Analiza

Kolejny przewrót w Rakowie. Michał Świerczewski stracił głowę

Michał Świerczewski (w ciemnych okularach), właściciel Rakowa
PAP/Piotr Nowak

Michał Świerczewski zachował się jak nie Michał Świerczewski. Zaskakującym zwolnieniem Łukasza Tomczyka właściciel Rakowa Częstochowa pokazał, że i jemu, przez wielu uważanemu za wzór, jak prowadzić klub w Polsce, zdarzają się decyzje impulsywne, nerwowe. Takiej twarzy jego Rakowa nie znaliśmy.

Dziś w podsumowaniu kolejki Ekstraklasy o zaskoczeniu i konieczności zmian:

  • Michał Świerczewski zachował się jak nie Michał Świerczewski;
  • przed Legią intensywne i wymagające lato;
  • sędziowie muszą zacząć ponosić realną odpowiedzialność za błędy.

Na cztery mecze przed końcem sezonu Raków Częstochowa zmienił trenera. Porażka w finale Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze (0:2) oraz realny scenariusz braku europejskich pucharów sprawiły, że właściciel klubu - Michał Świerczewski - postawił na najbardziej radykalne rozwiązanie. W teorii nie powinno to zaskakiwać, ponieważ polskie kluby są mistrzami w wyrzucaniu do kosza długofalowych projektów i zastępowaniu ich doraźnym zaspokajaniem najpilniejszych potrzeb. W praktyce decyzja Świerczewskiego to niemały szok.

Zobacz wideo Probierz uratował karierę Koseckiego? "Będę mu za to na zawsze wdzięczny"

I to nie tylko dlatego, że tuż przed i po meczu prezes Rakowa, Wojciech Cygan, zapewniał, że ocena pracy Łukasza Tomczyka nie sprowadzi się do jednego meczu. W klubie podkreślali, że trener potrzebuje jeszcze trochę czasu, by poukładać drużynę po swojemu, że niezbędne będzie do tego co najmniej jedno zbliżające się okienko transferowe. Ale to już nieważne. Przynajmniej do końca sezonu Raków poprowadzi Dawid Kroczek.

Po porażce z Górnikiem Raków musi ratować europejskie puchary. Ale gdyby decyzję Świerczewskiego sprowadzić tylko do tego, wydaje się ona tym bardziej dziwna. Raków jest obecnie na 5. miejscu w tabeli, ma tyle samo punktów co Jagiellonia i jeden mniej od GKS Katowice, który rozegrał o jeden mecz więcej. Raków walczy nie tylko o puchary, ale też wciąż o ligowe podium. OK, finał Pucharu Polski Rakowowi w ogóle nie wyszedł, ale akurat w Ekstraklasie szło mu ostatnio naprawdę nieźle.

Częstochowianie - pierwszy raz za kadencji Tomczyka - wygrali ostatnio w lidze dwa mecze z rzędu. Z ostatnich pięciu spotkań nie przegrali ani jednego, a oprócz tego - po dramatycznym półfinale z GKS - dołożyli awans do finału Pucharu Polski. Po przeciętnym początku i trzech porażkach z rzędu w marcu Raków Tomczyka zaczął się rozkręcać. Gra drużyny wciąż nie zachwycała, ale wyniki były coraz lepsze.

Wydaje się, że Świerczewski lekko się zagotował i stracił głowę, co wcześniej przecież mu się nie zdarzało. Tak, dwa lata temu zwolnił Dawida Szwargę, mimo że wcześniej sam udzielał mu publicznego wsparcia, ale wtedy okoliczności były zupełnie inne. Szwarga nie tylko nie nawiązał do sukcesu Marka Papszuna, ale przede wszystkim nie zakwalifikował się do europejskich pucharów. A kiedy Papszun wyraził chęć powrotu do Rakowa, przyszłość Szwargi była oczywista.

W niedzielę, tuż przed kluczowym momentem sezonu, Świerczewski podjął radykalną decyzję i postawił wszystko na jedną kartę. Plan na lata z Tomczykiem nie okazał się nawet planem do lata. Takiego Rakowa w ostatniej dekadzie nie widzieliśmy. Jeśli Kroczek i jego drużyna awansują do pucharów, co przecież jest bardzo prawdopodobne, sprawa rozejdzie się po kościach. Jeśli to się nie uda, klub pewnie czeka mocny reset.

Bo już drugi raz Raków przekonał się, jak trudne jest życie po życiu z Papszunem. Przez lata trener przy mocnym wsparciu Świerczewskiego układał klub po swojemu, a dziś każdy, kto przyjdzie do Rakowa, musi się mierzyć nie tylko z legendą Papszuna, ale też kadrą ułożoną przez niego i pod niego. By pójść dalej, częstochowianie będą potrzebowali czasu i cierpliwości. A tej - jak widać - może brakować.

Przed Legią pracowite lato

Skoro już o Papszunie mowa, to i jego czekają bardzo pracowite miesiące. Legia co prawda jeszcze się nie utrzymała, ale piątkowe zwycięstwo z Widzewem 1:0 - na marginesie, dawno nie widziałem tak tragicznego meczu - mocno poprawiło jej sytuację w tabeli. Mimo że przy Łazienkowskiej nie mogą być jeszcze pewni, że w kolejnym sezonie zagrają w Ekstraklasie, to innej opcji nikt nie bierze pod uwagę. Dlatego coraz więcej wiemy o przyszłym kształcie drużyny.

A ten nie wygląda obiecująco. Legię znów czeka kadrowa rewolucja, choć na pewno nie tak kosztowna jak rok temu, kiedy za punkt honoru postawiono sobie odzyskanie mistrzostwa Polski. Obecny sezon okazał się sportową katastrofą, która mocno odbiła się na finansach klubu. Brak gry w europejskich pucharach oznacza, że Legia będzie musiała ciąć koszty, a na rynku transferowym szukać prawdziwych okazji.

Dość powiedzieć, że ze składu na mecz z Widzewem pewni przyszłości w klubie mogą być raptem trzej zawodnicy: Otto Hindrich będzie numerem jeden w bramce, Paweł Wszołek - mimo problemów zdrowotnych - wciąż daje niezłą jakość, a Damian Szymański gra u Papszuna coraz więcej i lepiej. Reszty za chwilę w Legii może nie być.

Nowych kontraktów nie podpisali jeszcze Rafał Augustyniak, Radovan Pankov, Patryk Kun, Juergen Elitim, Bartosz Kapustka i Jean-Pierre Nsame. W tym momencie wydaje się, że z klubu odejdą Pankov i Kapustka. Reszta może zostać, jeśli zaakceptuje niższe niż dotychczas zarobki. A to nie wszystko. Kamil Piątkowski przed chwilą zmienił menedżera i pewnie latem poszuka nowego klubu. Nie wiadomo też, co z notorycznie rozczarowującym Rajoviciem. Kibice odesłaliby piłkarza jak najdalej, ale po tak koszmarnym sezonie trudno będzie znaleźć naiwnego kupca.

Dyrektor sportowy Legii - Michał Żewłakow - w rozmowie z Canal+ nie ukrywał, że z klubu odejdzie też Kacper Tobiasz. Jego może zastąpić Ivan Brkić z Motoru Lublin, którym warszawiacy interesowali się już rok temu, w obliczu niepewnej przyszłości Tobiasza. Rozmowy z Legią prowadzi też Zoran Arsenić, którego Papszun zna doskonale ze wspólnej pracy w Rakowie.

Co łączy obu zawodników? Ich kontrakty w obecnych klubach kończą się 30 czerwca. I takie to będzie transferowe lato Legii. Warszawiacy będą szukać okazji i muszą uzbroić się w cierpliwość, bo przy mniejszym budżecie, a przede wszystkim braku europejskich pucharów, dla wielu piłkarzy nie będą pierwszym wyborem.

Przed Legią trudne okienko, ale jest też nadzieja. Kiedy ostatni raz klub był w podobnej sytuacji cztery lata temu, pierwszy sezon kadencji Kosty Runjaicia zakończył z wicemistrzostwem kraju i Pucharem Polski. 

Dość sędziowskiego partactwa 

Było już o odpowiedzialności Tomczyka, odpowiedzialność za katastrofę Legii może ponieść jej pion sportowy, a kiedy prawdziwą odpowiedzialność zaczną ponosić polscy sędziowie? Piątkowy mecz Korony z Piastem (1:1) pokazał dobitnie, że musi dojść do tego jak najszybciej.

Sędzia Patryk Gryckiewicz popełnił koszmarny błąd (a w zasadzie dwa) przerywając bramkową akcję gospodarzy. Po pierwsze, Antonin nie faulował Rivasa, bo obrońca Piasta przewrócił się o własne nogi. Po drugie, Gryckiewicz nie poczekał do końca akcji i na pomoc VAR, tylko przerwał ją od razu, zabierając Koronie gola na 2:1 w doliczonym czasie gry. 

Decyzja sędziego rozjuszyła nawet spokojnego na co dzień Jacka Zielińskiego. Trener Korony wściekł się do tego stopnia, że po spotkaniu ruszył do Gryckiewicza, od którego odciągać musiał go Nono. Szkoleniowiec Korony zobaczył za to zachowanie czerwoną kartkę, ale dziś ma dużo większy problem na głowie.

Korona nie wygrała piątego z rzędu meczu w lidze i też może spaść z Ekstraklasy. Na trzy mecze przed końcem rozgrywek drużyna Zielińskiego ma raptem trzy punkty przewagi nad strefą spadkową i w spotkaniach z Rakowem, Widzewem oraz Cracovią zagra o życie. Gdyby Korona wygrała z Piastem, co pewnie by się zdarzyło, gdyby nie decyzja Gryckiewicza, dziś byłaby na 8. miejscu w tabeli i miałaby spokojniejszą końcówkę sezonu.

Co, jeśli Korona spadnie z ligi? Pracę na pewno straci Zieliński. A jaką odpowiedzialność poniesie za to Gryckiewicz? Pewnie marginalną. Sędzia zostanie zawieszony co najwyżej na kilka spotkań, żeby odpoczął i nabrał dystansu, a potem wróci do pracy. I znowu będzie popełniał błędy, bo trzeba podkreślić, że ten piątkowy nie był pierwszym poważnym w karierze Gryckiewicza.

Oczywiście nie jest też tak, że ewentualny spadek Korony będzie winą tylko sędziego. Co to, to nie. Ale sędziowie muszą zacząć ponosić realną odpowiedzialność za swoje błędy. Skoro piłkarze są weryfikowani przez kluby i sprzedawani, jeśli nie prezentują odpowiedniej jakości, podobnie powinno być z sędziami. Po przekroczeniu limitu oczywistych błędów arbitrzy powinni być degradowani do niższych lig i zobligowani, by tam od nowa zapracować na miejsce w Ekstraklasie.

Nie wierzę, że w Polsce nie ma utalentowanych arbitrów. Większość z nich nie ma jednak szansy się przebić, bo brakuje im znajomości, które pozwalałyby na szybsze awanse. Albo na jakiekolwiek awanse. PZPN i jego Kolegium Sędziów powinny zająć się tym jak najszybciej, bo jeśli w ostatnim czasie coś nie nadąża za rozwojem Ekstraklasy, to zdecydowanie jest to poziom sędziowania.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...