Warunkiem sine qua non, by być trenerem, jest elementarna umiejętność funkcjonowania pod presją, w otoczeniu innych ludzi. Kto jej nie posiadł, nie nadaje się do zawodu. Nawet jeśli wie wszystko o "efektywnej okupacji bocznych sektorów".
Nie wszystkich skandali można uniknąć. Ale części tak. Jednym prostym ruchem można było sprawić, że o polskiej lidze i klubach nie mówiłoby się w ostatnich miesiącach w kontekście bójki trenera z radnym, korupcyjnych zarzutów wobec sędziów, rzucenia piłką w zawodnika rywali, zwyzywania arbitra i pokazania środkowego palca kibicom przeciwników. Wystarczyło, by kluby oraz PZPN szanowały się i uznały, że rola trenera to coś więcej niż tylko wymyślanie składu i ustawienia.
W najnowszym skandalu wokół Goncalo Feio, wciąż jeszcze trenera Radomiaka, wyjątkowo to on ma być ofiarą. Przynajmniej tak mówi jedna z wersji tego, co zaszło na klubowych korytarzach po niedzielnym meczu z GKS-em Katowice (0:1) między Portugalczykiem a Dariuszem Wójcickiem, radomskim radnym. Jak poinformował Łukasz Olkowicz z przegladsportowy.onet.pl, trener miał zostać spoliczkowany. W rozmowie z Szymonem Janczykiem z weszlo.com Wójcik stwierdził jednak, że jedynie "musnął twarz Feio w odruchu samoobrony" po tym, jak trener wulgarnie oskarżył go o złe przygotowanie murawy na należącym do miasta stadionie.
Grzech pierworodny
O tym, która wersja jest prawdziwa, rozstrzygną odpowiednie organy, obaj panowie złożyli w tej sprawie wyjaśnienia. Feio dał w przeszłości powody, by nie wierzyć już w żadne jego słowo. Każdą z licznych kartek, jakie otrzymał od arbitrów, w swoim mniemaniu oglądał za niewinność. Ostatnio zarzekał się, że przypisywanie mu zarzucania sędziom korupcji to dorabianie mu gęby. Zapomniał jednak, że na stadionach jest mnóstwo kamer i nie trzeba być specjalistą od czytania z ruchu warg, by w zapisie przedstawionym w Canal+ dostrzec powtarzane do arbitra słowa "Zapłacili wam". Nawet jeśli prawdą jest, że 36-latek ma w polskiej lidze łatkę skandalisty, sumiennie na nią zapracował. To zatem naturalne, że znając jego kartotekę, trudno uwierzyć, że radny ot tak po prostu podszedł do Feio i go uderzył. W bardziej ogólnym sensie nie ma to jednak większego znaczenia.
W 2023 roku, będąc jeszcze na prowadzonym przez PZPN kursie UEFA Pro, którego ukończenie pozwala trenować drużyny z najwyższych klas rozgrywkowych w całej Europie, Feio uderzył Pawła Tomczyka, swojego ówczesnego przełożonego w Motorze Lublin, kuwetą na dokumenty. To nie był pierwszy w polskiej piłce skandal z jego udziałem. Jako asystent trenera Wisły Kraków miał opluć ochroniarza, który po meczu nie chciał go wpuścić na stadionową lożę. Pracując w sztabie Rakowa Częstochowa, miał się pobić z kierownikiem drużyny. To wszystko były jednak jedynie medialne doniesienia, wiedza środowiskowa, które od biedy można było jeszcze zaszufladkować jako złe języki ludzkie. Ale zranienie przez pierwszego trenera swojego przełożonego było już ewidentnym przekroczeniem wszystkich granic. Sprawę zamieciono jednak pod dywan i odwrócono kota ogonem.
Poczucie bezkarności
PZPN spokojnie pozwolił kursantowi zdobyć wymagane uprawnienia. Zbigniew Jakubas, prezes Motoru Lublin, który w pozapiłkarskich biznesach raczej nie tolerowałby podobnego zachowania, publicznie bronił agresora, tłumacząc go wielką ambicją i pracoholizmem. Lubelscy kibice w większości zwrócili się przeciw Tomczykowi, wychowankowi klubu, zaślepieni magią trenera umiejętnie budującego mentalność oblężonej twierdzy. Cała sprawa miała być spiskiem obliczonym na zatrzymanie rozpędzającej się lubelskiej machiny, którą Feio wprawił w ruch po latach dziadostwa. Nowego miejsca pracy musiał więc szukać Tomczyk. Że jest fachowcem, pokazuje dziś dwie ligi wyżej, układając sprawy sportowe w Koronie Kielce.
Portugalczyk nieniepokojony pracował w Lublinie dalej, świętując najpierw awans do I ligi, a później dobre wyniki na zapleczu Ekstraklasy w roli beniaminka. Wprawdzie z klubu dochodziły informacje o jego kolejnych zachowaniach, jak np. zwymyślanie rzeczniczki prasowej, ale skoro nie wysadziło go z siodła uderzenie przełożonego, trudno było być zdziwionym, że "uwierzył w nieśmiertelność". Dopiero gdy wiosną 2024 zaszantażował właściciela klubu, ten przyjął jego dymisję.
Wbrew obawom projekt Motoru okazał się stać na stabilniejszych podstawach niż sam Feio. Drużynę przejął jego asystent, wywalczył awans do Ekstraklasy (po trzech dekadach Motoru w niższych ligach), w której osiągnął w poprzednim sezonie najlepszy wynik w historii klubu, a dziś dzielnie walczy z przeciwnościami. Mateusza Stolarskiego można stawiać za wzór nowoczesnego lidera. Wartości, jakimi w prowadzeniu drużyny kieruje się najmłodszy trener w lidze, sprawiają, że trudno nie życzyć mu dobrze.
Kim jest trener?
Byłoby jednak za proste przypisywać winę za rozbestwienie Feio tylko PZPN-owi i Motorowi, który przedłożył wiosną 2023 roku interesy sportowe ponad elementarne standardy. Chwilę później całe środowisko zaczęło wysyłać Portugalczykowi sygnały, że może wszystko. Oto bowiem po rozstaniu z beniaminkiem I ligi zgłosiła się po niego Legia Warszawa, w tamtym momencie wciąż klub o największych możliwościach finansowych w Polsce, która z dnia na dzień wyrzuciła dla niego Kostę Runjaicia, z powodzeniem pracującego dziś w Serie A. Jacek Zieliński, ówczesny dyrektor sportowy Legii, połasił się na wizję natychmiastowego efektu - awansu do europejskich pucharów. Nikomu w Legii nie przeszkadzała świadomość, że zatrudniają skandalistę. Liczyło się tylko to, że o Feio mówiło się jako o trenerskim talencie.
Tu warto się zatrzymać, by ustalić fundamentalne pomieszanie pojęć. W dzisiejszym futbolu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej trener pełni funkcję publiczną. Sprawuje rolę lidera. Jest najważniejszą twarzą klubu. Nikt częściej od niego nie wypowiada się przed kamerami na różne tematy. W klubach grających na różnych frontach bierze udział nawet w czterech (!) konferencjach prasowych tygodniowo. Wypowiada się też przed każdym meczem w telewizji, a nierzadko jest zapraszany do pomeczowych łączeń. Oprócz tego udziela wywiadów mediom, które nie transmitują rozgrywek. To oznacza, że w przestrzeni publicznej cały czas fruwają wypowiedzi trenera - na każdy temat - następnie rozkładane na czynniki pierwsze.
Odpowiedzialność trenera
Aktywność medialna to zatem już nie dodatek do pracy trenera. To immanentna część jego pracy. Dlatego duże kluby zatrudniając szkoleniowców, biorą pod uwagę to, jak trener wypada w mediach, czy potrafi poradzić sobie z trudnymi tematami i podchwytliwymi pytaniami, czasem niekoniecznie związanymi z najbliższym meczem. Vincent Kompany z Bayernu Monachium właśnie zdobył w Niemczech poklask wykraczający poza środowisko sportowe za to, w jaki sposób przez 12 minut odpowiadał na konferencji prasowej na pytanie o rasistowski incydent z udziałem Viniciusa Juniora w meczu Benfica - Real Madryt. Do takich tematów trudno wcześniej się przygotować, trzeba to po prostu umieć. Oglądając go, kibice Bayernu mogli mieć poczucie: "tak, to jest mój trener". I także za takie odczucia kibiców, ale też sponsorów, najlepszym trenerom płaci się miliony.
Sprawdź również: Hiszpanie piszą o Lewandowskim i Laporcie. "Dożywotni fan"
Mnogość wypowiedzi medialnych siłą rzeczy musi wpływać na kreowanie nastrojów i narracji wokół klubu, ale też wewnątrz niego. Czasem trudno rozpisać prosty ciąg przyczynowo-skutkowy między trenerem wyrażającym się bez szacunku do arbitra czy rywala a pomeczową bijatyką, do której dochodzi na murawie. To jednak nie znaczy, że on nie istnieje. Jeśli trener buduje narrację "my kontra oni, sami przeciw światu", trudno się dziwić, że potem ktoś na trybunach nie wytrzyma ciśnienia, a piłkarz nie umie godnie przyjąć porażki. Wypuszczanie dżina z butelki sprawia, że potem trudno go do niej schować. Tak eksponowana funkcja wiąże się z odpowiedzialnością. A odpowiedzialność wymaga, by pewnych rzeczy nie robić i nie mówić, nawet jeśli mogą pomóc wygrać najbliższy mecz.
Trener, czyli mentor
Jakiegokolwiek określenia na trenera by nie używać, zawsze wiąże się w jakiś sposób z funkcją edukacyjną. Chodzi w niej o trenowanie, czyli sprawianie, że sportowcy stają się lepsi. Szkoleniowiec szkoli, czyli uczy. Opiekun się opiekuje, troszczy o daną drużynę. Jest w tych słowach zaszyte oczekiwanie, że trener (po angielsku - coach), będzie odgrywał rolę przewodnika, czyli widział więcej, patrzył szerzej, wręcz - co tu kryć - będzie mądrzejszy od zawodników. Opanowany. Ważący słowa. Dostrzegający konsekwencje czynów.
Siłą rzeczy zwykle łatwiej wytłumaczyć 18-letniego zawodnika, że coś odpyskuje sędziemu, sprowokuje kibica albo zachowa się nieodpowiednio wobec rywala. Ale wtedy oczekuje się reakcji trenera jako jego wychowawcy, mentora. Często zadaniem trenerów wcale nie jest pokazanie zawodnikom, jak mają przyjmować piłkę albo ustawiać się w obronie, lecz pomoc w problemach prywatnych, ułatwienie aklimatyzacji w nowym kraju czy mieście, albo w poradzeniu sobie z nagłą sławą i pieniędzmi. Trener, przynajmniej w jakimś stopniu, powinien mieć w sobie życiową mądrość.
O Feio mówi się często w ostatnich latach, że to "świetny trener, ale…". I tu pada wyliczanka jego grzechów. Jeśli jednak spojrzeć na pełną definicję trenera, nikt nigdy nie nazwałby go świetnym w swoim fachu. Portugalczyk odebrał staranną edukację. Jego koledzy z kursu UEFA Pro zawsze wypowiadali się z wielkim szacunkiem o jego wiedzy z różnych dziedzin. Gdy opowiada o piłce, słychać wielką fachowość. Niewątpliwie jest kompetentny taktycznie, potrafi prowadzić grupę piłkarzy w sposób zwykle dla nich przekonujący i nauczyć ich określonego sposobu gry. Nie czyni go to jednak świetnym trenerem. Bo w zawodzie wymagającym ciągłej pracy pod presją kompletnie i notorycznie sobie z nią nie radzi. Potrafi pracować z piłkarzami, nie potrafi pracować z ludźmi.
Brak szacunku dla standardów
Kolejne kluby próbują jednak się oszukiwać, że to bez znaczenia. W Legii zapłacił za to dyrektor sportowy, który go zatrudnił. Feio pod koniec pracy w Warszawie próbował wmówić polskiemu środowisku, że nie jest go godne. Wyjechał więc do Francji, ale w Dunkierce wytrzymał tylko kilka tygodni. A potem objął Radomiak, choć zarzekał się, że po Legii nie będzie już pracował w Ekstraklasie. To kolejny klub, który połakomił się na twarde kompetencje Portugalczyka, będąc głuchy na kompletny brak tych miękkich.
Wystarczyły trzy miesiące, z czego półtora to przerwa w rozgrywkach, by Feio znów wybuchł. Tym razem zarzucił sędziom, że przyjęli korupcyjną propozycję i został zawieszony na pięć meczów. Niby dużo, ale to najmniej, ile za taki zarzut przewiduje PZPN-owski taryfikator. Znów organy związkowe były dla niego tak pobłażliwe, jak tylko mogły. Gdyby nie afera z radnym, Portugalczyk od przyszłego tygodnia jak gdyby nigdy nic wróciłby do prowadzenia zespołu. Paulo Fonseca, jego dalece bardziej utytułowany rodak, rok temu został w lidze francuskiej zawieszony na dziewięć miesięcy za to, że w trakcie meczu Olympique Lyon z Brest agresywnie ruszył w stronę sędziego i przyłożył czoło do jego czoła. Tam dziewięć miesięcy, tu cztery tygodnie. I to pomimo że Fonseca przeprosił za zachowanie i wyraźnie go żałował, Feio zaś ustawił się w roli niesprawiedliwie oskarżanego.
Kariera Feio w polskiej piłce to dowód nie tylko braku szacunku polskiej piłki dla własnych standardów, ale też dla własnego rynku trenerskiego. Liczba miejsc na kursach UEFA Pro jest mocno ograniczona. Z założenia ma to być licencja bardzo elitarna, przynależna elicie, którą można dostać po spełnieniu wielu warunków. Portugalski trener korzystał z gościnności PZPN-u, zajmując na kursie miejsce któremuś z rodzimych trenerów, który może gorzej odczytywał przestrzenie na boisku, za to nie rzucał w nikogo kuwetą. Nadwyrężył tę gościnność i w nagrodę dostał, niemal na start kariery, posadę marzeń większości środowiska, czyli trenerski stołek w Legii.
Portugalczyk może więcej
Marek Papszun, były szef Feio w Rakowie, musiał wprowadzić klub z II ligi do 1/8 finału europejskich pucharów, zdobywając wcześniej wszystkie możliwe krajowe trofea, by zapracować na to samo. Papszun był jednak wuefistą ze szkoły w Ząbkach, nie szedł za nim czar skojarzeń ze wszystkimi wspaniałymi światowej sławy portugalskimi trenerami. Feio od zawsze był niewypowiedzianym ideałem, skrytym marzeniem wielu prezesów, czyli młodym, mówiącym po polsku - swoim, ale jednak trochę światowym. Pozwalano mu więc na więcej. Każdego roku ktoś wprowadza drużynę z II ligi do I, dla Legii jednak nie jest to żaden argument, by go zatrudnić.
Polski trener o łatce skandalisty raczej nie mógłby liczyć na tyle kolejnych szans. Nie trzeba zresztą gdybać. W 2015 roku PZPN wyrzucił ze szkoły trenerskiej Bartosza Ślusarskiego, Szymona Sawalę i Grzegorza Barana za skakanie po samochodzie byłego kolegi z drużyny. Nie trzeba dodawać, że dla każdego z nich był to koniec marzeń o zawodowej karierze trenerskiej. W książce filozofa Piotra Stankiewicza "21 polskich grzechów głównych" jako jedna z przywar narodowych wskazany jest autorazism. Na jego dowód autor przytacza pyszną anegdotkę z muzeum, w którym obowiązuje zakaz fotografowania eksponatów. Gdy polska grupa się do niego nie stosuje, zostaje upomniana przez pracowniczkę muzeum. Gdy chwilę później to samo robią niemieccy turyści, nikt ich nie upomina. Na zasadne pytanie, "dlaczego", pada rozbrajająca odpowiedź: "Im wolno". Polski futbol wobec Feio działa tak samo.
Sami sobie winni
Po akcji z Tomczykiem w Lublinie każdy klub, który zatrudnia Feio i potem kroczy od afery do afery, sam jest sobie winny. Doskonale wiedział, po kogo sięga, ważył za i przeciw, decydując się wziąć trenera z dobrodziejstwem inwentarza. Dla dobra ligi bójka z radomskim radnym powinna być ostatnią z udziałem Feio w Ekstraklasie. Bez roztrząsania "kto zaczął". Jego obecność szkodzi wizerunkowi ligi. Sprawia, że ciągle mówi się o niej w kontekście skandali, kontrowersji, wydarzeń pozaboiskowych.
Feio nie jest jedynym trenerem nerwowym, trudnym we współpracy, czy zachowującym się kontrowersyjnie. Koniec końców jednak zachowania większości mieszczą się w podstawowych ramach społecznego współżycia. Jeśli 36-latek notorycznie nie jest w stanie się do nich dostosować, być może polski futbol będzie musiał jakoś przeżyć bez jego wiedzy, jak efektywnie okupować boczne sektory.
Feio ma poczucie, że może wszystko, bo rynek notorycznie go w tym utwierdza. Problem zniknie, gdy kolejny klub, zamiast fantazjować, co mógłby osiągnąć z Portugalczykiem na ławce, przestraszy się, w jakie wizerunkowe tarapaty mógłby się z nim wpakować. Ekstraklasa bez Feio poradzi sobie znacznie lepiej niż Feio bez Ekstraklasy.