Sobotnie granie w 24. kolejce Ekstraklasy kończyło starcie drużyn znajdujących się na dwóch przeciwnych biegunach ligowej tabeli. Walczący o obronę mistrzowskiego tytułu Lech Poznań przyjechał do Łodzi na mecz przeciwko bijącemu się o utrzymanie Widzewowi.
Gospodarze przystępowali do rywalizacji z nowym szkoleniowcem Aleksandarem Vukoviciem, który nie wahał się już na starcie swojej pracy przeprowadzić kilku ważnych zmian personalnych i taktycznych. Serb przeszedł na ustawienie 3-4-3, a decyzją sztabu szkoleniowego z kadry meczowej wylecieli Osman Bukari i Carlos Isaac. Z powodu urazu z kolei na trybunach usiadł Bartłomiej Drągowski. Na ławce rezerwowych zasiadł m.in. Mariusz Fornalczyk.
Lechici z kolei chcieli udowodnić swoim kibicom, że porażka 0:1 przeciwko Górnikowi Zabrze w ćwierćfinale Pucharu Polski była tylko wypadkiem przy pracy. Wcześniej podopieczni Nielsa Frederiksena wygrali aż sześć meczów z rzędu i byli w naprawdę dobrej dyspozycji. Z tym, że musieli radzić sobie z absencjami Antonio Milicia oraz Antoniego Kozubala, którzy pauzowali za kartki. Na ławce z kolei usiadł kapitan drużyny ze stolicy Wielkopolski Mikael Ishak.
Od początku rywalizacji w Łodzi nie działo się zbyt wiele pod jedną czy drugą bramką. Teoretycznie inicjatywę miał Widzew, ale w praktyce nie przenosiło się to na konkrety. Można było stwierdzić, że piłkarze obu zespołów dostosowali się poziomem gry do poziomu murawy, który... pozostawiał wiele do życzenia.
W 28. minucie Lech wyszedł na prowadzenie. Genialnym podaniem prostopadłym w pole karne popisał się Timothy Ouma, do piłki dopadł Gisli Thordarson i strzałem z ostrego kąta od poprzeczki pokonał Veljko Ilicia, zdobywając swoją drugą bramkę w barwach "Kolejorza".
Poznaniacy nie nacieszyli się prowadzeniem zbyt długo. Po zaledwie sześciu minutach bardzo dobre podanie z prawej strony pola karnego posłał Marcel Krajewski. Fran Alvarez był zupełnie niepilnowany przez defensorów gości, przyjął i uderzył nie do obrony dla Bartosza Mrozka. To było szóste trafienie Hiszpana w tym sezonie. Do przerwy było 1:1.
Po zmianie stron "Widzewiacy" szybko wyszli na prowadzenie. W 52. minucie piłka trafiła pod nogi Emila Kornviga, a Duńczyk huknął jak z armaty i pokonał Mrozka. Niels Frederiksen nie zamierzał czekać i przeprowadził aż trzy zmiany, posyłając na murawę Mikaela Ishaka, Pablo Rodrigueza i Alego Gholizadeha.
Wydawało się, że korekty szybko przyniosą zamierzony efekt w postaci wyrównania. Rodriguez podał do Ishaka, ten zgrał na ścianę do Gholizadeha. Irańczyk uderzył w kierunku bramki, piłkę odbił Ilić i choć Chorwat był bezradny przy dobitce Leo Bengtssona, to Szwed znajdował się na pozycji spalonej.
"Kolejorz" szukał wyrównania, ale nie potrafił przebić się przez czerwony mur, męcząc się w ataku pozycyjnym i nie tworząc konkretnych okazji. W 78. minucie groźny strzał zza pola karnego oddał Ishak, ale na posterunku był golkiper Widzewa. Chwilę później blisko był także Gholizadeh, który w swoim stylu zakręcił rogala w kierunku bramki, ale nie zdołał pokonać Ilicia. W doliczonym czasie Chorwat zaliczył genialną interwencję przy strzale Mateusza Skrzypczaka.
Łodzianie do końcowego gwizdka skupiali się na bronieniu wyniku i kontratakach. Ostatecznie udało im się zwyciężyć przed własną publicznością po raz pierwszy w lidze od 17 października ubiegłego roku. Lech tym samym nie wykorzystał szansy na przeskoczenie Jagiellonii Białystok i spadł na trzecie miejsce. Widzew z kolei wydostał się ze strefy spadkowej i ma punkt przewagi nad Arką Gdynia.
Widzew Łódź 2:1 Lech Poznań (34' Alvarez, 52' Kornvig - 28' Thordarson)
Zobacz też: Ależ wejście Zalewskiego w Serie A! Odmienił losy meczu