To był doskonały mecz. Po zakończeniu spotkania piłkarze Jagiellonii i Legii otrzymali brawa od swoich kibiców i mogli mieć poczucie, że to brawa w pełni zasłużone. Drużyny Adriana Siemieńca i Marka Papszuna - mimo różnych trudności - stworzyły widowisko godne hitu ekstraklasy.
Ale i gospodarze, i goście mogli też mieć poczucie niedosytu. Jagiellonia, bo prowadziła 2:0 i nie "zabiła" meczu. Legia, bo mimo znakomitego powrotu do gry i okazji do strzelenia decydującego gola, znowu nie wygrała na wyjeździe.
- Po Jagiellonii nie będzie widać zmęczenia. Zdecyduje o tym głowa. Tę można ustawić pod ten jeden mecz - mówił przed spotkaniem Marek Papszun. Trener Legii nie szukał przewagi swojej drużyny w czwartkowym występie Jagiellonii w Lidze Konferencji we Florencji. Białostoczanie po 90 minutach prowadzili z Fiorentiną 3:0, by po ostatecznie - po dogrywce - wygrać "tylko" 4:2 i odpaść z rozgrywek.
Mimo że piłkarze Adriana Siemieńca po podróży z Włoch mieli skrajnie mało czasu na odpoczynek, na początku niedzielnego meczu w ogóle nie było tego widać. Jagiellonia od pierwszej minuty zaatakowała Legię z wielką energią, co szybko przyniosło jej wielkie korzyści.
Gospodarze mogli prowadzić już po trzech minutach. Mogli, ale rzut karny podyktowany po faulu Otto Hindricha na Kajetanie Szmycie, został anulowany po interwencji VAR. To jednak tylko jeszcze bardziej nakręciło gospodarzy do huraganowych ataków.
I w 17. minucie efektownym strzałem sprzed pola karnego Hindricha pokonał Leon Flach. Pięć minut później Jagiellonia prowadziła już 2:0 i ta akcja bramkowa najlepiej oddawała ówczesną przewagę gospodarzy. Tę w środku pola przyspieszył Jesus Imaz, Pululu efektownie zagrał piętą do Bartosza Mazurka, ten podał na lewe skrzydło do Szmyta, a wszystko wykończył najskuteczniejszy piłkarz Jagiellonii.
To była kapitalna akcja. Akcja, w której jak na dłoni widać było przepaść między obiema drużynami. Widać było, kto błysnął w Europie i gra o mistrzostwo Polski, a kto walczy o utrzymanie w ekstraklasie. Wtedy wydawało się, że Jagiellonia rozbije Legię. Jeszcze przed przerwą na 3:0 mógł podwyższy Pululu, ale tym razem piłka po jego strzale odbiła się od poprzeczki. Kiedy wydawało się, że Legia nie ma szans na powrót, stało się coś nieoczekiwanego.
Warszawiacy w doliczonym czasie gry zdobyli kontaktową bramkę. Konkretnie zdobył ją Bernardo Vital, który pechowo interweniował we własnym polu karnym i pokonał własnego bramkarza. Ta bramka kompletnie zmieniła jednak obraz meczu.
Legia na drugą połowę wyszła kompletnie odmieniona. Drużyna, która przed przerwą miała problem z dotarciem pod pole karne Jagiellonii, nagle zaczęła grać odważnie i ofensywnie. Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy w słupek trafił Mileta Rajović, a chwilę później minimalnie niecelnie strzelał Wahan Biczachczjan.
Warszawiacy mieli problem ze skutecznością, ale kolejny raz pomocną dłoń podali im rywale. W 57. minucie w wielkim zamieszaniu w polu karnym do własnej bramki tym razem trafił Flach. Mimo że Jagiellonia strzeliła drugiego samobója, nie można powiedzieć, że Legia na tę bramkę nie zasłużyła.
Wręcz przeciwnie, Warszawiacy pokazali charakter i mocno zapracowali na remis. A mogli nawet prowadzić, gdyby z najbliższej odległości gola na 3:2 strzelił Rajović. Duński napastnik zmarnował jednak doskonałą akcję Kacpra Chodyny i kolejny raz w tym sezonie zaliczył kompromitującą wpadkę.
Z każdą minutą Legia grała jednak coraz lepiej i szukała zwycięskiego gola. Tuż po wejściu na boisko dwie okazje miał Antonio Colak. Sławomir Abramowicz musiał też interweniować po groźnym strzale Chodyny sprzed pola karnego. To z całą pewnością były najlepsze minuty Warszawiaków za kadencji Papszuna. A może i w całym tym nędznym sezonie.
Wydarzenia na boisku mocno odbijały się na nastrojach na obu ławkach rezerwowych. Te - co zrozumiałe - w pierwszej połowie dużo lepsze były wśród gospodarzy. Siemieniec, który od początku dyrygował swoim zespołem przy linii bocznej, żył też razem z trybunami. Kiedy Pululu strzelił gola na 2:0, trener Jagiellonii machał rękami w kierunku fanów, zachęcając ich do jeszcze głośniejszego dopingu.
W tym samym czasie ponurą minę miał Papszun, który co chwilę zapisywał kolejne rzeczy w swoim notatniku. Kiedy - jeszcze przy stanie 2:0 - drobnego urazu doznał Abramowicz i mecz został chwilowo przerwany, trener Legii wezwał do siebie swoich piłkarzy i mocno pobudzał ich do lepszej gry. Uwagi dały pozytywny skutek i w drugiej połowie to Papszun mógł się lekko uśmiechnąć.
Trener Legii co chwilę bił swoim zawodnikom brawo po kolejnych udanych akcjach. Papszun klaskał, ale też wyraźnie pokazywał, by zespół atakował i szukał decydującego gola. Siemieniec? On szukał rozwiązań w trudnej sytuacji, dyskutując ze swoimi asystentami.
Trener Jagiellonii co chwilę schodził na ławkę i po krótkich rozmowach wracał do linii. I dokonywał zmian. Najpierw na lewej obronie, gdzie Guilherme Montoia nie radził sobie z kolejnymi wejściami Chodyny i Kamila Piątkowskiego. W kolejnych minutach Siemieniec zmieniał, by pobudzić drużynę, na której wyjazd do Florencji chyba jednak się odbił i mocno dał o sobie znać w drugiej połowie. Jagiellonia zaprezentowała bowiem dwa oblicza i ona też doświadczyła tego, że gra co trzy-cztery dni to niełatwe zadanie.
Po meczu w Białymstoku obie drużyny mogły czuć niedosyt. Jagiellonia, bo prowadziła 2:0, a mogła nawet wyżej. W pierwszej połowie wydawało się, że drużyna Siemieńca wygra pewnie i wysoko i zdobędzie kolejne trzy punkty w walce o mistrzostwo Polski.
Wtedy Legia nawet punkt wzięłaby z pocałowaniem ręki. W pierwszych minutach trudno było przypuszczać, że drużyna Papszuna wróci do gry i się uratuje. A jednak jej się to udało i - mimo początkowych trudności - mogła nawet wygrać.
Po meczu w Białymstoku Warszawiacy - przynajmniej przez chwilę - będą się zastanawiali, co by było, gdyby nie mieli Rajovicia i Colaka, tylko skutecznych napastników na poziomie. Chociaż przed spotkaniem legioniści nie byli faworytem, a pierwsze minuty to tylko potwierdziły, to ostatecznie mogli czuć niedosyt, że nie wygrali.
Obie drużyny szansę na wygraną będą miały w przyszłym tygodniu. Jagiellonia zagra w piątek w Gdańsku z Lechią, a w niedzielę Legia podejmie Cracovię.