Raków Częstochowa przyjechał do Gdańska z prostym planem: tylko zwycięstwo wydłuży szanse Medalików na mistrzostwo Polski, tylko zwycięstwo znacząco pomoże w walce o grę o europejskie puchary. Sześć punktów straty do liderującego Lecha na pięć kolejek przed końcem sezonu to dużo, a pamiętać trzeba też o zbliżającym się finale Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze.
Lechia natomiast wciąż nie może być pewna utrzymania. Przed rozpoczęciem meczu Gdańszczanie zajmowali 10. miejsce w tabeli, ale nad otwierającą strefę spadkową Arką Gdynia mieli tylko cztery punkty przewagi. W meczach drużyny prowadzonej przez Johna Carvera padło już przeszło sto bramek.
I błyskawicznie potwierdziło się, że jeżeli widzowie chcą oglądać trafienia, należy swoje oczy skierować na Gdańsk. W 9. minucie dynamiczna akcja Lechii została przerwana przez Oskara Repkę. Reprezentant Polski faulował Kacpra Sezonienkę, a Tomas Bobcek zmylił Oliwiera Zycha. To już szesnasty gol Bobceka w tym sezonie. Słowak zrównał się w klasyfikacji strzelców z Karolem Czubakiem z Motoru Lublin.
Zobacz też: To on ma uratować Cracovię w Ekstraklasie. Od dawna marzył o pracy w Polsce
Szybko zrobiło się 1:1. Repka naprawił to, co zepsuł dziesięć minut wcześniej. Zgarnął piłkę przed polem karnym, położył zwodem jednego z obrońców rywali i z 14 metrów huknął w stronę bramki. Alex Paulsen był bez szans - dodatkowo interwencję utrudnił mu rykoszet.
Od tego momentu mecz nieco stracił na dynamice. Obie drużyny atakowały z mniejszą werwą, nieco więcej zagrożenia tworzyli przyjezdni, ale najlepszą sytuację w 31. minucie zmarnował Kacper Sezonienko. W doliczonym czasie gry akcję Jeana Carlosa powstrzymał Tomasz Wójtowicz. Sytuację sprawdzano na VAR, ale nie było podstaw do interwencji sędziego.
W drugiej połowie znów świetną sytuację zepsuł Sezonienko. Kapitalnie wtedy spisał się Zych, który chwilę później jeszcze lepiej zainterweniował po strzale Mateja Rodina. W tej drugiej sytuacji gol i tak nie byłby uznany - sędziowie odgwizdali faul Lechii. Był to bardzo dobry czas gospodarzy, ale nie przełożyło się to na kolejne bramki.
Kolejne zmiany trenera Łukasza Tomczyka nie przynosiły rezultatu. Lechia wciąż przeważała i w 84. minucie powinna wrócić na prowadzenie. Rodin dośrodkował do stojącego na piątym metrze Tomasa Bobceka. Słowak jednak zmarnował tę sytuację - piłka zaplątała mu się między nogami.
Chwilę później do bramki trafił Adriano Amorim. Z ostrego kąta przelobował Paulsena, ale wtedy wybrzmiał gwizdek sędziego Kokiego Nagamine. W oczywisty sposób Brazylijczyk pomógł sobie ręką przed oddaniem tego strzału i gol nie mógł zostać uznany. Tymczasem w 89. minucie nieuznaną bramkę strzelił Rodin. Z kilku metrów pokonał Zycha, ale był na pozycji spalonej.
Bramka wisiała w powietrzu i w doliczonym czasie gry widzowie obejrzeli decydujące trafienie - jednak nie byli z tego zadowoleni kibice gospodarzy. W 93. minucie bohaterem Rakowa został Jonatan Braut Brunes, który trafił do bramki dobijając nieudany strzał Ojo. Lechia dominowała w drugiej połowie, szukała zwycięskiego gola, ale zeszła z boiska pokonana.
Raków zrównał się tym samym punktami z Jagiellonią Białystok i obie te drużyny tracą trzy punkty do Lecha Poznań i Górnika Zabrze. Lechia natomiast pozostaje na dziesiątym miejscu i wciąż nie może być pewna utrzymania.