Mileta Rajović na gola w ekstraklasie czekał 161 dni. Niewiele krócej czekała Legia Warszawa, by nie stracić gola w lidze. Obie te rzeczy zdarzyły się w niedzielnym meczu, w którym drużyna Marka Papszuna pokonała Cracovię 1:0. Legia znów jest ponad kreską w ligowej tabeli, ale walka o utrzymanie dalej zapowiada się na bardzo trudną.
Po ostatnim gwizdku sędziego Marek Papszun podniósł ręce w geście triumfu i aż podskoczył z radości. Legia Warszawa nie przegrała piątego meczu z rzędu, odnosząc drugie zwycięstwo w trzecim spotkaniu. Drużyna Papszuna znów znalazła się poza strefą spadkową ekstraklasy, ale tabela jest bezlitosna i jednoznacznie wskazuje, że dalej czeka ją bardzo trudna walka o utrzymanie w lidze.
Szczęście Rajovicia
Przed dwoma tygodniami przy Łazienkowskiej przełamała się Legia, która pokonała Wisłę Płock 2:1 i odniosła pierwsze ligowe zwycięstwo od 28 września. Wtedy Warszawiacy ograli u siebie Pogoń Szczecin (1:0), a jedyną bramkę z rzutu karnego zdobył Mileta Rajović.
O ile drużynie w końcu udało się przełamać niebywałą niemoc, o tyle koszmar Rajovicia trwał. Mimo że napastnik Legii zdobył dwie bramki w grudniowych meczach Ligi Konferencji, to na gola w ekstraklasie czekał od wspomnianego spotkania z Pogonią.
26-latek, za którego Legia zapłaciła latem aż trzy miliony euro, stał się pośmiewiskiem w całej Polsce. Mimo że Rajoviciowi okazji do strzelania goli nie brakowało, to marnował je w niewytłumaczalny sposób. Tak jak jeszcze jesienią w Lublinie, kiedy z bliska nie trafił do niemal pustej bramki. Jeszcze gorsze pudło Rajović zanotował przed tygodniem w Białymstoku, gdzie po akcji Kacpra Chodyny jego uderzenie zatrzymała jego własna noga.
- Legia nie wygrała dwunastu spotkań z rzędu, w końcu przyszło przełamanie i tak samo może być z napastnikiem. Oczywiście musi dać jeszcze więcej z siebie i na to też liczę. Taki jest plan, żeby dawał z siebie więcej w różnych obszarach i to przyniesie efekty - mówił Papszun na konferencji prasowej.
Trener Legii z jednej strony wierzył w swojego napastnika, ale z drugiej w niedzielnym spotkaniu posadził go na ławce rezerwowych. Rajović jednak wszedł na boisko już w 24. minucie i szybko wykorzystał szansę, jaką dał mu los. Już siedem minut później Duńczyk utonął w ramionach kolegów po tym, jak zdobył bramkę na 1:0 po zamieszaniu w polu karnym Cracovii.
Rajović czekał na ten moment aż 161 dni. Nic dziwnego, że zaraz po strzeleniu gola na jego twarzy malował się uśmiech od ucha do ucha, a wyraźne wsparcie dali mu też koledzy z drużyny. Tuż po golu najmocniej robił to Rafał Augustyniak, który ściskał Rajovicia i jednocześnie pokazywał na niego kibicom, zachęcając ich do głośniejszego celebrowania gola.
Koszmar Colaka
Tuż przed wejściem na boisko Rajović otrzymał też wsparcie od Jeana-Pierre'a Nsame. Kameruńczyk, który dochodzi do formy po ciężkiej kontuzji, drugi raz z rzędu znalazł się w kadrze meczowej. Na razie jednak pełni przede wszystkim rolę dobrego ducha drużyny, co pokazał w sytuacji z początku spotkania.
Zanim Rajović niespodziewanie wszedł na boisko, odebrał słowa otuchy od Kameruńczyka. Nsame podbiegł do kolegi, wyściskał go i mocno poklepał po plecach. Chwilę później doświadczony napastnik w podobny sposób wsparł Antonio Colaka.
Bo to nieszczęście Chorwata było początkiem szczęśliwego momentu Rajovicia. W niedzielę to Colak znalazł się w podstawowym składzie, ale chwilę po upływie 20. minuty wiadomo było, że meczu z Cracovią nie dokończy. Colak padł w polu karnym gości i najpierw zrezygnowanym gestem dał znać trenerowi, że nie jest w stanie kontynuować gry, a chwilę później wściekle uderzył pięścią w murawę.
Sportowa złość napastnika Legii jest całkowicie zrozumiała, bo Colak - podobnie jak Rajović - nie ma dobrego sezonu. Bohater meczu z Arką, w którym zdobył obie bramki dla Legii, zagrał od początku w Katowicach, ale rozczarował. Papszun nie wpuścił Colaka na boisko w meczu z Wisłą Płock, a w Białymstoku dał mu tylko kwadrans.
Wydawało się, że w niedzielę Colak będzie miał wielką szansę, by zapunktować u Papszuna. Zwłaszcza po tym, jak przeciwko Jagiellonii kolejny raz skompromitował się Rajović. Ale role niespodziewanie się odwróciły. Na razie nie wiadomo na jak długo, ale uraz Colaka nie wyglądał dobrze.
Kibice nie zapomnieli o Mioduskim
Mimo że Legia ostatnio gra skuteczniej i punktuje lepiej niż jesienią, kibice o obecnej sytuacji klubu. W 65. minucie, mimo że Warszawiacy wciąż prowadzili 1:0, fani kolejny raz w tym sezonie uderzyli we właściciela klubu - Dariusza Mioduskiego.
"On jest temu winien, wy*******ać stąd powinien", "Mioduski, sprzedaj klub i sp******aj" - skandowali kibice Legii w drugiej połowie. Przez całe spotkanie na "Żylecie" wisiał też transparent z hasłem "Pudel Won!", który również odnosi się do właściciela stołecznego klubu. Tym razem protest kibiców był jednak bardzo krótki, zwłaszcza w porównaniu do tego, co przy Łazienkowskiej działo się jesienią i nawet na pierwszym tegorocznym meczu z Koroną Kielce.
Poza tym incydentem kibice Legii i Cracovii zachowywali się dobrze, przygotowując nawet oprawy. Jako pierwsi pokazali się gospodarze. Zanim mecz przy Łazienkowskiej się rozpoczął, kibice Legii zaprezentowali oprawę. Składało się na nią wielkie malowidło postaci w bluzie z "elką" na piersi oraz napis "niech zstąpi duch twój i odnowi oblicze tej ziemi". Nad malowidłem odpalona została też kolorowa pirotechnika.
Po przerwie oprawę zaprezentowali też goście. Ci również przygotowali wielkie malowidło, które zajęło niemal cały sektor. Kibice Cracovii namalowali na nim znanego z komiksów Obeliksa na tle Pałacu Kultury i Nauki. Towarzysz słynnego Asteriksa w lewej ręce trzymał hełm legionisty z czerwono-biało-zielonym akcentem, który symbolizował barwy Legii, a pod nim znajdowali się pokonani legioniści. Kibice obu klubów odpalili też pirotechnikę.
Pierwsze czyste konto od 133 dni
W meczu z Cracovią przełamał się nie tylko Rajović, ale też legijny bramkarz i jego defensywa. Warszawiacy pierwszy raz za kadencji Papszuna i pierwszy raz od dawna zachowali bowiem czyste konto w lidze.
Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce 26 października w spotkaniu z Lechem Poznań (0:0), czyli 133 dni temu. Od tamtej pory drużyny Inakiego Astiza i Papszuna rozegrały łącznie 10 meczów w lidze i straciły w nich aż 16 goli.
W niedzielę legioniści w końcu nie stracili gola, co często negatywnie wpływało nie tylko na ich grę, a przede wszystkim na wynik. Warszawiakom zdarzało się jesienią rozgrywać niezłe mecze, ale tracony gol często wybijał ich z rytmu, a mecze nierzadko kończyły się kolejnymi porażkami.
Przeciwko Cracovii było inaczej. Trzeba też przyznać, że legioniści nie pozwolili gościom na wiele w ofensywie, a Otto Hindrich rzadko w ogóle musiał interweniować. Mimo to Legia prowadziła tylko 1:0, co oznaczało, że najmniejszy błąd kosztowałby ją bardzo dużo.
Dlatego Papszun wprowadzał nie tylko wypoczętych zawodników, ale dokonywał też zmian taktycznych. W końcówce trener Legii zdecydował się wprowadzić najbardziej doświadczonego w kadrze Artura Jędrzejczyka. 38-latek w 80. minucie zmienił Juergena Elitima, co oznaczało małe przetasowanie na boisku.
Miejsce Kolumbijczyka w środku pola zajął grający do tej pory na środku obrony Augustyniak, a Jędrzejczyk zajął jego miejsce na stoperze. Zmiana okazała się dobrym ruchem Papszuna, bo Legia gola nie straciła, a Jędrzejczyk dzięki swojemu doświadczeniu dał Legii niezbędny w końcówce spokój.
Spokój, którego - mimo wygranej - Warszawiacy wciąż nie mają w tabeli. Zwycięstwo sprawiło, że Legia znów - przynajmniej do poniedziałku - wygrzebała się ze strefy spadkowej. Ale może do niej wrócić już po poniedziałkowym meczu Arki Gdynia z Wisłą Płock.
Na razie jednak Legia ma 28 punktów, czyli o jeden więcej od Widzewa, dwa więcej od Arki i sześć więcej od Bruk-Betu Termaliki Nieciecza. Warszawiacy tracą za to punkt do Piasta Gliwice i trzy do Motoru Lublin, Pogoni Szczecin oraz Lechii Gdańsk. Walka o utrzymanie w ekstraklasie zapowiada się równie ciekawie jak ta o mistrzostwo Polski.