Marek Papszun po niedzielnym meczu Rakowa Częstochowa mógł mieć ogromne powody do zadowolenia. Jego drużyna odniosła najwyższe zwycięstwo w sezonie. Efektownie pokonała Zagłębie Lubin aż 5:1 i awansowała na trzecie miejsce w tabeli ekstraklasy. Mimo to szkoleniowiec na konferencji prasowej wielkiej radości nie okazywał. Wściekł się za to na sędziego Pawła Malca.
Trener Rakowa pochwalił swój zespół za wyjątkową skuteczność, choć sam przyznał, że wynik jest nieco mylący, bo różnica między oboma zespołami nie była aż tak wyraźna. W pewnym momencie postanowił powiedzieć parę słów o arbitrze. - Aż mnie gryzie, aby tu jeszcze wspomnieć o sędziowaniu, ale chyba sobie dzisiaj odpuszczę, bo nie chcę sobie psuć tego pięknego dnia - zagaił.
Mimo tej deklaracji rozwinął temat. Pretensje miał o dwie sytuacje. Pierwsza dotyczyła pierwszych minut spotkania. - Gdyby VAR interweniował przy faulu Mateusza Wdowiaka na Tudorze, to byłaby już na początku meczu czerwona kartka i przeciwnik grałby w dziesięciu i mogłaby być zupełnie inna historia - stwierdził. Wdowiak zaś później asystował przy pięknej bramce na 1:1 Mateusza Mroza.
Jeszcze bardziej Papszuna rozwścieczyła jednak akcja z 55. minuty. Wówczas w pole karne wpadł napastnik Zagłębia Vaclav Sejk. Czech starł się z obrońcami Rakowa, a z pomocą ruszył mu Tomasz Pieńko. Panowie przeszkodzili sobie nawzajem, a skrzydłowy po kontakcie z nogą Sejka padł na murawę. Sędzia niesłusznie podyktował wtedy rzut karny. Na szczęście dostał sygnał z wozu VAR i po obejrzeniu powtórek zmienił decyzję. - Jak można takiego karnego gwizdnąć? Na poziomie B-klasy to się nie zdarza, żeby gwizdnąć coś takiego. Sędzia był z pięć metrów od akcji. To po co po takiej akcji VAR? - grzmiał szkoleniowiec.
Gdyby nie VAR mecz mógł potoczyć się zupełnie inaczej, bo na tablicy wyników było wówczas 2:1 dla Rakowa i Zagłębie miałoby doskonałą okazję, by doprowadzić do remisu.