Tylko 25 europejskich klubów wydało w zimie więcej na nowych zawodników niż Widzew Łódź. Poza czołowymi ligami kontynentu w tej grupie są Besiktas, Fenerbahce, Zenit Sankt Petersburg i Sporting. Fakt, że w kilka tygodni zostały pobite wszystkie historyczne rekordy polskiej ligi, jest tylko znakiem rosnącej siły Widzewa, a nie całej Ekstraklasy. Pozostałe polskie kluby zachowywały się bowiem tak, jak przyzwyczaiły kibiców.
Zamknięte w czwartek okno transferowe w Polsce wyznaczyło w historii polskiej ligi nową erę. O ile zwykle w połowie sezonu można było głównie analizować, kto najmniej się osłabił przed drugą częścią rozgrywek, o tyle dziś da się rozmawiać o faktycznych wzmocnieniach. Choć z Ekstraklasy wyjechało kilka znaczących postaci, by wspomnieć wielomilionowe transfery Oskara Pietuszewskiego z Jagiellonii Białystok do FC Porto, Adriana Przyborka z Pogoni Szczecin do Lazio czy Filipa Stojilkovicia z Cracovii do Pizy, wyjątkowo zdecydowanie ciekawsze było śledzenie, kto nowy pojawił się w lidze. Polscy kibice mogli przez moment poczuć się jak fani największych zagranicznych klubów, którzy z roku na rok odkrywają, że okna transferowe bywają ciekawsze od samych sezonów. Oceniając wydarzenia ostatnich tygodni, trzeba jednak wyraźnie oddzielić to, co działo się w Widzewie Łódź, od reszty ligi.
By to zrobić, warto przeprowadzić eksperyment myślowy i wyobrazić sobie, że Robert Dobrzycki, jeden z najbogatszych Polaków, nie został w marcu zeszłego roku właścicielem Widzewa. Łódzki klub wciąż jest w rękach Tomasza Stamirowskiego, a wypatrujący dawnych sukcesów kibice zżymają się na dyrektora sportowego Tomasza Wichniarka, że nie potrafi za darmo zbudować drużyny zdolnej włączyć się do gry o europejskie puchary. Rekordowym transferem przychodzącym w Ekstraklasie byłby wtedy Filip Cuić, autor czterech goli dla HNK Gorica w lidze chorwackiej, którego Pogoń Szczecin kupiła za milion euro. Na rynku wewnętrznym hitową transakcją byłaby przeprowadzka Kajetana Szmyta z Zagłębia Lubin do Jagiellonii Białystok za 700 tysięcy euro. Wszyscy ekscytowalibyśmy się licznymi powrotami do Ekstraklasy Polaków poturbowanych za granicą. Zastanawialibyśmy się więc, czy prędzej Raków Częstochowa odbuduje Pawła Dawidowicza, Korona Kielce Mariusza Stępińskiego, czy Pogoń Karola Angielskiego. Sześć milionów euro wydane łącznie przez osiemnaście klubów byłoby w europejskiej skali wynikiem żałosnym, odstającym od klubów węgierskich czy szwedzkich. Wściekalibyśmy się, że zamiast budować drużyny na przyszłoroczne europejskie puchary, najsilniejsze finansowo kluby – Raków, Lech, Jagiellonia czy Legia – nie wydały w zimie nawet miliona euro.
Symboliczne transfery
To nie liga zmieniła zachowanie na rynku transferowym. To Widzew je zmienił. Łódzki klub odpowiada za niemal 3/4 polskich wydatków tej zimy. Za jednym zamachem ustanowił rekord transferowy ligi, kupując Osmana Bukariego za 5 milionów euro, rekord dotyczący Polaka wracającego do Ekstraklasy, sięgając po Przemysława Wiśniewskiego ze Spezii za 3 miliony euro, a na koniec jeszcze wewnętrzny rekord polskiej ligi, wyjmując Steve’a Kapuadiego z Legii Warszawa za 2 miliony euro. Dobrzycki wykasował wszystkie finansowe szczyty, jakie istniały przed nim, by wyciągnąć drużynę z przedostatniego miejsca w lidze. Rok temu o tej porze, nie wydawszy w zimie ani grosza, Widzew był pięć pozycji wyżej.
Niezależnie od sportowej oceny transferów, Widzew ostatnimi ruchami wprowadził ligę w nową erę. Choć kupował z rozmachem już w lecie, płacenie 1,5 miliona euro za Mariusza Fornalczyka z Korony Kielce, czy nawet dwóch milionów za Andiego Zeqiriego z Genku, nie było jeszcze niezwykłym pokazem siły. Tamte transakcje zwracały uwagę, ale nie były niczym, czego nie można by sobie wyobrazić w wykonaniu Legii, Lecha czy Rakowa. Sygnał: "uważajcie, nadchodzimy!" wysłał Widzew dopiero teraz. Po raz pierwszy od czasów Bogusława Cupiała, właściciela Wisły Kraków z przełomu wieków, ściągnął z zagranicy zawodników w sile wieku, którzy w ostatnim meczu reprezentacji Polski grali w podstawowym składzie. Bartłomiej Drągowski czy Przemysław Wiśniewski, choć ich kariery w Grecji czy Włoszech nie układały się bajkowo, mogliby jeszcze zaczepić się w klubach poza Polską. Wybrali jednak oferty Widzewa. Być może jeszcze większą symboliczną moc ma transfer Kapuadiego. Dotąd bowiem to Legia biła wewnętrzne rekordy transferowe, wyciągając podstawowych graczy ligowych rywali. Tym razem to ona straciła podstawowego stopera na rzecz zespołu, z którym walczy o utrzymanie. To transfer, który można uznać za cezurę. Zmianę finansowego układu sił. Nawet jeśli trudno o stuprocentową pewność, czy lepszego interesu niż kupujący nie zrobił w tym przypadku sprzedający.
Wyczyn w skali Europy
Jako że w krajach zachodniej Europy zimowe okno transferowe zwyczajowo jest znacznie skromniejsze od letniego, Widzew wydaniem szesnastu milionów euro wyróżnił się nawet w skali kontynentalnej. Pod względem wydatków podczas aktualnej giełdy zajął aż 26. miejsce w Europie. Jeśli wziąć pod uwagę tylko saldo, czyli różnicę między wydatkami a przychodami, wskoczyłby nawet do pierwszej piętnastki. Spośród klubów spoza lig czołowej piątki jedynie Besiktas i lizboński Sporting wydały w ostatnim czasie więcej, bez jednoczesnego zarabiania na sprzedaży piłkarzy. To rewiry, w których polskie kluby nie gościły nigdy. Gdyby trzy miesiące po zamknięciu tak imponującego okna Widzew spadł z ligi, czego absolutnie nie można wykluczyć, byłby to spory wyczyn.
Jeśli jednak patrzeć na Łodzian jedynie jako na część ekstraklasowego ekosystemu, polskie wydatki nie wyglądają imponująco. Polska liga startuje z bardzo niskiego poziomu transferowego ryzyka. Kluby tradycyjnie unikały tutaj transferów gotówkowych, a jeśli, przeprowadzały je za bardzo niewielkie kwoty, poszukując raczej zawodników z kartą na ręku. Rynek wewnętrzny praktycznie nie istniał. Pod tym względem widać oczywiście jakiś ruch w interesie, czego dowodem są choćby transfer Kajetana Szmyta z Zagłębia Lubin do Jagiellonii, czy Erika Jirki z Piasta Gliwice do GKS-u Katowice, ale takie transakcje wciąż da się policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli podzielić transfery na różne kategorie, najszerszą wciąż byliby zawodnicy z zagranicy sprowadzani w ramach darmowych ruchów, a sporą część transakcji stanowiłyby powroty Polaków pokiereszowanych w innych krajach, chcących odbudować formę w rodzimej lidze.
Transferów gotówkowych było więcej niż zwykle, bo łącznie osiemnaście z przeszło sześćdziesięciu, ale przynajmniej milionowych tylko sześć, z czego za pięć odpowiadał Widzew. A czymże jest milion euro w świecie kwot hulających w dzisiejszym futbolu?
Daleko za konkurencją
Dlatego pod względem zimowych wydatków, nawet z uwzględnieniem szaleństw Widzewa, Ekstraklasa zajmuje dopiero 13. miejsce w Europie, niższe niż wynikałoby z rankingu UEFA. Szczególnie uderzająca jest dysproporcja między jej wydatkami, a tym, jak inwestują w kadry bezpośredni rywale Polski w walce o czołową dziesiątkę rankingu UEFA. Greckie kluby wydały w zimie 38, czeskie 40, a tureckie aż 125 milionów euro. A to właśnie o wyprzedzeniu tych lig marzy Ekstraklasa. Minięcie kontynentalnych pariasów przyszło stosunkowo łatwo, ale już ambitna klasa średnia Europy wciąż wydaje kwoty z polskiej perspektywy horrendalne.
Owszem, Widzew wydał w zimie podobne pieniądze do Panathinaikosu, ale podczas gdy w Polsce stanowi pod tym względem absolutny wyjątek, w Grecji Olympiakos wydał jedenaście, AEK osiem, a PAOK dwa i pół miliona. Podobnie w Czechach: Widzew przebija wydatki Slavii, Sparty czy Viktorii Pilzno. Ale że prawie 13 milionów wydała jeszcze Sigma Ołomuniec, a dwa miliony Pardubice, łączna kwota całej ligi jest niemal dwa razy wyższa niż w Polsce. Jeszcze mocniej rozłożenie wydatków transferowych widać w Turcji, gdzie cztery kluby kupują na poziomie przynajmniej dziesięciu milionów euro, a jeszcze kilka na pułapie pięciu. Chcąc rywalizować z tymi ligami sportowo, w rankingu, siłą rzeczy trzeba do nich się porównywać. I nadal widać przepaść.
Jakość na już
Zasadne jest zresztą pytanie, czy ściganie się na wydawane ogromnych kwot powinno być celem samym w sobie. Widzew jasno zadeklarował, ustami Dobrzyckiego, że interesuje go jakość "tu i teraz". Ściągał więc zawodników ukształtowanych, raczej bez potencjału sprzedażowego. Najmłodszy nowy (Christopher Cheng) ma 24 lata, najstarszy (Lucas Lerager) 32. Średnia wieku ośmiu nowych nabytków Widzewa przekracza 27 lat. Tak wygląda jednak ogólny obraz całej ligi. Przeciętnie pozyskiwano w zimie piłkarzy o średniej wieku 24,5 roku, ale zasadniczo więcej ściągnięto graczy już gotowych, starszych niż 24 lata, niż takich, u których potencjał rozwojowy jest znacznie większy. Z niższych polskich lig wyciągnięto raptem pięciu piłkarzy, z czego dwaj – Serafin Szota i Rafał Adamski – już w Ekstraklasie grali.
Oprócz powrotów Polaków "do odbudowania" obserwować można było sięganie po zagraniczne postaci, które zostawiły kiedyś niezłe wspomnienia w polskiej lidze, jak Mathias Nahuel z Jagiellonii, czy Luquinhas z Radomiaka. Mało w tym jednak poszukiwania ścieżki, która może pomóc w przyszłości zarobić na sprzedaży kupionych dziś zawodników wielokrotnie więcej, jak kiedyś było w przypadku Ondreja Dudy, czy Ernesta Muciego. Każdy szukał raczej kogoś, kto w ekstremalnie wyrównanej lidze krótkofalowo zwiększy jego szansę na załapanie się w maju do europejskich pucharów, albo zmniejszy ryzyko spadku z ligi. Dłuższy horyzont zszedł raczej na drugi plan.
Kupowanie potencjału
Smutnym tego symbolem stała się Wisła Płock, sensacyjny mistrz jesieni, już teraz najstarsza drużyna w lidze, o średniej wieku 29,8. Sprzedawszy za rekordowe pieniądze Andriasa Edmudssona do Hellasu Werona, sięgnęła po Marina Karamarko - 27-letniego Chorwata, Saida Hamulicia - 25-letniego Bośniaka znanego z trudnego charakteru, czy Kyriakosa Savvidisa, 30-letniego Greka. Nie można mieć wątpliwości, że to ruchy obliczone na to, by spróbować wykorzystać moment i dostać się do pucharów, zamiast inwestować w talenty, które kiedyś będzie można sprzedać do czołowej ligi świata, jak przed chwilą Edmundssona.
Kompletnie przeciwną drogą, będąc w zbliżonej sytuacji, poszła zimą Cracovia, która również bije się o puchary i także sprzedała w zimie do Włoch czołową postać. Pieniądze pozyskane za Stojilkovicia Pasy zainwestowały jednak w wykupienie 22-letniego Mauro Perkovicia, wyciągnięcie z ligi słoweńskiej rok młodszego Beno Selana i z izraelskiej rok starszego Jeana Batouma. Dodatkowo Cracovia wypożyczyła też z Hiszpanii 21-letniego Pau Sansa oraz z New York Red Bulls Wiktora Bogacza, napastnika młodzieżówki Jerzego Brzęczka. Średnia wieku jej nabytków wyniosła niespełna 23 lata, co jeszcze odmłodziło i tak jedną z najmłodszych kadr w lidze. Klub znajduje się aktualnie w trakcie zawirowań właścicielsko-sponsorskich i w tej sytuacji zwyczajnie dobrze mieć kogo sprzedać na wypadek ewentualnych trudności. Piłkarze pokroju Oskara Wójcika, Perkovicia czy Ajdina Hasicia mogą być traktowani nie tylko jako nadzieja na tegoroczny sukces, ale i polisa na czarną godzinę.
Transfery szczęścia nie dają
Na przykładzie trzech klubów – Cracovii, Wisły Płock i Widzewa – widać jednak, w jak różnych realiach funkcjonują zespoły rywalizujące w jednej lidze. Cracovia, znajdując się w rękach prywatnych, ale z inwestorem na razie nieprzejawiającym chęci dorzucania pieniędzy do bieżącej działalności, musi tak konstruować politykę sportową, by stać się możliwie samowystarczalna i budować kadrę za to, co sama zarobi wynikami na boisku czy transferami. Widzew, należący do mecenasa, który wiąże z nim ambicje bardziej emocjonalne niż finansowe, nie musi się liczyć z pieniędzmi, ani zastanawiać, co będzie jutro. Wisła Płock, klub miejski, poniekąd też - tylko obracając znacznie niższymi kwotami. Za pieniądze podatników nie będzie wprawdzie bić transferowych rekordów, ale może przynajmniej skupić się na maksymalizowaniu szans na wygranie najbliższego meczu, bez zastanawiania się nad jutrem. Już dawno wyliczono jednak, że akurat przełożenie kwot transferowych na miejsce w tabeli nie zawsze się sprawdza. Gdy piłka zaczyna się toczyć, często okazuje się, że domniemani zwycięzcy okien transferowych mają problemy na boisku. Jest więc w tym jakaś logika, że w dniu zakończenia okna transferowego liderem Ekstraklasy jest Jagiellonia, która w całej historii wydała na zawodników mniej niż Widzew w sześć tygodni.