Ekstraklasowe granie w kolejce nr 22 rozpoczynaliśmy w Gliwicach. Na Górny Śląsk zawitała Stal Mielec, dla której był to pierwszy mecz bez Ilji Szkurina, którego za 1,5 mln euro niespodziewanie zakupiła Legia Warszawa. Białorusin nie imponował formą aż tak jak w poprzednim sezonie, choć wciąż, 5 goli w rundzie piechotą nie chodzi. Następca jeszcze nie przybył, więc starcie z Piastem jako napastnik nr 1 zaczął Łukasz Wolsztyński.
Piast takich przebojów z napastnikami nie miał, chociaż w kadrze gliwiczan nie ma zawodnika na tej pozycji, za którego ktokolwiek chciałby dać 1,5 mln euro. Niemniej to nie przeszkodziło im w udanym rozpoczęciu wiosny. Siedem punktów w trzech meczach, w tym wygrana 1:0 z Legią i już 8 pkt przewagi nad strefą spadkową. Ze Stalą byli też faworytem, więc mogło się zrobić jeszcze lepiej.
Pierwsza połowa długo przebiegała pod dyktando Piasta. Gospodarze kontrolowali rywali i mieli nawet szanse na gola. Jednak Stal okazała się znakomita w wybijaniu piłki z linii bramkowej, bo robili to aż dwa razy po strzałach Jorge Felixa oraz Macieja Rosołka. Nie wychodziło im za to wszystko inne, jako że w grze mielczan brakowało ładu i składu.
Nietrudno przewidzieć, że w takich okolicznościach padł w końcu gol. Dla Stali. "Logika Ekstraklasy" nie zdzierżyłaby niczego innego. Minuta 36., dośrodkowanie z rzutu rożnego, piłka zostaje wybita poza pole karne, ale tam dopada do niej Krystian Getinger i bardzo ładnym, podkręconym strzałem daje gościom prowadzenie. Tym samym na przerwę to Stal schodziła z prowadzeniem, mimo że to Piast wychodził z siebie, by je uzyskać.
Jeśli po pierwszej połowie gliwiczanie byli na wynik wściekli, to już na początku drugiej krew mogła zalać kompletnie. Najpierw w 50. minucie Felix w kapitalnej sytuacji przestrzelił, a już trzy minuty później sędzia po analizie VAR podyktował rzut karny dla Stali za faul Igora Drapińskiego na Robercie Dadoku. Jedenastkę pewnie wykorzystał Piotr Wlazło i podwyższył na 2:0.
Piekielnie frustrująca sytuacja dla Piasta, który jednak w końcu dopiął swego. W 59. minucie Jorge Felix efektownym rajdem wdarł się w pole karne i oddał wreszcie skuteczny strzał. VAR sprawdzał jeszcze, czy absorbujący uwagę bramkarza Maciej Rosołek nie był na spalonym, lecz ostatecznie gola uznano. Na szczęście dla wszystkich zgromadzonych, bo jakby po tym wszystkim Piastowi jeszcze VAR gola "skosił", to gliwiczanie gotowi roznieść cały stadion w drobny mak.
Los lubi być złośliwy, ale na szczęście dla Piasta jest jeszcze oliwa. A oliwa jest zawsze sprawiedliwa, jak mówi przysłowie. Gospodarze cały czas naciskali i jak zaczęli trafiać, to doprowadzili do remisu. W 71. minucie do odbitej piłki dopadł w polu karnym Michał Chrapek i mocnym strzałem dał gliwiczanom zasłużone wyrównanie.
Remis po odrobieniu dwubramkowej straty to już coś. Jednak gospodarze czuli pismo nosem. Wiedzieli, że są w tym meczu lepsi i dążyli do gola nr 3. Blisko był Erik Jirka w 85. minucie, gdy w kapitalnej sytuacji uderzył prosto w bramkarza. To była TA okazja, by Piast ten mecz jednak wygrał. Nie wykorzystali, więc skończyło się remisem 2:2. Nie pomogła nawet czerwona kartka Piotra Wlazło w doliczonym czasie gry. Wynik niby dobry, jako że przegrywali 0:2. Jednak z przebiegu meczu nie ma żadnych wątpliwości, że Piast nigdy nie powinien był tutaj przegrywać.