Opinia

Koniec "Vuko". Jak Aleksandar Vuković płynie wbrew rynkowym trendom

Michał Trela
Aleksandar Vuković
screen: youtube.com/@WidzewTV

Jako piłkarz Aleksandar Vuković był w czołówce obcokrajowców z największą liczbą występów w historii Ekstraklasy. Teraz powtarza to jako trener. Niedawne fiasko Łukasza Piszczka w GKS Tychy najlepiej obrazuje, jak nieoczywisty to sukces w epoce self-made-manów pokroju Marka Papszuna czy Adriana Siemieńca.

Dekadę temu ceniony ekstraklasowy trener podzielił się ze mną refleksją, że polska myśl szkoleniowa nie powinna już mieć kompleksów wobec sąsiadów z południa. Na początku wieku polscy trenerzy podpatrywali metody czeskich i słowackich kolegów po fachu, a najsilniejsze polskie kluby chętnie ich zatrudniały. Choć Michal Gasparik wykonuje dziś dobrą pracę w Górniku Zabrze, przykłady z ostatnich lat raczej potwierdzały tę obserwację, bo nawet cenieni w tamtych stronach szkoleniowcy mieli problemy w Ekstraklasie. Prezesi zaś, mając do wyboru Polaka tuż po kursie UEFA Pro, albo doświadczonego Czecha, zwykli dziś wybierać pierwszą opcję.

Zobacz wideo Vuković uratuje Widzew? Żelazny: To wciąż jest niedoceniany trener, ma świetny warsztat

Jeśli zmagania Widzewa Łódź z poszukiwaniem trenera miałyby czegoś nauczyć polski rynek, to by z podobnym dystansem zacząć traktować kadry szkoleniowe z Bałkanów. Ani Żeljko Sopić, ani Igor Jovićević, mający bardziej imponujący życiorys, nie poradzili sobie w Polsce. Wcześniej Legia Warszawa podobnie przejechała się na Romeo Jozaku i Dejanie Klafuriciu, a zbliżone doświadczenia zebrali też inni. O ile na Bałkanach wciąż łatwiej znaleźć piłkarzy, jakich polskie kluby nie szkolą, o tyle najlepszym trenerem z tej części Europy w Ekstraklasie jest dziś Aleksandar Vuković, a dyrektorem sportowym Veljko Nikitović, zawodowo wykształceni w Polsce. Dlatego, gdy Widzew zmienia nieznającego ligi Chorwata, na zakorzenionego w niej Serba, sprawia wrażenie, że wreszcie przestaje błądzić.

Opcja z braku laku

To, jak przychylnie zostało przyjęte pojawienie się w Łodzi 46-latka kojarzonego z Legią, pokazuje, jak starannie budował w ostatnich latach karierę. Kiedy wiosną 2022 roku stołeczny klub, niespodziewanie walczący o utrzymanie, nie zdecydował się dać swojemu byłemu piłkarzowi kolejnej szansy i sięgnął po Kostę Runjaicia z Pogoni Szczecin, dla Serba musiał to być ostateczny dowód, że kręcąc się przy Legii, nigdy nie będzie traktowany do końca poważnie.

Owszem, jest w Warszawie lubiany i szanowany, ale głównie za czasy piłkarskie. Jako żywiołowy asystent Jacka Magiery, wciąż był trenerem w krótkich spodenkach. Nawet realne osiągnięcie, jakim było pewnie zdobyte mistrzostwo w 2020 roku, całkiem go nie uwiarygodniło, bo wówczas przyjmowano w Legii ten tytuł ze wzruszeniem ramion. Siłą rzeczy jako sukcesu nie traktowano też późniejszego utrzymania w lidze, które wcale nie było wtedy oczywiste. Vuković wciąż był więc uznawany za opcję z braku laku. Rezerwowy, którego zawsze można zatrudnić, jeśli nie uda się z kimś "lepszym".

Prawdziwe życie w Gliwicach

Przeprowadzka do Piasta Gliwice z jednej strony była więc dla niego krokiem wstecz, bo z największego klubu w kraju lądował w cokolwiek prowincjonalnym, nawet jeśli opromienionym świeżymi sukcesami. Z drugiej jednak pozwalała wkroczyć na drogę do bycia postrzeganym jako zawodowy trener. Aleksandar Vuković, a nie "Vuko". Bez odcięcia pępowiny w Warszawie i zobaczenia, jak wygląda prawdziwe życie, nie mógłby tego osiągnąć. Trudność pracy w Legii polega na wszechobecnej presji wyniku i przyjmowaniu nawet faktycznych sukcesów jako realizacji planu minimum. Ale jednak trenując ją, nie trzeba martwić się o boisko do treningów, dotację miejską, czy mobilizację zawodników, gdy zajmują bezpieczne miejsce w środku tabeli. Bez rozstrzygania, czy trudniejsza jest praca w Legii, czy w Piaście, każda jest inna. I sprawdzenia się w takich warunkach Vuković potrzebował. Nie tylko dla własnego rozwoju, ale też dla pokazania rynkowi, że w tym również sobie radzi.

Dwa i pół roku spędzone na Śląsku nie zapisze się w barwach tego klubu złotymi zgłoskami. Nikt nie wywieszał mu dziękczynnych transparentów, jak Waldemarowi Fornalikowi, który dał Piastowi mistrzostwo i brązowy medal. Z większym sentymentem w Gliwicach wspominane będą też wicemistrzowska drużyna Radoslava Latala, czy Marcina Brosza z pierwszym w historii awansem do europejskich pucharów. To jak spokojnie upływały sezony pod wodzą Vukovicia, można docenić dopiero po jego odejściu, gdy Piast nagle stał się kandydatem do spadku. Daniel Myśliwiec zdołał go wyciągnąć z dna, jakie osiągnął Max Moelder. Wciąż nie jest jednak przesądzone, że zdoła go utrzymać.

Na dorobku, ale doświadczony

Gliwiczanie mogli zacząć zmierzać w tę stronę wcześniej, bo El Dorado skończyło się już głęboko w czasach Serba. Najpierw drużynę przestano wzmacniać, później systematycznie ją osłabiano, co nijak nie wpływało na jej umiejętność okopania się w spokojnym środku tabeli. O niektórych trenerach mówi się, że z każdą drużyną potrafiliby zająć ósme miejsce, co bywa komplementem i obelgą. W przypadku Vukovicia w Gliwicach byłoby jednak wyłącznie dowodem dobrej pracy.

Serb dobrze wyczuł moment, by wypisać się z chwiejącego się projektu, a później cierpliwie czekał na atrakcyjną opcję. Rynek nie jest łatwy dla trenerów z karuzeli, bo aktualnie każdy chce odkrywać fachowców, a nie tylko ich zatrudniać. Vuković już dziś, wciąż będąc trenerem na dorobku, ma na koncie 160 poprowadzonych meczów w Ekstraklasie w trzech klubach. Wśród obcokrajowców w historii ligi wyprzedza go jedynie Runjaić. Z trenerów obecnie zatrudnionych w Ekstraklasie większe w niej doświadczenie mają jedynie Jacek Zieliński, Marcin Brosz, Leszek Ojrzyński i Marek Papszun. Co ma dla dyrektorów sportowych tę wadę, że jeśli mu się powiedzie, nie będą mogli wypinać piersi do orderów jak Łukasz Masłowski za Adriana Siemieńca, czy Michał Świerczewski za Papszuna w Częstochowie. Zatrudnienie go to opcja bezpieczna, ale mało kreatywna. Dowód przyziemności, a nie marzycielstwa.

Koniec sentymentów

Jednocześnie jednak to, że Vukovicia obejmującego najprężniej budowany polski klub, można traktować właśnie tak, jest najlepszym dowodem, jak zmieniło się jego rynkowe postrzeganie podczas pracy w Piaście. Gdyby rosnąca ekstraklasowa potęga wzięła go bezpośrednio z Legii, dla kibiców Widzewa pewnie byłby trudny do zaakceptowania, a w jego fachowość powszechnie by wątpiono. Tym razem jednak nawet będąc postrzegany jako legionista, jest witany przede wszystkim jako utęskniony w Łodzi solidny fachowiec. Jego zatrudnienia przesuwa odpowiedzialność na piłkarzy. Nikt już nie będzie mógł się zasłonić tym, że Sopić nie zna ligi, Patryk Czubak zawodu, a Jovićević jedzie na picu. Trener z dnia na dzień przestał być czynnikiem ciągnącym drużynę w dół. A jeśli ma się do dyspozycji piłkarzy o wysokich umiejętnościach, to już dużo.

Wybierając Widzew, Vuković też pokazał jednak, że jest już w pełni zawodowym trenerem, który nie myśli kibicowskimi kategoriami. Jego zadaniem na najbliższe miesiące będzie obronienie bytu w lidze. Niewykluczone, że kosztem Legii, również zaplątanej w tę walkę. Scenariusz spadku Legii i tak był trudny do wyobrażenia. Co dopiero spadku po walce z zespołem Aleksandara Vukovicia. To jednak może się w maju wydarzyć. Samo to, że Vuković zdecydował się na taką ewentualność, pokazuje, że z "Vuko" w krótkich spodenkach niewiele już zostało. Piast pod względem kibicowskiej rywalizacji był wobec Legii neutralny. Widzew to już jasny sygnał, że 46-latek jest po prostu zawodowym trenerem, który pracuje, gdzie go chcą i gdzie on chce. Dalej dla Vukovicia, zagorzałego kibica Partizana Belgrad, byłoby już chyba tylko objęcie Crvenej Zvezdy Belgrad. No, ale bez przesady.

Marzenia a rzeczywistość

Serbowi udało się potencjalnie bardzo korzystnie wślizgnąć między widzewskie marzenia a rzeczywistość. Z całym szacunkiem do jego osiągnięć w Warszawie i w Gliwicach, trudno go uznać za nominację z rozmachem. Jeśli wcześniej Robert Dobrzycki zatrudniał trenera z przeszłością w Lidze Mistrzów, ściąga piłkarzy z Ligi Mistrzów i Ligi Europy albo podstawowej jedenastki reprezentacji Polski, były dobry trener Piasta nie może być odbierany jako kolejny dowód wielkich ambicji. Kimś takim byłby pewnie Siemieniec, aktualnie bezsprzecznie najgorętsze trenerskie nazwisko na polskim rynku. Wiadomo jednak, że o jego podpis Widzew mógłby powalczyć najwcześniej w lecie. A jest duże ryzyko, że trwając z Joviceviciem, albo sięgając po kolejnego trenera tymczasowego, mógłby w tym czasie wylądować w I lidze. Słusznie uznano więc, że nie czas fantazjować o Siemieńcu i lepiej zadowolić się dostępnym Vukoviciem.

Dla Serba to życiowa trenerska szansa. Podpisał kontrakt do końca przyszłego sezonu. Jeśli utrzyma drużynę w lidze, po tak licznych zmianach trenerskich w ostatnich miesiącach, wizerunkowo nie da szefom wyboru, jak wejść z nim w kolejny sezon. Co nagle może pozwolić Serbowi prowadzić jeden z najbardziej ambitnych projektów w kraju, dysponujący, w skali ligi, niemal nieograniczonymi możliwościami. Okrężną drogą, po kilku latach, jego kariera może wrócić w miejsce, z którego startowała, czyli do klubu celującego w największe polskie trofea.

Nisko wiszące owoce

Jego położenie będzie jednak inne. W Widzewie wszystko, co osiągnie, będzie wynikiem niewidzianym od pokoleń. Mowa o klubie, który w europejskich pucharach nie uczestniczył od ćwierć wieku, w Pucharze Polski od przeszło dwóch dekad nie osiągnął półfinału, a ostatnie trofeum wstawił do gabloty w 1997 roku. Ba, w XXI wieku nie zakończył Ekstraklasy wyżej niż na dziewiątym miejscu. Naprawdę, wystarczy zrobić cokolwiek ponad minimum, by dać rzeszy kibiców Widzewa coś, czego nigdy nie doświadczyli. Po to jednak zatrudniono Vukovicia, by na razie na poważnie zajął się minimum, które wcale nie jest przecież oczywiste. Dopiero gdy to zrobi, będzie mógł mierzyć wyżej. Ale już wiadomo, że znalazł się po lepszej stronie cyklu koniunkturalnego niż w Legii i Piaście, które obejmował po złotych czasach.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...