Sobotnie granie zaczęło się od starcia dla koneserów. Radomiak podejmował zespół Śląska Wrocław. Długo wydawało się, że trener Simundza już w drugim meczu na wiosnę odniesie swoje pierwsze zwycięstwo z nową drużyną. Śląsk wygrywał przez prawie cały mecz, bo od 10. minuty.
Naprawdę wydawało się, że wrocławianie w końcu dadzą radę wygrać drugi mecz w tym sezonie. I wtedy piłkarze Radomiaka skorzystali z bardzo groźnej broni - wrzutu z autu. To wystarczyło, żeby w doliczonym czasie gry zdobyć wyrównującą bramkę. Gospodarze liczyli na wygraną, która oddaliłaby ich od strefy spadkowej, ale biorąc pod uwagę przebieg tego spotkania, nie mają powodów do narzekań.
A Śląsk? Kibice tej drużyny muszą już godzić się z tym, że w przyszłym sezonie wrocławianie będą grać w I lidze. W teorii do utrzymania potrzeba około 38 punktów. Śląsk ma 11, więc w pozostałych spotkaniach musiałby punktować na poziomie drużyn walczących o udział w europejskich pucharach.
W sobotę zawiedli też faworyci. Najpierw Raków Częstochowa przegrał u siebie z GKS-em Katowice (1:2). Marek Papszun po meczu nie ukrywał rozczarowania. I nic dziwnego. Częstochowianie mogli wyprzedzić Jagiellonię i zmniejszyć stratę do pierwszego Lecha do zaledwie jednego punktu. Tak się jednak nie stało i pretensje mogą mieć tylko do siebie.
Wpadki Jagiellonii i Rakowa mogła wykorzystać Legia, której przecież też marzy się mistrzostwo kraju. Drużyna Goncalo Feio grała na wyjeździe z Piastem Gliwice. I również postanowiła zawieść swoich kibiców. Legia - nie licząc krótkiego momentu w drugiej połowie - grała słabo. Ostatecznie przegrała i tym samym nie zmniejszyła straty do pierwszej trójki.
To wszystko sprawia, że Lech Poznań w niedzielę będzie miał świetną okazję, żeby uciec rywalom. Wystarczy pokonać 17. w tabeli Lechię Gdańsk. Widząc jednak jak do tej pory toczyła się ta kolejka, to nie będzie zaskoczeniem, jeżeli piłkarze Nielsa Frederiksena również zanotują wpadkę.