- Nie mogę się zgodzić, że mając jeszcze 9 meczów do końca sezonu i 27 punktów do zdobycia, Lech stracił szansę na mistrzostwo Polski, a my na utrzymanie. Musimy być świadomi, że to bardzo duży klub i dobra drużyna, ale powinniśmy również myśleć o sobie, ponieważ my też jesteśmy dużym klubem. Z całym szacunkiem do Lecha, nam zależy na wygranej tak samo jak im - tak na konferencji prasowej przed sobotnim meczem przekonywał Ante Simundza. Oba zespoły znajdowały się w bliźniaczej sytuacji. Śląsk desperacko potrzebował kolejnych trzech punktów niezbędnych w walce o utrzymanie. Lech chciał z kolei wykorzystać potknięcie Jagiellonii, która przegrała w Gdańsku.
Walczący o mistrzostwo poznaniacy chcieli nawiązać do sezonu 2021/22, w którym po raz ostatni wygrali we Wrocławiu. Wówczas zwyciężyli 1:0, a jedynego gola zdobył Michał Skóraś. Kilka tygodni później "Kolejorz" świętował tytuł. Śląsk wówczas rzutem na taśmę utrzymał się w ekstraklasie.
Oba zespoły jesienią w Poznaniu stoczyły się już w bezpośrednim starciu. Gospodarze wygrali 1:0 po trafieniu Filipa Szymczaka. Do sobotniego starcia oba zespoły przystąpiły osłabione. Ante Simundza nie mógł skorzystać z Petera Pokornego i Aleksandra Paluszka, który doznał kontuzji w meczu ze Stalą Mielec. W Lechu brakowało pauzującego za kartki Radosława Murawskiego i Antonio Milicia.
Na pierwszą konkretną sytuację kibice musieli poczekać do 11. minuty. Fatalną stratę na własnej połowie boiska zaliczył Patrik Walemark, piłkę przejął Piotr Samiec-Talar i idealnie wystawił ją Assadowi Al-Hamlawiemu. Reprezentant Palestyny uderzył z szesnastego metra w kierunku dalszego słupka i nie dał szans Mrozkowi na skuteczną interwencję. Ta bramka oznaczała, że Al-Hamlawi trafiał do siatki w czterech meczach z rzędu.
Odpowiedź Lecha mogła być błyskawiczna. W 19. minucie spotkania Rafał Leszczyński wygrał starcie z Mikaelem Ishakiem i sparował piłkę na poprzeczkę. Pod drugim polem karnym okazje na podwyższenie wyniku mieli Hiszpanie. Najpierw pojedynek z Mrozkiem przegrał Ortiz, a chwilę później z doskonałego zgrania piłki przez Al-Hamlawiego mógł skorzystać Pozo, ale jego strzał minął słupek bramki.
W 40. minucie spotkania Lech stanął przed szansą na wyrównanie. Petr Schwarz faulował w polu karnym Patrika Walemarka, a sędzia Piotr Lasyk - po konsultacji VAR - podyktował rzut karny. Leszczyński wyczuł intencje strzelającego Ishaka, ale strzał Szweda był na tyle precyzyjny, że znalazł drogę do siatki.
Tak jak w pierwszej połowie tak i w drugiej - pierwsza dogodna sytuacja gospodarzy zakończyła się strzelonym golem. Wrocławianie wykonywali rzut rożny, a piłka po wybiciu gości wylądowała pod nogami Arnau Ortiza. Hiszpan oddał techniczny strzał w kierunku dalszego słupka i trafił w słupek. Piłka po chwili została jeszcze zagrana przez jednego z piłkarzy Lecha i spadła Assadowi Al-Hamlawiemu niczym gwiazdka z nieba. Napastnik Śląska z bliskiej odległości po raz drugi wyprowadził wicemistrzów Polski na prowadzenie.
Rezultat na 3:1 mogli podwyższyć rezerwowy Henrik Udahl i Jakub Jezierski, ale w obu przypadkach przegrywali pojedynki z Mrozkiem. Przed szansą na trzeciego gola już w doliczonym czasie stanął Petr Schwarz. I tę szansę wykorzystał. Kapitan WKS-u skutecznie wyegzekwował jedenastkę podyktowaną za faul na Jasperze. To było ostatnie trafienie w tym meczu.
W następnej kolejce Śląsk Wrocław na własnym stadionie zmierzy się z Motorem Lublin (5 kwietnia, 17:30). Tego samego dnia - także w roli gospodarza - Lech Poznań podejmie Koronę Kielce (5 kwietnia, 20:15). Wrocławianie, dzięki tej wygranej mają 21 punktów. Do bezpiecznej strefy tracą już tylko trzy oczka. Przypomnijmy, że z ligą pożegnają się drużyny z miejsc 16-18.
Tabela ekstraklasy: