Analiza

"Repolonizacja" w polskiej piłce! Słyszymy: To zbyt odważny pomysł

Kacper Sosnowski
Cezary Kulesza (prezes PZPN) pozuje do zdjęcia z Robertem Lewandowskim
Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Informacja, że PZPN chce "podkręcić" przepisy zmuszające polskie kluby do stawiania na Polaków, pojawiła się już w kwietniu. Pomysł "repolonizacji" na razie wydał się klubom zbyt odważny. Jaki będzie kompromis? Do akcji włączyło się też Ministerstwo Sportu i Turystyki.

W poniedziałek 4 maja odbyło się spotkanie przedstawicieli PZPN z władzami Ekstraklasy i I ligi. Zjawili się też prezesi kilku dużych klubów. Temat? Planowana przez piłkarskie władze reforma lig, która zakłada wprowadzenie obligatoryjnej liczby zawodników z polskim paszportem w kadrach meczowych. To odpowiedź na rosnącą liczbę przeciętnych obcokrajowców, blokujących rozwój rodzimych talentów. I sposób na ochronę własnych "zasobów", sugestia, że to, czego kluby szukają daleko, często mają pod nosem. Jak zwykle okazało się jednak, że diabeł tkwi w szczegółach.

Zobacz wideo Widzew ma kłopoty. Co dalej? "Dla właściciela to byłaby trauma"

PZPN postraszył kluby danymi

Kierunek zmian wydaje się słuszny. Przecież, jak pokazują nawet dawne sondaże Kantaru, 70 proc. osób interesujących się w Polsce sportem, wskazuje właśnie na piłkę. To sporo więcej niż średnia europejska, która wynosi 50 proc. Nad Wisłą (to już według danych GUS) coraz więcej osób futbol też trenuje. W porównaniu 2022 z 2023 rokiem zanotowano wzrost o 31 proc.! Dzieciaków z najniższych klas podstawówek na treningach nie brakuje. Z drugiej strony, starszych nastolatków na zajęciach nie pozostaje już zbyt wielu, a piłkarzy amatorów, jak i profesjonalistów, jest jeszcze mniej. W Polsce zarejestrowanych zawodników, licząc od B klasy, są 474 tysiące. To zaledwie 1,14 proc. populacji. Dla porównania, w Niemczech – w zależności od przyjętej metodologii - jest ich ok. 8 proc. populacji, podobnie w Holandii. W Norwegii to ponad 7 proc, w Belgii ponad 4 proc. We Francji czy Portugalii - ok. 3 proc. Niemal tyle samo jest w Hiszpanii. 

Mało piłkarzy to gorszy wybór. Czy to dlatego w składach ekstraklasowych drużyn Polaków bywa jak na lekarstwo? W poprzednim sezonie padł rekord zatrudnionych piłkarzy z zagranicy. Było ich ponad 49,1 proc. W tym sezonie jest podobnie, a tendencję wzrostową widać od ponad dekady. W PZPN krążą gorzkie żarty, że niebawem trzeba będzie zrezygnować z nazwy "liga polska".

To dlatego od pewnego czasu zastanawiano się, co z tym fantem zrobić. Temat wrócił, bo przecież jeszcze nieco ponad rok temu funkcjonował w najwyższej klasie rozgrywkowej przepis o młodzieżowcu. Każdy klub musiał mieć na murawie podczas meczu co najmniej jednego zawodnika do lat 21. Za brak dostosowania się groziły dotkliwe kary, nawet do 3 mln zł. Kluby na paragraf narzekały, ostatecznie przepis zmieniono. Liczba młodzieżowców w składach spadła o ponad połowę. Kluby sięgają po młodych Polaków niechętnie.

PZPN na ostatnim spotkaniu z władzami lig zaprezentował niepokojące dane. Wynika z nich np., że do 28. kolejki obecnych rozgrywek najbardziej "polskie" kluby Ekstraklasy korzystały w meczach z - statystycznie - prawie ośmiu polskich piłkarzy. To GKS Katowice i Zagłębie Lubin. Termalica zbliżyła się do średniej niemal siedmiu Polaków na mecz. W zdecydowanej większości ekip polskich piłkarzy można było policzyć na palcach jednej ręki, a były też drużyny, w których średnia wynosiła dwóch graczy (Pogoń Szczecin).

Tak pokaźne międzynarodowe towarzystwo w klubach możliwe stało się po zniesionym 6 lat temu limicie cudzoziemców spoza Unii Europejskiej w Ekstraklasie.

Meczowa kadra w połowie z Polakami? 

To dlatego PZPN od pewnego czasu zastanawia się, jak rozgrywki "zrepolonizować". Jedynym przepisem, który obecnie obowiązuje, jest ten z regulaminu Ekstraklasy, który mówi o możliwości wpisania 25 zawodników na listę A danego sezonu.

"Jako minimum, miejsca 18-22 na liście A (pięć miejsc) są zarezerwowane wyłącznie dla zawodników szkolonych w federacji, zaś miejsca 23-25 na liście A (trzy miejsca) są zarezerwowane wyłącznie dla zawodników szkolonych w Klubie. Na miejscach 1-17 mogą być zgłaszani dowolni zawodnicy" - czytamy.

W praktyce oznacza to, że klub ekstraklasy musi mieć ośmiu Polaków. Ale jedno to "mieć", drugie - zabierać na mecze, a trzecie - korzystać z nich na murawie. To na te dwa ostatnie aspekty chciał wpłynąć PZPN. Pomysły były różne, ale generalnie chodziło o to, by zobligować kluby do stawiania na Polaków.

Jeden z wariantów zakładał obowiązkowe wprowadzenie od 8 do 10 Polaków do 20-osobowej kadry meczowej. Taka wersja wydaje się prawnie bezpieczna – ustawa nie ograniczyłaby prawa do pracy zagranicznym piłkarzom z UE, ani nie odcinała klubów od tego rynku. Przepis nie zmuszałby trenerów do wystawiania Polaków w podstawowej jedenastce (rodzimi gracze mogliby teoretycznie spędzić cały mecz na ławce), ale sama konieczność ich uwzględnienia w protokole meczowym wymusiłaby na klubach zmianę polityki transferowej.

Zresztą do akcji pośrednio włączyło się MSiT. Na początku kwietnia ogłosiło program "Nasi na Boisko". Do rozdysponowania jest prawie 29 mln złotych. Cel akcji to "upowszechnianie i promocja aktywności fizycznej wśród dziewcząt i chłopców, podniesienie jakości szkolenia sportowego w piłce nożnej". O pieniądze mogą ubiegać się też kluby Ekstraklasy i 1. ligi. Środki można będzie przeznaczać na klubowe akademie, Centralną Ligę Juniorów, ale też infrastrukturę, odnowę biologiczną czy odżywki. Wydźwięk akcji ma być taki, że na młodych adeptów futbolu warto stawiać, tym bardziej, że do kosztów wyszkolenia przyszłych piłkarzy przykłada się też ministerstwo. 

Kluby potrzebują czasu i konsultacji

Przymiarki do połowy Polaków w piłkarskiej meczowej kadrze na razie okazały się jednak dla klubów zbyt daleko idącym wariantem. Z jednej strony na zmiany nie mówią "nie", ale diabeł tkwi w szczegółach, tj. choćby w konkretnej liczbie Polaków w szerokim czy meczowym składzie, jak i w terminie wejścia w życie nowych przepisów.

Na razie większe niezadowolenie wywołał brak szerszej konsultacji z klubami. To dlatego postanowiono o powołaniu grupy roboczej, która ma dyskutować o różnych wariantach pomysłu. Nowe przepisy mogłyby objąć nie tylko Ekstraklasę, ale też niższe ligi. 

Druga kwestia, którą podniosły władze Ekstraklasy, to czas na dostosowanie się klubów do zmienionych przepisów. Jeśli PZPN chciał wprowadzić zmiany przed końcem tego sezonu, jest to nierealne. Same konsultacje zajmą miesiące. Kluby chcą też mieć czas na przeformatowanie planów transferowych i ewentualne dostosowanie kadr do nowych wymogów.

Dodajmy, że o pomyśle "repolonizacji" ligi pierwszy napisał w kwietniu "Przegląd Sportowy". Gazeta sugerowała, że polscy działacze inspirowali się rozwiązaniem ze Szwecji, gdzie - upraszczając - połowę kadry meczowej drużyn muszą stanowić Szwedzi.

Przykład nie tylko ze Szwecji

PZPN nie jest osamotniony w próbach ochrony lokalnego rynku. Oprócz szwedzkich inspiracji czerpać można z mocniejszych lig. Restrykcyjne przepisy w celu ochrony systemu szkolenia mają Niemcy. Tamtejsze kluby muszą posiadać w kadrze co najmniej 12 niemieckich piłkarzy, a ośmiu zawodników musi być wychowankami krajowych akademii. W Turcji od kolejnego sezonu kluby będą mogły zarejestrować maksymalnie 14 obcokrajowców w 28-osobowych kadrach, co oznacza, że połowę każdego zespołu muszą stanowić gracze uprawnieni do gry w tureckiej reprezentacji.

W Anglii (Premier League) ośmiu zawodników w 25-osobowych kadrach musi być szkolonych w Anglii przez trzy lata przed ukończeniem 21. roku życia. Podobnie wygląda to we Włoszech (Serie A).

Portugalia i Belgia stosują limity pośrednie, nakazując posiadanie w kadrach meczowych odpowiednio ośmiu lub sześciu zawodników szkolonych lokalnie.

W proces tworzenia optymalnej polskiej wersji przepisu o kwocie rodzimych graczy ma być zaangażowana  międzynarodowa firma konsultingowa Double Pass, specjalizująca się w audycie, optymalizacji i wsparciu szkolenia w akademiach piłkarskich oraz federacjach. PZPN współpracuje z nią od roku.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...