Oto co usłyszeli piłkarze Lecha po meczu z Legią. "Jest już nasza"

Lech Poznań zagrał z Legią Warszawa tak, że trzeba było zbierać szczęki z podłogi. Trudno nawet zdecydować, co opisuje ten zespół najpełniej: czy znakomita akcja, która dała mu prowadzenie, i którą w Polsce mógł zagrać tylko on, czy ostateczna deklasacja wynikiem 4:0, czy też delikatny niedosyt kibiców, którzy do końca skandowali: "jeszcze jeden!".
Ali Gholizadeh, Patrik Walemark, Joel Pereira
L / PAP

Dwa dni przed meczem Niels Frederiksen, trener Lecha Poznań, powiedział tak: - Legia zmierzy się z zespołem, który potrafi wykreować zdecydowanie najwięcej w ofensywie w całej lidze. I będzie jej trudniej niż w poprzednich meczach. Zwłaszcza wtedy, gdy moi piłkarze będą ruchliwi z piłką, zagrają z energią i będą tworzyć sytuacje. Myślę, że rywalom będzie w niedzielę ciężko nas zatrzymać. 

Zobacz wideo Żelazny mocno o trenerze Arsenalu: Arteta to trener z Instagrama

A już w trzeciej minucie wyglądało to tak: Joel Pereira podał do Aliego Gholizadeha i od razu dostał piłkę z powrotem, przyjął ją i błyskawicznie zagrał do Patrika Walemarka, a on piętką wystawił ją nadbiegającemu Gholizadehowi, który oddał przepiękny strzał z linii pola karnego i dał Lechowi prowadzenie. To była akcja, po której wielu kibiców z sektora przyległego do strefy dla mediów złapało się za głowy. Można ją oprawić w ramkę, oglądać w nieskończoność i cmokać z zachwytu. Momentalnie więc wszystko to, co Frederiksen powiedział na konferencji prasowej, znalazło potwierdzenie na boisku.

Faktycznie - mało który zespół w Ekstraklasie mógłby rozegrać akcję równie imponującą. Może żaden? Rzeczywiście - obrońcy Legii nie potrafili nadążyć ani za tak ruchliwymi i naładowanymi energią zawodnikami Lecha, ani za tak szybko podawaną piłką. I istotnie - nie mogli takiego Lecha w żaden sposób zatrzymać. A to był tylko początek metodycznego i konsekwentnego okładania Legii, które przyspieszyło kilkanaście minut później, gdy Rafał Augustyniak zobaczył czerwoną kartkę. Świetni technicznie piłkarze Lecha nie mogli sobie wymarzyć lepszych warunków do gry- odkąd mieli jeszcze więcej swobody i miejsca, dwa gole strzelił Mikael Ishak, kolejną bramkę dorzucił Michał Gurgul. I do przerwy było 4:0.

Lech Poznań prowadzi 4:0 z Legią Warszawa, a kibice zaczynają skandować…

Ten mecz już wcześniej zapowiadał się jako zderzenie światów: Lech przybywał ze szczytu tabeli, z mocnym atakiem i bez wielkich wahań formy, za to Legia przybywała tuż znad strefy spadkowej, po miesiącach rozczarowań i wściekłości, ale za to z ustabilizowaną obroną i wylanym przez Marka Papszuna fundamentem gry. Dyskusja, jak ten mecz będzie wyglądał i kto narzuci w nim swoje warunki, którą najpierw na konferencjach prowadzili obaj trenerzy, a później także eksperci w rozmaitych studiach, trwała raptem do 5. minuty meczu. Legia nie zdołała się zasłonić przed pierwszym ciosem Lecha, a Lech po tym pierwszym ciosie wciąż chciał zadawać kolejne.

- Wyniki pokazują, że jesteśmy stabilni i ciężko z nami wygrać. Myślę, że będzie to mecz emocjonujący i mocno wyrównany - mówił na swojej konferencji Marek Papszun. Szybko jednak okazało się, że atak gospodarzy bez trudu kruszył scementowaną w ostatnich tygodniach defensywę Legii. Jakość ofensywnych piłkarzy Lecha – Gholizadeha, Walemarka, Kozubala, ale też grającego bardzo odważnie na prawej obronie Joela Pereiry, rzucała się w oczy już wielokrotnie, jednak dotychczas rzadko szła z nią w parze skuteczność pod bramką rywali. By nie szukać daleko - tydzień temu Lech grał równie porywająco z Pogonią Szczecin, ale wykorzystał tylko dwie sytuacje, czym doprowadził do tego, że pod koniec meczu musiał drżeć o utrzymanie prowadzenia 2:1.

Przeciwko Legii nie było mowy o powtórce - już w pierwszej połowie z pięciu dogodnych szans do zdobycia bramki wykorzystane zostały cztery. Z sześciu celnych strzałów aż cztery skończyły się golem. Lech trafiał nawet w sytuacjach nieoczywistych - z xG (gole oczekiwane) 2,11 zdołał zdobyć cztery bramki. Owszem - grał bardzo efektownie, z polotem, doskonale wykorzystując przewagę jednego piłkarza, ale w tym wszystkim sprzyjało mu też szczęście. Choćby przy bramce na 2:0 - adresatem dośrodkowania był Gurgul, który jednak nie trafił głową w piłkę, ta odbiła mu się od pleców, ale wyszła z tego asysta, bo piłka trafiła akurat pod nogi Ishaka.

Gdy piłkarze schodzili do szatni przy wyniku 4:0, kibice Lecha pękali z dumy. W drugiej połowie takich fajerwerków już nie było i więcej goli nie padło, co wręcz obudziło u miejscowych kibiców i dziennikarzy delikatny niedosyt. Marzyli bowiem o upokorzeniu Legii i pokonaniu jej "manitą".

"Manita" to z hiszpańskiego "rączka" - pięć palców oznacza pięć strzelonych goli i jest symbolem zwycięstwa doskonałego. Po przerwie kilkukrotnie było więc słuchać skandowanie "jeszcze jeden!". I Lech uparcie tego gola szukał: blisko był Kozubal, który uderzył tuż obok słupka, a jeszcze bliżej Filip Jagiełło, który ten słupek obił. Swoje sytuacje mieli też Ishak i Luis Palma. I choć ostatecznie Lech tego gola nie strzelił, to i tak jest za co go chwalić - podobać mógł się chociażby pressing stosowany zaraz po przerwie, gdy Legia nie mogła wyjść z piłką dalej niż 35 metrów od własnej bramki i chwilami sprawiała wrażenie, jakby miała nie jednego, a dwóch piłkarzy mniej.

Nazwiska głównych bohaterów znajdziemy oczywiście w protokole meczowym - to strzelcy goli i piłkarze przy nich asystujący. Ale to spotkanie miało też bohaterów zupełnie nieoczywistych, jak Timothy Ouma, środkowy pomocnik Lecha, który zagrał w tym meczu głównie dlatego, że akurat zawieszony był Pablo Rodriguez, a spisał się znakomicie. Czy on w ogóle na chwilę się zatrzymał? Pierwszy doskakiwał do rywali, by zabrać im piłkę. Pierwszy przejmował ją od swoich obrońców, by napędzać akcje. Wielokrotnie szukał też otwierających, prostopadłych podań. I mimo że ten mecz wywoływał olbrzymie emocje, to akurat jemu tego dnia udało mu się opanować te własne. A przecież to od miesięcy był jego największy mankament, że tracił głowę i ulegał presji. Nie tym razem.

Imponujący był też widok z 65. minuty, gdy przy linii pojawili się Luis Palma, Daniel Hakans i Filip Jagiełło - rezerwowi, którzy niemal w każdym innym polskim klubie byliby gwiazdami. To tylko uwypukliło przepaść, jaka dzieli dziś Lecha i Legię. Kadrowo to również dwa światy. W składzie Legii próżno szukać skrzydłowego chociaż zbliżonego umiejętnościami do Aliego Gholizadeha albo napastnika pokroju Mikaela Ishaka. A dalej można rozprawiać o formie poszczególnych piłkarzy i ich dopasowaniu do koncepcji trenera. Efekt było jednak widać na boisku - gdybyśmy mieli zgadywać, który z młodych piłkarzy - Antoni Kozubal czy Kacper Urbański - jeszcze przed chwilą grał w Lidze Mistrzów i występował w reprezentacji Polski na Euro, postawilibyśmy na tego pierwszego.

Kibice Lecha Poznań już orzekli. "Jedziemy z tą Ekstraklasą. Jest już nasza!"

Na koniec nastroje w Poznaniu były tak doskonałe, że zaraz po meczu kibice Lecha skandowali: "mistrz, mistrz, Kolejorz!", a gdy piłkarze podeszli pod trybuny podziękować za doping, usłyszeli przemowę jednego z kiboli: "4:0 to niesamowity wynik. Idziemy do przodu, zdobywamy punkty i jedziemy z tą Ekstraklasą. Ekstraklasa jest już nasza! Dziękujemy!". Może to przedwczesne, może zbyt zuchwałe, ale faktem jest, że na cztery kolejki przed końcem sezonu, Lech ma trzy punkty przewagi nad wiceliderem - Górnikiem Zabrze.

Tyle że nie o samą przewagę tutaj chodzi. Jeszcze bardziej do rozmów o mistrzostwie dla Lecha skłania jego postawa w ostatnich tygodniach. Lech zdał bowiem dwa trudne egzaminy: najpierw zacisnął zęby w Szczecinie i utrzymał prowadzenie, a następnie zdeklasował Legię. Pokazał więc i zadziorność, i finezję. I waleczność, i polot w grze. Jak było trzeba – potrafił utrzymać gardę. Jak było można - sam zadawał ciosy. Dzięki temu w dwóch pozornie trudnych meczach zdobył komplet punktów. A Legia? Znów musi oglądać się za plecy, w kierunku strefy spadkowej.

Więcej o: