żadnym klubem w Polsce.
Był pan na meczu Rakowa z Fiorentiną, graliście z Rakowem i z Lechem w krajowych rozgrywkach. Ile dzisiaj Gieksie brakuje do europejskiego poziomu? Nie uciekniemy od tego, że może pan latem założyć garnitur na mecz w europejskich pucharach.
- Bez względu na to jak dziś wygląda tabela - w ogóle o niej nie myślmy - wydaje mi się, że skróciliśmy dystans do najlepszych zespołów w Polsce. Jeszcze nie jesteśmy na równi, ale już to mnie bardzo cieszy. Jestem pełen optymizmu. Mamy prawo patrzeć dalej - na miejsce, w którym nawet nam się nie śniło, że będziemy.
A pana marzenia sięgają jeszcze wyżej niż Gieksa?
- Na razie, minimalnie do 2028 roku, mam umowę z GKS Katowice i nie sądzę, że cokolwiek mogłoby mnie skłonić do tego, by tę umowę skrócić.