Rzadko zdarza się, że zespół w jednym meczu cztery razy trafia do siatki i nie wygrywa meczu. Jednak to właśnie spotkało Jagiellonię Białystok. Wszystko przez to, że Białostoczanie dwa z tych goli strzelili sami sobie. Gdy Leon Flach w drugiej połowie nieudanym wybiciem zaskoczył Sławomira Abramowicza, Legia Warszawa miała zero celnych strzałów, a mimo to dwa gole na koncie. Absurdalna sytuacja, a w dodatku Jagiellonia mogła przez to przegrać, gdyby Mileta Rajović z dwóch metrów trafił do siatki, a nie we własną nogę.
Druga połowa ogólnie była dla lidera tabeli dużo gorsza. W pierwszej grali świetnie, co skwitowali dwoma golami do właściwej siatki. Już w 3. minucie dostali rzut karny, który jednak potem anulowano po analizie VAR. Sędzia Karol Arys uznał, że faulowany przez Otto Hindricha Kajetan Szmyt przy przejęciu piłki pomógł sobie ręką. Zagrania tą częścią ciała są w ostatnich tygodniach tematem budzącym wiele kontrowersji przez różne interpretacje sędziowskie. Tutaj aż tak kontrowersyjnie nie było, niemniej temat poruszył trener Adrian Siemieniec w pomeczowej rozmowie z Canal+ Sport. Przyznał, iż przepisom w tej kwestii brakuje jasności.
- Udało mi się porozmawiać z sędziami. Ja generalnie, jeśli chodzi o ten ostatni okres, mówię w swoim imieniu, choć zapewne powiem to, co chciałoby powiedzieć więcej trenerów, myślę, że żaden z nas nie ma problemu z decyzjami sędziowskimi. W trakcie meczu oczywiście pojawiają się emocje, ale mówię o sytuacjach kluczowych. Rzuty karne czy czerwone kartki. Największy problem jest z brakiem jasności i konsekwencji. Jeżeli taka sytuacja będzie odgwizdana w jakimś następnym meczu i będzie tak samo potraktowana, to ja nie mam problemu z tą decyzją - powiedział trener.
- Wiem jednak, że są sytuacje, które na jednym stadionie są traktowane jako przewinienie, a na drugim już nie. Zależy od okoliczności i sędziego prowadzącego mecz. Ja wam powiem, że sam już nie wiem, która sytuacja jest przewinieniem, a która nie. Oczywiście ja nie jestem sędzią. Często jest jednak taka sytuacja, że po meczu rozmawiamy, zostaje nam to szczegółowo wytłumaczone, a potem w tygodniu okazuje się, że ta sytuacja jest zupełnie inaczej interpretowana - stwierdził Adrian Siemieniec.