Po prawdopodobnie najgorszej w historii klubu rundzie jesiennej największą - a może i jedyną - nadzieją kibiców Legii Warszawa na rychłą poprawę był Marek Papszun. Fani mogli liczyć na to, że nowy trener wraz z rozbudowanym do granic możliwości sztabem obudzi drzemiący w piłkarzach potencjał i stworzy z nich przyzwoitą drużynę. Oczywiście nie taką, która od razu wygra wszystkie mecze, ale przynajmniej taką, w której będzie widać wyraźną poprawę względem koszmarnej jesieni.
Już zimowe sparingi pokazały jednak, że mimo zmiany ustawienia na boisku (na trzech zamiast czterech obrońców) i zasad w szatni (cel: poprawa komunikacji i scalenie grupy), gra Legii cudownie się nie zmieni. Tych, którzy gry kontrolne lekceważyli, na ziemię sprowadziła niedzielna porażka 1:2 z Koroną Kielce. Papszun nie okazał się ani Harrym Potterem, ani Davidem Copperfieldem, ani nawet Anatolijem Kaszpirowskim i magicznie, za jednym dotykiem, gry tej samej grupy zawodników nie poprawił.
Mileta Rajović nie zaczął strzelać goli, chwalony za formę w sparingach Kacper Urbański znów w niczym nie przypominał objawienia z czasów Euro 2024, pomocnicy nie nadawali grze odpowiedniego tempa, Arkadiusz Reca i Petar Stojanović nie okazali się godnymi zastępcami Rubena Vinagre'a i Pawła Wszołka, a obrońcy razem z bramkarzem Kacprem Tobiaszem nie przestali popełniać prostych błędów. Legia w końcu może z czystym sumieniem powiedzieć, że ma bardzo dobrego trenera, ale nawet on będzie potrzebował czasu.
Problem w tym, że Legia tego czasu nie ma i stąpa po coraz cieńszym i coraz bardziej kruchym lodzie. W niedzielę Warszawiacy nie wygrali 10. z rzędu meczu w Ekstraklasie i wciąż tkwią w strefie spadkowej. Presja, z którą przy Łazienkowskiej nie poradził sobie już niejeden piłkarz, z każdym kolejnym meczem bez wygranej będzie tylko rosła i stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Bo cierpliwość kibiców do tej drużyny jest na wykończeniu, co słychać przy okazji każdego spotkania. A sami piłkarze do heroicznej walki o byt klubu i potężnej presji, jaka się z tym wiąże, po prostu nie są przyzwyczajeni.
W tym miejscu - populistycznie - można by rzucić hasłem, że jeśli ktoś z presją w Legii sobie nie radzi, to powinien z niej odejść i zrobić miejsce innym. Problem w tym, że Warszawiacy muszą poradzić sobie z tym, co mają, bo transferów - przynajmniej na razie - nie należy się spodziewać, o czym w niedzielę na antenie Canal+ mówił sam Papszun. A w Legii, poza jednostkami, które i tak grają grubo poniżej oczekiwań, zebrało się grono zawodników co najwyżej przeciętnych, by nie powiedzieć słabych.
Coraz trudniej o argumenty popierające tezę, że Legia nie może spaść z Ekstraklasy. Oczywiście nie twierdzę, że Warszawiacy w przyszłym sezonie zagrają w I lidze, ale ta wizja nie jest już tak abstrakcyjna, jak jeszcze kilka tygodni temu. Bo w ogóle dlaczego miałaby taka być?
Skoro Rajović od lipca strzelił w lidze trzy gole, czemu wiosną miałby ich strzelić na przykład 10? Skoro Urbański do tej pory uciułał w ekstraklasie dwie asysty, czemu nagle miałby się stać maszyną do kreowania okazji bramkowych? Na czym oprzeć wiarę w to, że legioniści przestaną się kompromitować w obronie? Pytań nie brakuje, ale odpowiedzi i nadziei w ogóle nie przybywa.
Przychodzi za to otrzeźwienie i kolejne pytanie. Skoro z dużą częścią tej grupy w lidze poległ Goncalo Feio, z całością nie dali rady Edward Iordanescu i Inaki Astiz, a falstart zaliczył też Papszun, to może Legia jest po prostu dużo słabsza, niż wszyscy uważaliśmy? Może nigdy nie doświadczymy potencjału, który w drużynie miał obudzić Papszun, bo najzwyczajniej w świecie go nie ma? Może rzeczywistą wartość obecnej Legii obserwujemy na boisku już od kilku miesięcy? Trzeba przyznać, że to byłoby najbardziej racjonalną odpowiedzią na pytanie o przyczyny katastrofy Warszawiaków w tym sezonie.
Legia - jeśli chce w jakikolwiek sposób uratować ten sezon - jak najszybciej musi się otrząsnąć i znaleźć odpowiedzi na najważniejsze pytania. Zwłaszcza że nie ma wiele czasu, a margines błędu z meczu na mecz będzie coraz mniejszy. W lutym drużynę Papszuna czekają kolejno dwa wyjazdy do Gdyni i Katowic na mecze z drużynami, które do końca mogą być jej rywalami w walce o utrzymanie, a potem rywalizacja z czołówką - Wisłą Płock i Jagiellonią Białystok. W obecnej sytuacji Legii nie ma mowy o łatwych meczach, ale te - z różnych względów - zapowiadają się na wyjątkowo trudne.
A drużyna Papszuna nie może lekceważyć obecnej sytuacji i musi zacząć wygrywać tu i teraz. Legia nie może popełnić błędu Wisły Kraków, która cztery lata temu też odpychała od siebie wizję spadku. To samo robili kibice i dziennikarze, którzy twierdzili, że z ligi zlecą drużyny o mniejszym potencjale jak Warta Poznań czy Stal Mielec. Ostatecznie w I lidze znalazł się polski gigant, który nie wygrzebał się z niej do dziś. I tu zapala się czerwona lampka przy Legii: powodów, dla których jej miałoby nie spotkać to samo, jest coraz mniej.