Absolutny dramat na Łazienkowskiej. Takich obrazków nie chcemy oglądać

To był jeden z najgorszych meczów tego sezonu Ekstraklasy z najbardziej dramatycznym zakończeniem. Legia w ostatniej akcji meczu strzeliła gola, dzięki któremu wygrała z Widzewem Łódź 1:0 i zrobiła wielki krok ku utrzymaniu w lidze. Jednocześnie warszawiacy mogą pogrążyć wielkiego rywala.
Rafa Augustyniak
L / PAP

Takiego dramatu przy Łazienkowskiej nie było od dawna. Był już doliczony czas gry, gdy piłkarze Marka Papszuna wywalczyli rzut wolny pod polem karnym Widzewa. W szesnastkę gości pobiegł nawet Otto Hindrich. Dośrodkowanie. Interwencja Bartłomieja Drągowskiego. Jeden strzał. Dobitka. Kiks. Nieudane wybicie. Piłka w końcu na nodze Bartosza Kapustki, który oddał strzał, a z bliska do bramki piłkę wbił Rafał Adamski. Na trybunach szał. Na murawę wbiegli rezerwowi Legii i członkowie sztabu szkoleniowego. Legia wygrała z Widzewem 1:0.

Zobacz wideo Kosecki szczerze o Jacku Magierze: Akademia Legii powinna nosić jego nazwisko

To był jeden z najgorszych meczów Ekstraklasy w tym sezonie. Ale to dziś nie ma najmniejszego znaczenia dla Legii Warszawa, jej piłkarzy, kibiców i Papszuna. To, co wydarzyło się w ostatnich sekundach meczu przy Łazienkowskiej, na długo zostanie w pamięci wszystkich obecnych na stadionie oraz widzów. Zwłaszcza że ten jeden moment może zdecydować o utrzymaniu Legii w Ekstraklasie i spadku Widzewa. 

Co to miało być?

Nie spodziewaliśmy się, że mecz Legii z Widzewem nas porwie. Co więcej, spokojnie można było przewidywać, że będzie to spotkanie wyjątkowo trudne do oglądania. W końcu obie drużyny walcząc o utrzymanie, znajdują się pod olbrzymią presją. Co więcej, ani Legia Papszuna, ani Widzew Vukovicia nie zasłynęły z efektownego stylu.

Ale to, co zobaczyliśmy w pierwszej połowie meczu przy Łazienkowskiej, było przesadą. To był absolutny dramat, takich meczów nie chcemy w ogóle oglądać. Mimo że spotkanie zaczęło się obiecująco, to po pierwszych minutach tempo kompletnie siadło i zobaczyliśmy jeden z najgorszych meczów w sezonie.

Legia zaczęła ofensywnie, z werwą. W 2. minucie miała niezłe dośrodkowanie w pole karne z rzutu wolnego, chwilę później po podaniu Jeana-Pierre'a Nsame bardzo groźnie strzelał Mileta Rajović. W odpowiedzi niecelnie sprzed pola karnego uderzył Emil Kornvig.

Ale to tyle. Aż do przerwy w tym meczu nie działo się nic. Nie było nawet momentu, w którym warto byłoby podnieść powiekę. Wszystko, co obiecujące, kończyło się albo niedokładnym zagraniem, albo faulem, albo kiksem. Jeśli we wtorek mecz PSG z Bayernem był wszystkim, co w futbolu najlepsze, w piątek zobaczyliśmy go w absolutnie najgorszym wydaniu.

Strzał Rajovicia był jedynym celnym uderzeniem przed przerwą. Nikt nie chciał zaryzykować, nikt nie chciał zagrać odważniej. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie legioniści nie mieli żadnego wygranego pojedynku, Widzew raptem dwa. Ale goście mieli za to tylko 27 proc. posiadania piłki.

Drużyna Vukovicia nawet nie udawała, że jej potrzebuje. Widzew oddał piłkę Legii, ale gospodarze kompletnie nie wiedzieli, co z nią zrobić. Tym razem tabela nie kłamała: to był mecz dwóch słabiutkich drużyn, które drżą o utrzymanie w Ekstraklasie.

Dramat Wszołka

Szczególnie źle ten mecz będzie wspominał Paweł Wszołek. Jeden z najważniejszych piłkarzy w drużynie Papszuna jeszcze w pierwszej połowie musiał opuścić boisko z powodu kontuzji. W 40. minucie Wszołek wygrał pojedynek biegowy z rywalem na prawej stronie, ale chwilę potem upadł na boisko.

Zawodnik złapał się za tył uda i po chwilowej konsultacji z klubowymi medykami opuścił boisko. Kiedy kamery zrobiły zbliżenie na Wszołka, widać było, że schodził on z boiska ze łzami w oczach. Sporo wskazuje na to, że zawodnik nie zagra już w tym sezonie.

To nie pierwsze problemy Wszołka z mięśniem dwugłowym uda. Zawodnik doznał urazu mięśniowego w trakcie zimowego obozu w Hiszpanii. Z tego powodu Wszołek nie zagrał w pierwszym meczu tego roku przeciwko Koronie Kielce (1:4).

Ale to był tylko początek jego problemów. Wszołek wrócił do gry 7 lutego w meczu z Arką (2:2). Legionista wszedł na boisko w 46. minucie, ale zszedł z niego po zaledwie 16 minutach. Jak się później okazało, Wszołkowi odnowił się uraz.

Tym razem kontuzja wykluczyła piłkarza z gry na cztery kolejne mecze. Wszołek wrócił do gry 13 marca w meczu z Radomiakiem (1:1). Wtedy zagrał jeszcze 10 minut, na kolejne spotkanie z Rakowem (1:1) Wszołek wrócił już do podstawowego składu. Biorąc pod uwagę, ile trwały poprzednie przerwy Wszołka, teza, że w tym sezonie już nie zagra, nie jest wyjątkowo ryzykowna.

Skandalicznie niska jakość piłkarska. Ale to dla Legii dziś nieważne 

Były lata, w których mecze Legii z Widzewem rozstrzygały o mistrzostwie Polski, a w obu drużynach grali najlepsi piłkarze w naszym kraju. Ale to odległa przeszłość. Dziś, mimo wielkich ambicji obu klubów, oba walczą o utrzymanie w Ekstraklasie. I piątkowe spotkanie dobitnie pokazało dlaczego.

To był jeden z najgorszych meczów tego sezonu. Jeśli ktoś liczył na to, że po pierwszej tragicznej połowie, w drugiej po prostu musi być lepiej, srogo się rozczarował. Po przerwie oglądaliśmy cztery celne strzały. Długo tym jedynym pozostawało uderzenie Mateusza Żyro sprzed pola karnego. W końcówce uderzał jeszcze Adamski. Aż w końcu nadszedł decydujący moment meczu. W piątek ani Widzew, ani Legia nie pokazały, dlaczego w ogóle mogłyby zostać w Ekstraklasie. Mimo że po boisku biegali piłkarze warci grube pieniądze, jakości ofensywnej nie było prawie w ogóle. "Więcej jest mięsa w parówkach niż piłkarskiej jakości tutaj. Paskudny badziew" - napisał na X kibic Legii, Andrzej Cała.

Doskonałe, trafne porównanie. Ani Legia, ani Widzew nie różniły się w piątek niczym od znajdujących się pod nimi w tabeli Arki Gdynia i Bruk-Betu Termaliki Nieciecza. Ale te ostatnie sekundy zmieniły wszystko. Legia dziś stylem nie będzie się przejmowała. Ona wygrała 1:0, ona jest coraz bliżej utrzymania w Ekstraklasie. Widzew w ostatnich trzech kolejkach po prostu musi wygrywać, by dać sobie jeszcze szansę.

Ciekawe, co o tym spotkaniu myśleli obecni na trybunach legenda Widzewa - Zbigniew Boniek - oraz selekcjoner reprezentacji Polski, były trener Legii - Jan Urban. Za ich piłkarskich czasów o takiej "kaszanie" nie mogło być mowy.

Sylwester w Warszawie

To, że na boisku nie działo się nic, nie znaczy, że w Warszawie było nudno. Wręcz przeciwnie, najbardziej zagorzali kibice obu drużyn zadbali o to, by zrekompensować pozostałym fanom tę boiskową nędzę. I gospodarze, i goście w trakcie spotkania zaprezentowali efektowne oprawy.

To, co zrobili kibice Legii na początku drugiej połowy, było jednak ewenementem. Najpierw na "Żylecie" pojawiło się płótno przedstawiające dwóch kibiców Legii: jednego młodszego, drugiego starszego. Malowidło otoczone zostało białymi flagami. Ale nie to było najważniejsze: na dachu stadionu kibice odpalili fajerwerki, a pokaz trwał kilka minut!

Przez mocno sylwestrową atmosferę sędzia przerwał spotkanie na kilka chwil. Nic dziwnego, że w serwisach społecznościowych szybko pojawiły się komentarze, że to jedyne fajerwerki, jakie zobaczyliśmy tego dnia przy Łazienkowskiej. Dobrze, że ostatnie sekundy przynajmniej częściowo zrekompensowały nam wcześniejszy czas.

Więcej o: