Oto najlepszy klub piłkarski w Polsce. "Coś wielkiego". Przeszli do historii

Dawid Szymczak
- Dwa dni przed meczem z Wartą Poznań Adrian Siemieniec odwołał trening. Zamówiliśmy pizzę i przygotowaliśmy dla piłkarzy filmik motywacyjny ze wszystkimi zdobytymi bramkami. Na tej pizzy zdobyliśmy mistrzostwo Polski - uśmiecha się kierownik Jagiellonii Białystok Arkadiusz Szczęsny. On, Rafał Grzyb, Jesus Imaz, Łukasz Masłowski i Wojciech Pertkiewicz odsłaniają w Sport.pl kulisy tego sezonu.

Czwartki z reguły są u Adriana Siemieńca nieco lżejsze, ale ten 23 maja, dwa dni przed meczem z Wartą Poznań, był wyjątkowy. Media trąbiły już, że Jagiellonia Białystok może zdobyć pierwsze w historii mistrzostwo Polski. Podkreślały, że wszystko ma w swoich rękach i gra z zespołem walczącym o utrzymanie, więc jest zdecydowanym faworytem. Ale obok trwała dyskusja, że właśnie presja może ją przytłoczyć. Zenon Martyniuk już szykował się do przedmeczowego koncertu, autobus z odkrytym dachem jechał w stronę Białegostoku, chłodziły się szampany, a na rynku rozkładali telebim. Z jednej strony - trzeba to było przygotować. Z drugiej - wszechobecne napięcie i wyczekiwanie mogło być dla piłkarzy przytłaczające. W sztabie wiedzieli, że kluczowe będzie zdjęcie z piłkarzy presji, odsunięcie ich od całego zgiełku i takie zarządzanie zewnętrznymi emocjami, by napędziły ich do zwycięstwa, a nie sparaliżowały. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

Zobacz wideo Kogo skreśli Michał Probierz? "Wiem, że muszę walczyć"

- Akurat w czwartek odbywały się u nas w bazie Akademie Klasy Ekstra, więc był straszny harmider. Oczywiście, dało się zrobić trening, ale trener wymyślił coś innego. Piłkarze niczego nie wiedzieli, przyjechali jak zwykle, przebrali się i przeszli do sali na odprawę wideo. Zamiast analizy trener pokazał im wszystkie zdobyte przez nich bramki i drogę do tego momentu. W tym czasie wnieśliśmy do szatni pizzę. Na koniec trener powiedział: "Panowie, to wszystko na dzisiaj. W szatni macie pizzę. Posiedźcie, zjedzcie i jedźcie wcześniej do domów. Nie ma treningu". Piłkarze ze sobą porozmawiali, pośmiali się, pograli w darta, dla chętnych była siłownia. Ale chodziło przede wszystkim o relaks, rozprężenie się i wprowadzenie luzu - opowiada Arkadiusz Szczęsny, kierownik Jagiellonii, który podkreśla, że Siemieniec w trakcie sezonu wielokrotnie zaskakiwał go tego typu decyzjami.

- Nie pamiętam już, przed którym meczem w mediach głośna była taka narracja, że Jagiellonia musi wygrać i wykorzystać potknięcia rywali. Pojawiała się presja na zwycięstwo, coraz więcej mówiło się, że walczymy o mistrzostwo. Często na treningach mieliśmy małe gry. Trener poprosił wtedy, żeby przygotować dla wygranej drużyny medale i dyplom "Dla zwycięzców treningowych gierek". Rozładowanie napięcia, uśmiech, dużo żartów.

Siemieniec przed świętami Bożego Narodzenia kupił też drobne upominki dla dzieci swoich piłkarzy, a później jeździł od domu do domu i jak Święty Mikołaj wręczał im prezenty. - Jest naprawdę kreatywny - uśmiecha się dyrektor Łukasz Masłowski. Wprawdzie na początku przestrzegał trenera, że zbyt wyraźne zacieśnienie relacji z piłkarzami może być ryzykowane, ale zauważył, że Siemieniec działa z odpowiednim wyczuciem i naturalnością. Sam dostał od niego we wrześniu medal dla dyrektora miesiąca. Siemieniec został wtedy wybrany przez Ekstraklasę najlepszym trenerem i chciał podkreślić, że wszyscy w zespole pracowali na jego sukces. Piłkarze dostali od niego puchar dla drużyny miesiąca, a pracownicy medale: dla najlepszego prezesa, kierownika, fizjoterapeuty. Nie zapomniał o nikim.

Ted Podlasso

Pierwotny plan był taki, żeby w tym tekście ani razu nie wspomnieć o Tedzie Lasso. Ale już po pierwszych rozmowach z ludźmi, którzy z bliska przyglądali się pracy Siemieńca, wiedzieliśmy, że choć ta karta jest już nieco zgrana, musimy do niej wrócić raz jeszcze. Niemal wszyscy zaangażowani w zdobycie mistrzostwa Polski przez Jagiellonię sami wspominali o tym serialu. Dość powiedzieć, że w szatni mistrzów Polski wisiały plakaty niemal identyczne, jak kultowy "BELIEVE", powieszony przez Lasso w fikcyjnym AFC Richmond. Siemieniec dorzucił do niego jeszcze dwa inne: "COURAGE" i "PASSION", czyli "odwaga" i "pasja". A kto oglądał mecze Jagiellonii, ten wie, że nie były to puste hasła.

Na początku część piłkarzy nawet nie wiedziała, że plakaty są oczywistą inspiracją z serialu Apple. Te hasła padły w szatni Jagiellonii już pod koniec poprzedniego sezonu, więc nikt nie był szczególnie zaskoczony, gdy trener w końcu postanowił je spisać. Serial nadrobili go dopiero później, gdy ich trener był już na potęgę zestawiany z fikcyjnym Tedem Lasso. - Plakaty przyjęły się u nas na dobre. Zabierałem je też na każdy wyjazdowy mecz. Raz zdarzyło się, że miałem je przygotowane, ale zapomniałem przykleić. Zawodnicy sami zwrócili mi uwagę, że nie ma naszych kartek. Od razu zauważyli, że ich brakuje - opowiada Szczęsny. 

Skąd w ogóle to porównanie do Teda Lasso? Rok temu pojechaliśmy do Białegostoku na blisko dwugodzinną rozmowę z 31-letnim trenerem wyciągniętym z klubowych rezerw, który uratował Jagiellonię przed spadkiem. I doznaliśmy olśnienia: mówił jak Lasso. Nie o piłce, bo na niej zna się znakomicie w przeciwieństwie do tytułowego bohatera serialu, ale o ludziach. Stwierdził na przykład: "Kocham piłkarzy" albo "Człowiek jest najważniejszy". Proste zdania, których jednak nie usłyszeliśmy od żadnego innego trenera. A właśnie na uczuciach, niezwykłej empatii i wrażliwości bazował Lasso. Był trenerem futbolu amerykańskiego, który w dość przypadkowy sposób trafił do Premier League. Nie znał nawet zasad piłki nożnej, ale za to doskonale znał się na ludziach. Nie próbował docierać do głów - czy też nóg piłkarzy - ale trafiał prosto do ich serc. Nie miał pojęcia o taktyce, wystarczało mu niezwykłe wyczucie w kontaktach z ludźmi. To jasne, że trener, który nie zna się na piłce, ale z powodzeniem pracuje w Premier League, mógł istnieć tylko w serialu. Ale długo wydawało nam się też, że nie istnieje trener równie ciepły, naturalny i empatyczny jak Lasso. Aż poznaliśmy Siemieńca.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Historia Jagiellonii z tego sezonu mogłaby spokojnie posłużyć za scenariusz serialu. Oto młody trener bez doświadczenia w najwyższej lidze najpierw uratował zespół przed spadkiem, skończył sezon na 14. miejscu, a już rok później prowadził drużynę do mistrzostwa i został wybrany trenerem sezonu. Analitycy po pierwszej kolejce dawali Jagiellonii 0,01 proc. szans na mistrzostwo, a ona nie dość, że je zdobyła, to jeszcze strzelała średnio 2,26 bramki na mecz, więc została najbardziej bramkostrzelnym mistrzem od 15 lat. Grała widowiskowo, dla bezstronnych obserwatorów jej mecze często były najciekawszymi w kolejce. Ciekawie było do samego końca. Jeszcze w przedostatniej kolejce mógł nastąpić zwrot akcji, po którym mistrzem zostałby Śląsk Wrocław. Jagiellonia grała wtedy z Piastem Gliwice i w 77. minucie straciła bramkę na 0:1 po niesamowitym strzale Michael Ameyawa. Śląsk kilka godzin wcześniej wygrał 2:0 z Radomiakiem Radom i przy tym wyniku Jagiellonii wskakiwał na pierwsze miejsce w tabeli.

- Aż zrobiło mi się słabo. Autentycznie uklęknąłem, oparłem się o tablicę do sygnalizowania zmian i nie mogłem się podnieść. To pokazuje, jak ważny był ten mecz - opowiada Szczęsny. Dopiero w 90. minucie Jesus Imaz rzutem na taśmę strzelił wyrównującego gola. - Ten gol był zdecydowanie najważniejszym w mojej karierze. Upraszczał sytuację w tabeli przed ostatnią kolejką. Było jasne: jeśli wygramy, będziemy mistrzem. Po meczu z Piastem otrzymałem mnóstwo wiadomości od kibiców, także tych zabawnych. Najlepsze było to, jak ktoś się zaoferował być za darmo nianią dla mojego synka, jeśli sobie tego życzę. Cieszę się, że mogłem dać kibicom tak wiele radości - mówi Imaz.

Pomysł z zamówieniem pizzy i wolnym czwartkiem okazał się trafiony. Piłkarze Jagiellonii w ostatniej kolejce zagrali lekko i swobodnie, jakby wizja zdobycia pierwszego mistrzostwa w historii klubu zupełnie nic nie ważyła. Już w 26. minucie meczu z Wartą Poznań było 3:0. Po dreszczowcu w Gliwicach taka sielanka była kibicom bardzo potrzebna.

Lekcja odwagi

Dyrektor Łukasz Masłowski kilka miesięcy temu porównał wyścig o mistrzostwo Polski do wyścigu samochodowego. Ze względu na różnicę w budżetach Jagiellonia miała być jak opel corsa, a Legia Warszawa, Lech Poznań i Raków Częstochowa jak porsche 911. Później prezes Wojciech Pertkiewicz w rozmowie ze Sport.pl żartował, że można jechać porsche cały czas na pierwszym biegu i nie umieć ich zmieniać, a wtedy corsą wystarczy wrzucić czwórkę. - Trzymając się metafory: skoro nie mieliśmy pieniędzy na porsche, to chcieliśmy tuningować i ulepszać corsę. Zmiany nie zaczęły się u nas 1 lipca. Już wcześniej rozrysowaliśmy sobie z dyrektorem Masłowskim plan i powoli, kilometr po kilometrze, jechaliśmy do przodu - mówił. 

Na to zwraca uwagę jeszcze kilku naszych rozmówców. Droga Jagiellonii do mistrzostwa Polski nie zaczęła się w tym sezonie, a już w poprzednim, gdy drużynę przejął Siemieniec. Masłowski wierzył w niego od początku, znał go z rezerw, pomysł powierzenia mu pierwszej drużyny zrodził się w jego głowie. Przekonywał Pertkiewicza, że to najlepszy wybór, bo reagować trzeba bardzo szybko, a Siemieniec zna większość piłkarzy z wcześniejszej pracy u boku Ireneusza Mamrota albo z pracy w akademii, przyglądał się treningom Macieja Stolarczyka, oglądał wszystkie mecze Jagiellonii, a jego wizja futbolu była bardzo zbliżona do oczekiwań, które mieli Masłowski i Pertkiewicz. 

- Wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia, ale mimo to obawiałem się, czy 32-letni trener sobie poradzi, gdy wejdzie do szatni pełnej facetów z dużym ego, napędzanych testosteronem, którzy są zawiedzeni i źli z racji pozycji w tabeli - przyznaje Pertkiewicz. - Inaczej zarządza się drużyną rezerw, która gra bardzo młodymi chłopakami, właściwie juniorami, a inaczej wchodzi się z marszu do pierwszej drużyny, którą od razu trzeba kupić. Adrian nie miał czasu. To musiało wypalić natychmiast. Łukasz Masłowski mnie przekonywał, że może Adrian nie trafi w poprzeczkę z 36 metrów pierwszym kopnięciem, ale przekona piłkarzy merytoryką, kupi ich pomysłowością i empatią, zyska na tym, że jest szczery. I tak się stało. 

Siemieniec najpierw opowiedział piłkarzom o sobie, a później o wartościach, w które wierzy. Na pierwszych spotkaniach mniej mówił o taktycznych niuansach, bo skupiał się na wskrzeszeniu wiary w utrzymanie. Jak zwykle - mówił dużo. Do całej grupy, ale rozmawiał też indywidualnie. Już w pierwszym tygodniu niemal z każdym piłkarzem spotkał się w cztery oczy. - Trochę się pouśmiechaliśmy, trochę porozmawialiśmy. Ja tak pracuję. Zaczynam od budowania relacji z ludźmi i stawiania pytań. Nigdy nie opiniuję zachowań piłkarzy, tylko staram się zrozumieć, dlaczego zachowują się w dany sposób. Zawsze chcę zrozumieć przyczynę, bo najczęściej coś wynika z czegoś. Żeby dobrze zarządzać szatnią, muszę najpierw zrozumieć piłkarzy. Jeśli nie będę rozumiał tego, co dzieje się w ich głowach, co z czego wynika, to nie będę w stanie im pomóc - tłumaczył w wywiadzie dla Sport.pl. 

- Piłkarze szybko wyłapią, czy ktoś jest dobrym fachowcem. Adrian nigdy nie grał w piłkę na wysokim poziomie, ale doskonale czuje szatnię. Interpretuje emocje, które się w niej pojawiają i potrafi idealnie trafić w to, czego piłkarze w danym momencie oczekują. Wie, kiedy się uśmiechnąć, kiedy zachować powagę, kiedy podnieść głos, a kiedy postawić na spokój. Po bardzo krótkim czasie wielu piłkarzy mówiło, że nigdy nie pracowało z lepszym trenerem - opowiada Szczęsny. - Żartujemy z tego "Teda Podlasso", ale między nimi faktycznie jest sporo podobieństw. Na przykład Ted w serialu słuchał porad kitmana [osoby odpowiedzialnej za skompletowanie stroju na mecze i treningi - red.], której nikt w klubie wcześniej nie szanował. Później włączył go do swojego sztabu jako asystenta. Gdyby np. nasz greenkeeper podrzucił trenerowi jakiś pomysł, coś doradził, to jestem przekonany, że Adrian by to przemyślał. On wie, że czasem ktoś wpadnie na nieoczywisty pomysł albo ma ciekawą obserwację, którą warto wziąć pod uwagę. Trener na nikogo się nie zamyka. Z każdym rozmawia, każdego wysłucha - dodaje kierownik Jagiellonii.

- Gdy przejął zespół, bardzo często pytał nas, najbardziej doświadczonych zawodników, o zdanie. Jak według nas wygląda zespół, co należy zmienić, jak odbieramy aktualne treningi, czy czegoś musimy robić więcej, a może czegoś mniej. Pytał nas o to naprawdę często. Widać było, że chce się z tego jak najwięcej nauczyć. Ale zdołał też kupić nas swoją osobą, ambicją oraz spojrzeniem na piłkę - wyjaśnia Jesus Imaz, jeden z boiskowych liderów drużyny.

Z perspektywy czasu remis Jagiellonii ze Śląskiem Wrocław 1:1 z poprzedniego sezonu wygląda niepozornie. Oba zespoły były wtedy w zupełnie innej sytuacji i zamiast o mistrzostwo walczyły o utrzymanie. Wspominamy o nim dlatego, że jest symboliczną lekcją odwagi, jaką dostał Siemieniec od Masłowskiego i wyraźnie pokazuje kierunek, w którym chciały iść władze Jagiellonii.

Spotkanie przebiegało tak, że Śląsk pod koniec pierwszej połowy wyszedł na prowadzenie, a Marc Gual wyrównał wynik w 65. minucie. Jagiellonia miała przewagę od początku meczu, stwarzała wiele dobrych okazji, ale Gual i Imaz długo nie mogli trafić do bramki. W 83. minucie Michał Pazdan dostał drugą żółtą kartkę, więc Siemieniec wprowadził na boisko Mateusza Skrzypczaka - środkowego obrońcę w miejsce Nene - kreatywnego pomocnika. Później długo zwlekał z przeprowadzeniem kolejnych zmian. Bronił remisu, który z punktu widzenia wcześniejszego przebiegu meczu był dla Jagiellonii niekorzystny. Nie chciał ryzykować i w końcówce dążyć do zwycięstwa. Władze Jagiellonii po zakończeniu spotkania były tym nieco rozczarowane. 

- Zabrakło mi w tym meczu odwagi. Pierwszy raz czułem, że ryzyko będzie nieodpowiedzialne z punktu widzenia tabeli. Miałem takie przeświadczenie jako trener, że nie mogę tego meczu przegrać. Bardzo chciałem go wygrać, ale jeszcze bardziej nie chciałem przegrać. To nie wynikało z mojej mentalności. To było wręcz wbrew tej mentalności, bo chcę wygrywać zawsze. To była odpowiedzialność. Wiedziałem, że porażka może być katastrofalna w skutkach, dlatego dokonywałem zmian późno i były one bardziej asekuracyjne. Nie jestem z tego zadowolony, ale z drugiej strony jestem też trochę z siebie dumny, że zachowałem się jak doświadczony trener, a nie jak młody synek, który wchodzi do ekstraklasy. Trochę wbrew swojej naturze - wyjaśniał Siemieniec w rozmowie ze Sport.pl. 

Po meczu Masłowski powiedział mu tak: - Chcemy, żebyś zawsze był odważny. Musisz być odważny. Wiesz, ja też musiałem taki być, żeby na ciebie postawić. 

Prezes pierwszy raz spotkał trenera, który nie chciał transferu nowego piłkarza. Siemieniec wolał inaczej wydać te pieniądze

Lato było w Jagiellonii kluczowe. Zaczął się - pożyczając porównanie od prezesa Pertkiewicza - tuning opla corsy. Zmiany zaszły na niemal wszystkich polach - nowi piłkarze, nowi trenerzy w sztabie, przebudowany dział medyczny, nowe porządki w funkcjonowaniu zespołu wprowadzane przez Siemieńca. Budowa na całego. Ale na fundamentach wylanych w poprzednich miesiącach. 

Do sztabu trenerskiego dołączył Mikołaj Łuczak jako nowy asystent i Mariusz Bołdyn jako trener bramkarzy. Doszły kolejne osoby od przygotowania fizycznego, odnowy biologicznej i fizjoterapii, a na czele działu medycznego stanął dr Michał Kwiatkowski, który poprosił, by piłkarze codziennie rano poprzez aplikację w telefonie raportowali - jak spali, jak się czują, co im doskwiera, czy czują się w pełni gotowi do treningów. Sztab medyczny zawiązał bardzo bliską współpracę z trenerami przygotowania fizycznego. W klubie kupili też nowy sprzęt pozwalający precyzyjniej mierzyć poziom zmęczenia zawodników. Drobnych zmian było jeszcze więcej. Przyniosły oczekiwany skutek - kluczowi zawodnicy Jagiellonii byli do dyspozycji przez cały sezon. 

Pertkiewicz opowiada, jak bardzo zależało Siemieńcowi na zmianach w tym obszarze. - Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że przed sezonem, gdy mieliśmy już rozplanowany budżet i rozrysowany skład, to na jednej pozycji wciąż widniał "wakat", a obok kwota, którą możemy wydać. Trener z dyrektorem powiedzieli, żeby nie przejmować się tym wakatem, bo nie chcą już więcej zawodników, a pieniądze pierwotnie przeznaczone na nowego piłkarza woleliby zainwestować w sztab medyczny. Tak zrobiliśmy. Trenerzy z reguły chcą mieć jak najwięcej zawodników, ale tutaj wyszła mądrość, rozsądek i wyczucie Adriana, co bardziej pomoże zespołowi i klubowi.

- Michał Kwiatkowski wprowadził sporo zmian w protokołach medycznych. Na początku pytałem: "Naprawdę je analizujecie? Naprawdę z nich korzystacie? Nie zawracacie piłkarzom głowy bez sensu?". Mówili, że to potrzebne i im pomoże – opowiada prezes Jagiellonii. - Później widziałem statystyki, które jasno pokazały, że liczba dni, w których piłkarze byli niedostępni znacznie spadła. Zobaczyłem krzywą z kontuzjami, która z każdym półroczem spadała, bo poprawiliśmy prewencję i ograniczyliśmy m.in. liczbę kontuzji mięśniowych. A to miało przełożenie na kształt zespołu, bo dzięki temu, że nie mieliśmy długotrwałych urazów, zimą nie musieliśmy sprowadzać żadnego dodatkowego piłkarza. Wzięliśmy tylko Jetmira Halitiego za Miłosza Matysika i Kaana Caliskanera. Nie potrzebowaliśmy dodatkowych wzmocnień, bo wszyscy byli zdrowi. W poprzednich latach kadra miała blisko 30 zawodników, ale ich podatność na kontuzje była znacznie większa.

Pisaliśmy już, że Siemieniec nie mówi do piłkarzy z ambony, tylko traktuje po partnersku. Wierzy w ich doświadczenie i inteligencję. Zadaje sporo pytań, chce poznać ich zdanie, a później znaleźć kompromis. Tu mamy dobry przykład: - Czwartek najczęściej był takim dniem dla piłkarzy. Trener przychodził do szatni i mówił zawodnikom, że mają sami zdecydować, czy wolą tego dnia ćwiczyć w siłowni, czy na boisku. Oddawał część odpowiedzialności za przygotowanie im samym, bo wierzył, że sami najlepiej znają swoje ciała i czują, co najlepiej pomoże im przygotować się do meczu. Niczego nie narzucał. Zawodnicy mogliby być podejrzliwi, że to jakiś test, pułapka, że kto pójdzie na boisko, ten pokazuje swoje zaangażowanie, ale trener zastrzegał, że to ich decyzja i nie wyciąga z tego żadnych wniosków. Nich robią to, co czują, że będzie dla nich najlepsze - mówi Szczęsny.

Rafał Grzyb, asystent Siemieńca, pokazuje go z mniej znanej strony - jako świetnego organizatora, który bardzo precyzyjnie planuje, jak ma funkcjonować zespół i wszyscy wokół niego. - Dosłownie każdy ma swój obszar, za który odpowiada, a Adrian jest jak centrala, która to wszystko spina. Kluczowa jest współpraca między poszczególnymi działami: by na przykład sztab medyczny wymieniał się wszystkimi informacjami i współpracował w każdym aspekcie z trenerami przygotowania fizycznego. Bardzo poprawiliśmy się pod względem organizacyjnym. Dzisiaj każdy precyzyjnie wie, za co odpowiada, każdy raportuje o swoim obszarze i współpracuje z pozostałymi. To wszystko jest dopilnowane i spinane w całość przez trenera.   

Pasjonaci skautingu. "Dwa lata temu wywróciliśmy ten dział do góry nogami. Dzisiaj działa świetnie" 

Masłowski letnie okno transferowe powinien oprawić w ramkę i powiesić w swoim gabinecie. Jak zwykle polegał na transferach bezgotówkowych i nie mógł szaleć podczas negocjacji kontraktowych, bo jak twierdzi sam dyrektor, Jagiellonia pod względem budżetu przeznaczonego na pensje wciąż jest w dolnej połowie tabeli ekstraklasy. Musiał więc nadrabiać kreatywnością, precyzyjnym skautingiem i - cóż - kompetencjami pozwalającymi przewidzieć, jak piłkarz wyciągnięty z niższych zagranicznych lig odnajdzie się w ekstraklasie. Afimico Pululu w poprzednim sezonie rozegrał zaledwie 146 minut i strzelił jednego gola w Greuther Furth, czyli w przeciętnej drużynie 2. Bundesligi. W Jagiellonii zdobył 12 bramek i miał 4 asysty w 31 meczach. Kristoffer Hansen? Był rezerwowym w Widzewie Łódź. Adrian Dieguez? Spadał z Ponferradiną do trzeciej ligi. Dominik Marczuk? 20-latek już w debiutanckim sezonie w ekstraklasie strzelił sześć goli, miał 10 asyst, w marcu dostał powołanie do reprezentacji Polski, został wybrany najlepszym młodym piłkarzem sezonu i był o krok, by pojechać z kadrą na Euro. Latem Jagiellonia może na nim sporo zarobić. 

- Dwa lata temu wywróciliśmy dział skautingu do góry nogami. Dzisiaj, mimo że to jest tylko kilku pasjonatów pod wodzą Grześka Mańkowskiego, działa świetnie i bardzo na tym korzystamy. Jak powiem, że to są cztery osoby, to wszyscy stwierdzą, że co to za dział… I bardzo dobrze. Niech nas deprecjonują. My wiemy, co robimy – uśmiechał się Wojciech Pertkiewicz. - Pomysł trenera mógł być odpowiednio realizowany dzięki wsparciu dyrektora sportowego, który dostarczał do zespołu zawodników, którzy pasowali do jego pomysłu i mieli jakość adekwatną do potrzeb. Podejście, w którym dopasowuje się zawodników do modelu gry, jest najdroższym rozwiązaniem. Taniej jest powiedzieć trenerowi, że ma trenować tych piłkarzy, którzy już są w drużynie i dostosować do nich taki styl gry, który pozwoli jak najwięcej z nich wycisnąć. Nam udało się pogodzić jedno z drugim, czyli trener dopasował zawodników do stylu gry, nauczył ich grać w ten sposób - chwała mu za to, ale też okna transferowe pokazały, że potrafimy znaleźć piłkarzy, którzy odpowiadają potrzebom trener - dodał prezes Jagiellonii.

- Kluczowe było to, że przyszli do nas zawodnicy, którzy chcieli wejść na wyższy poziom niż dotychczas i grać o coś więcej. Chcieli pokazać, że mają jakość i byli głodni sukcesu. Ambicja kilku zawodników była podrażniona: Hansen miał za sobą nieudany sezon w Widzewie, Jose Naranjo i Dieguez spadli z ligi, a Marczuk nie grał regularnie w pierwszej lidze. Chcieli się pokazać. To w połączeniu z doświadczeniem takich zawodników, jak ja Taras Romanczuk czy Zlatan Alomerović dało dobrą mieszankę – mówi Jesus Imaz.

Jesus Imaz: "Trener zawsze stoi pierwszy w kolejce do pomocy"

Jeszcze rok temu nikt w Białymstoku nie myślał o mistrzostwie. Ulgę przyniosło utrzymanie, a ambicja kazała założyć, że w nowym sezonie Jagiellonia po prostu zaoszczędzi wszystkim stresu i znajdzie się w górnej połowie tabeli. Taki był podstawowy cel. Piłkarze mieli obiecane premie za zajęcie miejsca w górnej ósemce. W ostatnich dniach prezes Pertkiewicz żartował, że pierwszy też jest w ósemce. Ale długo ani żartów, ani rozmów o mistrzostwie nie było. Siemieniec zaraz po fecie został zapytany, kiedy uwierzył, że zostanie mistrzem Polski. Odpowiedział, że w 90. minucie ostatniego meczu z Wartą. Nawet jeśli to przesada, to oddaje sposób myślenia, jaki narzucił w całym klubie: mecz po meczu, bez wnikliwego analizowania tabeli, bez przypisywania sobie punktów i symulowania wyników innych meczów. Szczególnie w tak nieprzewidywalnym sezonie i przy tak rozchwianych wynikach czołowych zespołów miało to sporo sensu. 

- Dopiero w przedostatniej kolejce, przed meczem z Piastem, trener poszedł w narrację, że idziemy po marzenia. Wcześniej nikt nawet nie zająknął się, że gramy o mistrzostwo. Nie było samozachwytów: "Wow! Możemy zdobyć tytuł!". To wyszło naturalnie, bo od początku sezonu trener wprowadził prostą zasadę: w każdym kolejnym tygodniu pracujemy na kolejne zwycięstwo i nie myślimy, co nam to da - mówi Szczęsny.

- "Mecz po meczu" brzmi jak slogan. I często jest pustym sloganem, bo wiele osób tak mówi, ale na co dzień zupełnie się do tego nie stosuje - mówi nam jeden z pracowników Jagiellonii. – Wielu trenerów mówi też, że chce grać odważnie, a w rzeczywistości gani piłkarzy za każdy błąd. To jak oni później mają podejmować w meczach ryzyko? Albo mówią, że mają dobry kontakt z piłkarzami, a na koniec i tak są przekonani, że wszystko wiedzą najlepiej, więc robią po swojemu - dodaje. 

- Trener wchodzi do szatni i daje każdemu zawodnikowi to, czego potrzebuje. Zawsze stoi pierwszy w kolejce do pomocy. Ta dobra relacja pomiędzy sztabem szkoleniowym a piłkarzami jest naprawdę istotna, żeby móc osiągać sukcesy. To miało miejsce w tym sezonie, a nieraz ten dystans był zdecydowanie większy. Sztab myślał jedno, zawodnicy drugie - mówi Jesus Imaz. 

Odwaga, wiara, przekonanie i zmiany personalne dały Jagiellonii Białystok mistrzostwo Polski

Każdemu z rozmówców na koniec zadajemy to samo pytanie: co było kluczem do zdobycia mistrzostwa? 

Rafał Grzyb: - Jednym słowem? Odwaga. Na każdym poziomie – od dyrektora, przez trenera, po piłkarzy, bo na koniec to oni wychodzą na boisko i o wszystkim decydują, więc muszą mieć odwagę, żeby grać do przodu i realizować nasz pomysł. A patrząc po kolei, jak układał się sezon, to dobry początek pomógł zbudować mentalność tej drużyny. Zwycięstwa z Puszczą Niepołomice, Widzewem Łódź, Ruchem Chorzów i Górnikiem Zabrze pokazały, że to może być inny sezon niż poprzedni. Wynik zawsze jest dla piłkarza przekonujący. Pokazuje, że to, co robimy, przynosi efekty. Jak piłkarz widzi, że coś jest skuteczne, że pomaga mu na boisku, to z tego korzysta. A później szliśmy od meczu do meczu. Słabszy okres na początku wiosny? Był słabszy pod względem wyników, bo przecież w drugiej połowie z Lechem właściwie nie wychodziliśmy z jego pola karnego. Faktycznie słabsze było spotkanie z Ruchem, które szczęśliwie zremisowaliśmy. Ale poza tym gra i funkcjonowanie zespołu były bardzo dobrze. Wiedzieliśmy, że jeśli utrzymamy ten sposób gry, to wrócimy do wygrywania.

Jesus Imaz: - Kluczowa była prawdziwa wiara w to, że możemy zrobić coś wielkiego. Każdy mecz traktowaliśmy tak, jakby był on naszym ostatnim. W każdym chcieliśmy dobrze grać i każdy chcieliśmy wygrać, ale nie myśleliśmy, że doprowadzi nas to do bycia liderem na kolejkę przed końcem. Trener natchnął nas wiarą, że jesteśmy w stanie zdziałać coś wielkiego. Do tego drużyna została bardzo wzmocniona trafionymi transferami przez dyrektora sportowego.

Arkadiusz Szczęsny: - Przekonanie i prawdziwa wiara w to, co robimy. Przegraliśmy jeden czy drugi mecz, ale nikt nie myślał wtedy o zmianie systemu, nie wątpił, że wrócimy do wygrywania. Zmieniła się energia w całym klubie, ale trzeba powiedzieć, że drużyna była bardzo zjednoczona. Zawodnicy świetnie się znają, dużo o sobie wiedzą, są blisko. To wyszło choćby przy robieniu prezentów świątecznych. Ustaliliśmy kwotę i każdy losował, komu robi prezent. Okazało się, że te upominki były bardzo spersonalizowane. Na przykład Michal Sacek jest takim zawodnikiem, którego na zgrupowaniach w ogóle nie widać ani nie słychać, bo cały czas śpi. Dostał więc zestaw do spania. Jakąś poduszkę, zatyczki, opaskę.

Wojciech Pertkiewicz: Mogę powiedzieć, że kluczowe były zmiany personalne. Przyszły do nas osoby z dużą wiedzą merytoryczną i animuszem do pracy. Począwszy od Adriana Siemieńca, przez dyrektora Łukasza Masłowskiego, przez sztab i ludzi, którzy pracowali na sukces w cieniu, po samych piłkarzy. Jestem bardzo zbudowany etyką pracy i determinacją tych ludzi. Podoba mi się ich styl. Choćby to, że nie spotykamy się na naradach, by wypić kawkę i pogadać o głupotach, tylko leciał konkret za konkretem. Każdy chciał ze swojego działu wycisnąć jak najwięcej, a przy tym współpracował z resztą.

Zarządzanie sukcesem bywa trudniejsze niż zarządzanie kryzysem

Po wysłuchaniu tych wszystkich historii uderza nas jedno: spokój, naturalność i normalność, jakie skrywa to mistrzostwo Jagiellonii - czyli największy sukces w historii klubu. Każdy wykonał swoją robotę na wysokim poziomie, nie dorabiał do tego wielkiej ideologii. Siemieniec jest takim trenerem jak człowiekiem, nie udaje. Masłowski jest fachowcem, więc skutecznie pracuje w trudnych warunkach. Piłkarze cieszyli się ze stylu, w jakim mają grać i uwierzyli, że ten styl da im zwycięstwa. W szatni spotkali się zawodnicy doświadczeni z zawodnikami z podrażnioną ambicją. A prezes Pertkiewicz spinał to wszystko i już zimą czuł, że otwiera się przed Jagiellonią szansa, którą musi wykorzystać, więc odsyłał zainteresowanych kupieniem Wdowika, Marczuka czy Pululu. Teraz przestrzega przed hurraoptymizmem, przypominając, że zarządzanie sukcesem bywa trudniejsze niż zarządzanie kryzysem.

- Rok temu byliśmy na dole, teraz jesteśmy na górze. Przyszły sezon powie o nas prawdę. Jeśli będziemy falować na górze, to znaczy, że coś zmieniliśmy na lepsze. Jeśli będziemy falować na dole, to znaczy, że coś poszło nie tak, a ten jeden sezon był wybrykiem, którego nikt nie potrafi zrozumieć i wytłumaczyć. My oczywiście chcemy wiedzieć, dlaczego rozegraliśmy taki sezon i pokazać, że on nie był przypadkowy. Sporo nauczyliśmy się w tym sezonie o nas samych i o lidze - mówi.

Kto jest głównym architektem sukcesu Jagiellonii Białystok?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.