Skrajna patologia polskiej piłki. Kompromitacja dla miasta

Michał Kiedrowski
Mecz Śląsk Wrocław - Chrobry Głobów
Fot. Krzysztof Zatycki / Agencja Wyborcza.pl

"To jest patologia" - tak Jacek Rutkowski określa miejskie kluby, które żyją na koszt podatników. Jak bardzo były główny udziałowiec Lecha ma rację, widać, gdy bliżej przyjrzeć się finansom. Takie kluby jak Śląsk Wrocław nie tylko przepalają gigantyczne fundusze z publicznej kasy, ale jeszcze psują biznes innym.

UEFA właśnie wydała raport, w którym ocenia dokonania klubów w najwyższych klasach rozgrywkowych wszystkich 55 członków - oczywiście na polu finansowym. Polska wypada na tle europejskich konkurentów całkiem dobrze. Pod względem przychodów ekstraklasa jest na 14. miejscu. Z kolei pod względem wartości umowy telewizyjnej jest jeszcze lepiej – jest jedenasta. A pod względem nowych inwestycji w stadiony to już absolutny top: trzecie miejsce w Europie. 

Zobacz wideo

Polska liga bankrutów?

Są jednak obszary, w których wleczemy się w europejskim ogonie. Aż wstyd bierze, gdy się popatrzy na tzw. net equity. To wartość, która określa w ekonomii, czy dany podmiot ma większą wartość niż wynoszą jego zobowiązania. I tutaj ekstraklasa jest na piątym miejscu od końca. Jeszcze gorzej jest, gdy spojrzymy na liczbę drużyn polskiej ligi, których aktywa nie pokrywają zobowiązań. Jest ich aż – uwaga – 11. Czyli więcej niż połowa ligi to właściwie – technicznie rzecz biorąc – bankruci. Na tzw. wolnym rynku wierzyciele mogliby pójść do sądu, aby dłużnika zlicytować i odzyskać choćby część swoich pieniędzy. Jednak jeśli chodzi o piłkę nożną, to bardzo często głównym wierzycielem klubu jest jego właściciel. 

I z tego też wynika polski problem z negatywnym bilansem net equity. Właściciele dosypują rokrocznie pieniądze do swoich klubów. A dzięki dorocznemu raportowi "Finansowa Ekstraklasa" firmy Grant Thornton możemy sprawdzić, kto jest w Polsce najhojniejszy. 

I tak w sezonie 2024/25 tzw. podwyższenia kapitału spółki dokonały: 

  • Cracovia – 126 mln złotych. Ten ogromny zastrzyk finansowy miał związek z przygotowaniem klubu do sprzedaży Robertowi Płatkowi 
  • Pogoń Szczecin – 27 mln złotych (klub przejął w marcu 2025 roku Alex Haditaghi) 
  • KGHM Zagłębie Lubin – 25 mln (klub należy do spółki skarbu państwa) 
  • Śląsk Wrocław – 19 mln (klub miejski) 
  • Widzew Łódź – 17,4 mln (klub przejął w kwietniu 2025 roku Robert Dobrzycki) 
  • Korona Kielce – 13,8 mln (klub przejął w marcu 2025 roku Łukasz Maciejczyk) 
  • Puszcza Niepołomice – 7,5 mln (klub miejski) 
  • GKS Katowice – 7,5 mln (klub miejski) 
  • Górnik Zabrze – 4,5 mln (klub miejski) 

Jak widać, jeśli pominąć kluby, które zwiększały kapitał z uwagi na proces zmiany właściciela, to mamy na liście same drużyny utrzymywane z kieszeni podatnika, albo spółki skarbu państwa. 

Tak miasta sypią kasą na utrzymanie klubów

Popatrzmy rok wcześniej. Na liście właścicieli, którzy dosypywali najwięcej pieniędzy do klubów, znów w czołówce są te same nazwy: Śląsk Wrocław (32,5 mln), Cracovia (30 mln), KGHM Zagłębie (30 mln), Ruch Chorzów (16,44 mln – w 38 proc. klub należy do miasta), Górnik (7,5 mln), Puszcza (6,6 mln). Na sześć klubów tylko Cracovia była w pełni w rękach osoby prywatnej.  

Idźmy dalej i popatrzmy, jaki procent przychodów z tzw. działalności podstawowej (prawa do transmisji, kontrakty komercyjne, dzień meczowy itp.) właściciele klubów wydają na pensje. I tu też nie ma żadnego zaskoczenia. W czołówce pełno drużyn, które czerpią ze spółki skarbu państwa lub kieszeni podatnika:  

  • sezon 2022/23: Śląsk (97 proc.), Wisła Płock (96 proc., klub należy do miasta), Piast Gliwice (96 procent, klub należący do miasta) 
  • sezon 2023/24: Puszcza (116 proc.), KGHM Zagłębie (101 proc.), Piast (81 proc.) 
  • sezon 2024/25: Puszcza (125 proc.), Zagłębie (99 proc.), Radomiak (93 proc., klub prywatny), GKS Katowice (76 proc., klub miejski). 

Śląsk – trzeba przyznać – zszedł z 97 proc., do 70 proc. w sezonie 2023/24, a potem znów odnotował wzrost do 75 proc. w sezonie 2024/25. Zestawienia zawierają jednak jeszcze inne dość wstydliwe dla miejskiej spółki z Wrocławia liczby.

Śląsk nie wykorzystuje swojego potencjału

Zobaczmy na przykład, ile Śląsk wydaje na akademię piłkarską, aby szkolić młodych zawodników. 4,77 mln to dopiero siódmy wynik w lidze (Śląsk był wtedy jeszcze w ekstraklasie). Lech wydał ponad cztery razy tyle (20,2 mln), Legia 17,2 mln, a Raków Częstochowa: 7,6 mln. 

A przychody z dnia meczowego to już kompletna kompromitacja. Śląsk, który miał drugi co do wielkości stadion w ekstraklasie, miał trzecią co do wysokości frekwencję na meczach (18,8 tys.), zarobił z tzw. dnia meczowego – po odliczeniu kosztów organizacyjnych – 150 tys. złotych w całym sezonie. 244 razy mniej niż Legia Warszawa! Pogoń Szczecin przy frekwencji o tysiąc osób mniejszej zarobiła z dnia meczowego po odliczeniu kosztów 9,42 mln. Widzew (średnia 16,8 tys. widzów na meczu): 12,7 mln. Nic dziwnego, że działacze wrocławskiego klubu wyciągają rękę po pieniądze podatnika, skoro nie umieją nawet wykorzystać potencjału, jaki daje im stadion na 42 tys. widzów.

Skandalicznie niski jest też wynik finansowy Śląska, jeśli chodzi o tzw. przychody komercyjne (umowy sponsorskie, sprzedaż pamiątek, gadżetów itd.). Drużyna z bardzo bogatego regionu Polski; z miasta, które liczy 632 tys. mieszkańców; drużyna, która grała w europejskich pucharach i była dwa razy mistrzem Polski zarobiła na tym polu 15,7 mln zł. Podczas gdy Jagiellonia Białystok z zapóźnionego gospodarczo Podlasia, z miasta, które nie ma nawet połowy liczby mieszkańców Wrocławia, zgarnęła 19,8 mln. Widocznie sentencja z "Piłkarskiego Pokera" – "My tu w Białymstoku społeczeństwo mamy bardzo ofiarne" – wciąż obowiązuje. 

Patologia, z którą trzeba skończyć

Żarty jednak na bok. Były większościowy udziałowiec Lecha, który do dziś ma złotą akcję w klubie, powiedział o miejskich klubach w podcaście "Biznes Klasa": - To, co jest chore w polskiej piłce i czego jestem wielkim przeciwnikiem, to bezpośrednie finansowanie, gdy miasto daje 20-30 milionów, by klub istniał. To jest patologia.   

I Śląsk jest tej patologii doskonałym przykładem. Nie dość, że marnuje gigantyczne pieniądze z kieszeni podatnika, to jeszcze nie potrafi wykorzystać ogromnego potencjału stadionu i regionu, by zwiększać swoje przychody. To wstyd dla drużyny z takimi tradycjami i taką liczbą kibiców, żeby na polu finansowym była zaledwie średniakiem. W dodatku oferując zawodnikom pensje na poziomie wyższym, niż wynikałoby to z rachunku ekonomicznego, psuje rynek. Zmusza tych, którzy nie mają w zanadrzu niewyczerpywalnych publicznych zasobów, by też zawyżali pensje zawodnikom. 

To świetnie, że Jarosław Królewski, prezes Wisły Kraków, postanowił jako pierwszy nie tylko nazywać to zjawisko patologią, ale jeszcze realnie z nim zawalczyć poprzez złożenie skargi w Komisji Europejskiej na niedozwoloną pomoc publiczną, która narusza zasady konkurencyjności. Szkoda tylko, że mimo wcześniejszych sygnałów, nie zajął się tym żaden z polskich rządów. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...